sierpień 15-16 (327-328) / 2017

Przemysław Pieniążek,

KOCI ANDROGYN I DIABELSKA MYSZ Z CEGŁÓWKĄ (KOT KREJZOL. KRAZY KAT ? PASKI WYBRANE 1916-1922)

A A A
28 października 1913 roku na łamach dziennika „New York Evening Journal” ukazał się pierwszy odcinek cyklu „Krazy Kat” autorstwa George’a Herrimana (1880-1944). W swoim najsłynniejszym dziele pochodzący z Nowego Orleanu (choć dorastający w Los Angeles) scenarzysta i rysownik przedstawił ze wszech miar unikalną relację uczuciową łączącą bohaterów utworu: kota Krejzola, mysz Ignatza oraz psa, posterunkowego Szczeka. Pierwszy z nich to niepoprawnie naiwny, prostoduszny osobnik o nieokreślonej płci (androgyniczny rys tej postaci był celowym zamierzeniem twórcy), do szaleństwa zakochany w przywołanym powyżej gryzoniu, prywatnie mężu i ojcu trójki pociech. Na trzecim wierzchołku tego emocjonalnego trójkąta znajduje się czworonożny funkcjonariusz, któremu Krejzol z całą pewnością nie jest obojętny. Ba, czujny gliniarz robi, co może, by oszczędzić obiektowi swoich westchnień kolejnych uderzeń cegłówką bądź innym ciężkim przedmiotem, regularnie i celnie ciskanym przez Ignatza. Cały wic polega jednak na tym, że tego rodzaju akt agresji Krejzol jednoznacznie interpretuje jako oznakę miłości ze strony swojego „Aniołeczka”.

Opowieść o platonicznej, nieszczęśliwej miłości ubrana w formę slapstickowo-wodewilowych scenek rodzajowych przesiąkniętych aurą surrealizmu? Zdecydowanie tak, aczkolwiek „Kot Krejzol” (pozostańmy przy najnowszym przekładzie tego klasycznego dziś tytułu) od początku swojego istnienia otwierał się na mnogość potencjalnych interpretacji. W „Sztuce komiksu” Krzysztof Teodor Toeplitz przypominał, że te czarno-białe paski, od roku 1935 ukazujące się również w pełnym kolorze, były uznawane ze „przedmiot dociekań psychoanalitycznych”, ale także odczytywane jako „projekcja zadziwiających stanów duszy amerykańskiego społeczeństwa” (Toeplitz 1985: 58). Powołując się na krytyka sztuki Gilberta Seldesa (obok poety E.E. Cummingsa będącego jednym z największych admiratorów talentu Herrimana), rodzimy publicysta zwrócił również uwagę na podobieństwo wiecznie odrzucanego, choć nigdy nietracącego nadziei Krejzola do postaci błędnych rycerzy pokroju Parsifala i Don Kichota. Natomiast niemogący znieść owej naiwności Ignatz – agresywny, aspołeczny, złośliwy i przejawiający niezaspokojony apetyt na destrukcję – co rusz odsłaniał przed czytelnikiem iście lucyferyczne oblicze.

Co zadecydowało o ponadczasowym sukcesie (mocno ironicznej) serii George’a Herrimana, przez wielu mu współczesnych uznawanej za absurdalną i całkowicie niezrozumiałą, a jednak hołubioną przez nowojorskie elity intelektualne? Być może spowijająca „Kota Krejzola” aura filozoficznej dysputy, bynajmniej nie prowadzonej na poziomie akademickim. A może zwariowane dialogi, skrzące się od celnych ripost i lingwistycznych zabaw. We wprowadzeniu do polskiego wydania recenzowanego komiksu Krzysztof Lichtblau zaznacza, iż w warstwie językowej dzieło Amerykanina tworzy nad wyraz oryginalną strukturę idiomatyczną, w której elementy angielskiego (także rodem z prozy Charlesa Dickensa), francuskiego i hiszpańskiego płynnie łączą się z wpływami jidysz oraz nowoorleańskiego dialektu „Yat”. A wszystko to zostaje przepuszczone przez fonetyczny mikser, dając prawdziwe pole do popisu dla potencjalnych tłumaczy, którym – w przypadku albumu sygnowanego logiem Fantasmagorii – należą się słowa uznania.

Nie bez znaczenia jest także sama warstwa wizualna „Kota Krejzola”. Swobodna kreska Herrimana ochoczo opuszczała ciasną przestrzeń kadrów, którym skądinąd autor nadawał najróżniejsze kształty i formaty. Czytając poszczególne paski, warto nieco uważniej przyjrzeć się kompozycji tła, zdradzającego przezabawną skłonność do nieustających, chwilami mocno abstrakcyjnych metamorfoz, mnożącego przy tym nawiązania do sztuki meksykańskiej oraz dziedzictwa Indian Navaho. Niebezzasadne są również opinie uznające cykl Herrimana za jednego z prekursorów komiksowego postmodernizmu – samoświadomość protagonistów jest tego najbardziej wyrazistym przykładem.

Gorąco polecam zapoznanie się z „Kotem Krejzolem”, który ze zmiennym powodzeniem szukał swojego miejsca wśród różnych gałęzi sztuki (vide: animowane krótkometrażówki, balet skomponowany przez Johna Aldena Carpentera). Serią, którą amerykański wizjoner tworzył aż do swojej śmierci, mogąc zawsze liczyć na miejsce w jednym z tytułów prasowych należących do magnata Williama Randolpha Hearsta. Klasyką komiksu, którą przed laty zaczytywali się (między innymi) T.S. Eliot, André Breton, Gertruda Stein, Fritz Lang, Jack Kerouac, Will Eisner, Robert Crumb, Art Spiegelman, Charles M. Schulz i Chris Ware. A to chyba całkiem niezgorsza rekomendacja, prawda? Jeśli jednak wciąż nie jesteście przekonani, zgadnijcie, jak ma na imię patron jednej z bardziej prestiżowych nagród w branży komiksowej? Podpowiem tylko, że jest mały i niepozorny – ale cegłówkami miota jak prawdziwy szatan.

LITERATURA:

Toeplitz K.T.: „Sztuka komiksu. Próba definicji nowego gatunku artystycznego”. Warszawa 1985.
George Herriman: „Kot Krejzol. Krazy Kat – paski wybrane 1916-1922”. Tłumaczenie: Jakub Jankowski. Wydawnictwo Fantasmagorie. Białystok 2017.