Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (327-328) / 2017

Adrianna Smyk,

BABY ZABRAŁ MNIE NA PRZEJAŻDŻKĘ (BABY DRIVER)

A A A
W styczniu 2017 roku polską premierę miał film Damiena Chazelle’a „La La Land” z Emmą Stone i Ryanem Goslingiem w rolach głównych. Pół roku później na ekranach kin pojawił się „Baby Driver” – dzieło Edgara Wrighta, twórcy „Wysypu żywych trupów” (2004) oraz „Hot Fuzz” (2007). Nowe filmy Chazelle’a i Wrighta dzieli bardzo wiele: „La La Land” jest komediodramatem o młodych mieszkańcach Los Angeles, „Baby Driver” filmem akcji o gangsterach z Atlanty; pierwszy opowiada o porzuceniu miłości na rzecz kariery i spełnienia marzeń, drugi to historia walki o wolność i spokojne życie.

Mimo tych różnic filmy mają przynajmniej jeden wspólny pierwiastek – oba czerpią z musicalu. Wprawdzie w „La La Land” aktorzy wykonują klasyczne numery muzyczne i choreografie taneczne, a w „Baby Driverze” największą rolę odgrywa soundtrack, lecz w filmie Wrighta nie brakuje lip-sync’ów, remiksów tworzonych przez głównego bohatera oraz dowcipnych ripost i dialogów. Damien Chazelle wyreżyserował film, który z pozoru przypomina klasyczne hollywoodzkie produkcje, jednak brak w nim barwnych postaci drugoplanowych i poczucia humoru – elementów tak ważnych dla każdego musicalu. Edgar Wright zainspirował się dawnymi filmami gatunku, zaczerpnął z nich najważniejsze cechy, a następnie dodał do swojego filmu nową, ożywczą cząstkę – zawarł w scenariuszu sceny i sekwencje, które zostały odegrane i zmontowane w taki sposób, by pasowały do filmowego soundtracku.

„La La Land” jest zbiorem wielokrotnie wykorzystywanych odniesień do kanonicznych dzieł gatunku, workiem wypełnionym filmowymi kliszami. Emma Stone biega po mieszkaniu wraz ze swoimi współlokatorkami, które śpiewają i obrzucają ją ubraniami zupełnie jak przyjaciółki Marii z „West Side Story”, a Ryan Gosling chwyta latarnię oświetlającą Cathy’s Corner przy Mount Hollywood Drive i odchyla się od niej niczym Gene Kelly w „Deszczowej piosence”. Sceny te z pewnością mogą zachwycić amatorów musicalu, jednak wydaje się, że w prawdziwych pasjonatach gatunku wzbudzą jedynie uczucie smutku i nostalgii – Chazelle stworzył film przypominający o „złotym wieku”, lecz „La La Land” jest jedynie imitacją dawnej świetności, niewiele znaczącym hołdem dla ery, która bezpowrotnie przeminęła. Dzieło młodego Amerykanina zostało precyzyjnie wykonane, ale od przeciętności nie chroni go nawet pozornie zaskakujące zakończenie – podobne odnaleźć można choćby w „Zakochanym Szekspirze”.

