sierpień 15-16 (327-328) / 2017

Magdalena Kempna-Pieniążek,

CAŁA TA APOKALIPSA (STOLP)

A A A
W świecie dotkniętym poczuciem kresu i wyczerpania najlepiej sprzedaje się apokalipsa, a przynajmniej takie można mieć wrażenie, obserwując niesłabnącą popularność wizji końca (jakiejś) rzeczywistości we współczesnej kulturze (audio)wizualnej. Równocześnie ta swoista wszędobylskość „(post)apo klimatów” nasuwa wniosek, że oto nastał kres prawdziwej wyobraźni apokaliptycznej; że – zamiast wychodzić na przekór zobojętniałemu światu, diagnozować jego upadek i pytać o to, co nastąpi potem – wyczerpała się ona, rozmieniła na drobne i całkowicie sprzedała. Przypomina to syndrom wchłaniania przez kulturę głównego nurtu wszelkich prądów o znamionach kontestacji – od dziewiętnastowiecznych romantyków po dwudziestowiecznych Młodych Gniewnych i przedstawicieli kontrkultury. Bunt, który staje się pożądanym i powszechnie dostępnym towarem, ulega komercjalizacji i traci umiejętność wskazywania luk w systemie, podobnie jak apokalipsa stająca się tematem niezliczonych tekstów literackich, filmów, gier i komiksów.

„Stolp” Wojciecha Stefańca i Daniela Odiji, inicjujący futurystyczną tetralogię „Bardo”, sięga po temat apokalipsy od nieco trudniejszej – co jednak wcale nie znaczy, że szczególnie odkrywczej – strony. Tytułowy bohater to tajemniczy białowłosy mężczyzna – samotnik (a jakże) o nie do końca znanej, traumatycznej przeszłości, obarczony nałogami, spędzający większość swojego czasu na snuciu się po upadającej metropolii o iście labiryntowej strukturze. Trzeba przedrzeć się przez dobrych kilkadziesiąt stron, aby wreszcie dowiedzieć się, czym w gruncie rzeczy Stolp się zajmuje, nie licząc, rzecz jasna, wspomnianego snucia się, a także brania udziału w bukmacherskich zakładach i mniej lub bardziej przypadkowych spotkaniach z rozmaitymi ekscentrycznymi personami. Nie jest to zarzut, ponieważ opóźnione ujawnienie „profesji” protagonisty sprawdza się jako fabularny twist w momencie, kiedy wydaje się nam, że wiemy już (prawie) wszystko o codzienności Stolpa. Owych zwrotów akcji jest zresztą w recenzowanym tomie raczej niewiele, a większość z nich da się przewidzieć. Być może taki stosunkowo wolny rozruch akcji stanowi celowe działanie, dzięki któremu autorzy „Bardo” dają nam możliwość bliższego poznania rzeczywistości, w której osadzona jest akcja ich dzieła.

A jest to rzeczywistość – jak na futurystyczną antyutopię przystało – iście upiorna: skąpana w chorobliwych zieleniach, złowrogich fioletach, zgniłych brązach i mokrych szarościach. Kadry prezentujące walące się budynki, ciemne zaułki, czarne kałuże i spiralne klatki schodowe o niepokojącej kubaturze dopełniają wizję neonowego miasta, na którego hałaśliwych ulicach bez końca trwa orgiastyczna zabawa mająca stłumić lęk przed nieuchronnym końcem zarówno poszczególnych jednostek, jak i całej ludzkości, wymierającej z powodu zaniku możliwości naturalnej prokreacji. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na znakomitą (jak zwykle) pracę Wojciecha Stefańca, którego kompozycje potrafią przyprawić o zawrót głowy zarówno wtedy, kiedy artysta konstruuje labiryntowe przestrzenie, jak i wtedy, gdy z uwagą turpisty ukazuje szczegóły rozkładających się zwłok czy pozwala nam zanurzyć się w psychodelicznych wizjach Stolpa doświadczającego odmiennych stanów świadomości.

O ile warstwa wizualna tomu – daleka od mainstreamowych wyobrażeń apokalipsy – budzi szczery podziw, o tyle sam scenariusz pozostawia nieco do życzenia, ponieważ elementy, z których jest zbudowany, choć serwowane nie bez ironii i elokwencji, momentami niebezpiecznie zbliżają się do ogranych klisz. Bardo, w którym toczy się akcja tomu, jest – oczywiście – noirową metropolią, z której nie ma ucieczki; panujące w nim stosunki społeczne stanowią – oczywiście – jakąś wersję totalitaryzmu, a mieszkający w nim ludzie są – oczywiście – ogłupieni przez wszechobecną propagandę (w tym wypadku wspomaganą promowaną na każdym kroku hedonistyczną rozrywką). Ludzie nie są zresztą jedynymi mieszkańcami tej przestrzeni: funkcjonują tu przecież jeszcze klony i hologramy, rozmaite wytwory technologii, w Bardo bowiem – oczywiście – natura nie ma racji bytu: wspomnieniem po niej jest zaledwie (całkowicie już martwe) morze.

Ta ropiejąca, gnijąca, samozjadająca się rzeczywistość niezdolna do prokreacji, za to nadaktywna w produkowaniu sztucznych tworów, w gruncie rzeczy składa się z intertekstów, których spektrum zdaje się rozpościerać szeroko, od „Maski Czerwonego Moru” Edgara Allana Poe po filmy Piotra Szulkina, od „Łowcy androidów” Ridleya Scotta po wizje przaśnej, zielonkawej rzeczywistości rodem z „Esencji” Grzegorza Janusza i Krzysztofa Gawronkiewicza. Nie chodzi o to, że „Stolp” cytuje wspomniane utwory – raczej o to, że wyobraźnia, z której wyrasta, jest już zmatrycowana przez modus apokalipsy z nich się wywodzący. Cytaty, a nawet autocytaty, także się tutaj zresztą pojawiają. Na przykład umieszczenie w samym centrum tomu rozbudowanej sekwencji narkotykowego tripu, na dodatek okraszonej fragmentami poezji Bolesława Leśmiana, zdaje się wprost odsyłać do „Ludzi, którzy nie brudzą sobie rąk” samego Stefańca, jak gdyby artysta wciąż szukał sposobu na najciekawsze oddanie za pomocą plastycznych jakości niuansów zaburzonego umysłu i zniekształconej percepcji.

Czytelnikom pozostawiam do rozstrzygnięcia odpowiedź na pytanie, czy zaprezentowana w „Stolpie” wizja stanowi świadectwo artystycznej konsekwencji czy też raczej (auto)epigonizmu. Osobiście skłonna byłabym dać autorom kredyt zaufania. Nawet jeżeli prezentowana przez nich historia czasem rodzi wrażenie „ale to już było”, to przecież – jak stwierdza tytułowy bohater – „Bardo nie ma końca” (s. 10) i jako takie z pewnością skrywa jeszcze w zanadrzu wiele tajemnic wartych rozwikłania.
Daniel Odija, Wojciech Stefaniec: „Stolp”. Wydawnictwo Komiksowe. Warszawa 2017.