„Złoty wiek” Hollywoodu dobiegł końca, a współczesny amerykański musical potrzebował orzeźwienia, którego nie zapewnił mu „La La Land”. Zrobił to natomiast „Baby Driver”, film, który porównać można do spaceru w rześki poranek – dzieło Wrighta rozbudza z długiego, trwającego kilkadziesiąt lat snu i powoduje gęsią skórkę. Musical tętni energią starannie skomponowanej, nieprzerwanie wybrzmiewającej ścieżki dźwiękowej, w stworzeniu której miała swój udział Sky Ferreira, amerykańska piosenkarka synth-popu znana ze swojego nieprzeciętnego stylu, grająca w filmie niewielką rolę matki protagonisty. Niemalże każdy ruch lub gest aktorów wykonywany jest w rytmie old schoolowych utworów, brzmiących w słuchawkach Baby’ego lub wydobywających się z jego magnetofonu. Muzyka diegetyczna, pochodząca z otoczenia bohaterów, została w filmie Wrighta zjednoczona z muzyką niediegetyczną, a więc pochodzącą z zewnątrz. Podobny środek artystyczny wykorzystano chociażby w serialu „Mr. Robot”, w którym bohaterowie sporadycznie kontrolują soundtrack wywodzący się spoza ich rzeczywistości, jednak w „Baby Driverze” zabieg ten jest wyjątkowo radykalny. Doborem podkładu muzycznego zajmuje się niemal wyłącznie jeden bohater – zadurzony w muzyce i uzależniony od niej Baby, a cały scenariusz został napisany tak, by pasował do wykorzystanych w filmie melodii, wśród których wymienić można klasyczne utwory takie jak „Harlem Shuffle” duetu Bob & Earl lub „Baby Let Me Take You” The Detroit Emeralds.

Baby (Ansel Elgort) jest kierowcą pracującym na zlecenie Doktorka, gangstera z Atlanty (Kevin Spacey). Wokół dwóch bohaterów krążą barwne postaci: Debora (Lily James) jest młodą kelnerką z dinera przypominającego Denny’s, Joseph (CJ Jones) wychowywał Baby’ego po tragicznej śmierci jego rodziców, zaś Griff (Jon Bernthal), Darling (Eiza González), Buddy (Jon Hamm), Bats (Jamie Foxx) oraz pozostali przestępcy współpracują z Doktorkiem przy napadach. Nawet jeśli tak zarysowany świat zdaje się konwencjonalny, „Baby Driver” trzyma w napięciu aż do ostatnich sekund filmu, w których waży się przyszłość głównego bohatera. Debora nawet swoim wyglądem przypomina Shelly Johnson z „Miasteczka Twin Peaks” (graną przez Mädchen Amick), Bats jest tragikomicznym odbiciem Julesa Winnfielda z „Pulp Fiction” (legendarna rola Samuela L. Jacksona), zaś sam Baby budzi skojarzenia z bezimiennym protagonistą amerykańskiego thrillera „Kierowca” z 1978 roku (w tej roli Ryan O’Neal), lecz odniesienia te są niezwykle subtelne. Ich powściągliwość podkreśla fakt, iż Wright zadbał o obdarzenie każdego z bohaterów oryginalną, interesującą osobowością (dotyczy to również postaci, które widnieją na ekranie zaledwie przez kilka minut), czemu nie podołał Chazelle, pisząc scenariusz „La La Land”. Wright zadziwia widza coraz to bardziej nieprzewidywalnymi faktami dotyczącymi swoich bohaterów, podczas gdy postaci z filmu Chazelle’a są tylko niknącymi cieniami dawnych gwiazd Hollywoodu.

Nie tylko bohaterów „Baby Drivera”, lecz także otaczający ich świat przedstawiono w nowatorskim, świeżym stylu. Kunszt realizacji widać w niemalże każdej scenie: montaż zarówno obrazu, jak i dźwięku jest w musicalu Wrighta dopracowany do perfekcji, zaś nieustający ruch kamery, kręcącej się wokół postaci, sprawia, że bieg wydarzeń nigdy nie ulega spowolnieniu. Bohaterowie, a w szczególności Baby, wykonują choreografie stworzone z dbałością o każdy detal, zaś fragment sekwencji najdłuższego pościgu, w której filmowy protagonista skacze po parkowych ławkach i stolikach, uciekając przed gnającą za nim policją, jest jedną z najlepszych scen akcji 2017 roku. Warto wspomnieć również o nieskończonej kreatywności reżysera, w którego wyobraźni nawet obracający się bęben pralki łączy się z obrazem wirującej płyty winylowej, co skutkuje niezwykle płynnym przechodzeniem z ujęcia w ujęcie.

W większości sekwencji „Baby Drivera” trudno znaleźć słabości, lecz film zdaje się mieć dwa mankamenty. Pierwszym z nich jest postać Debory, która w pewnym stopniu wpisuje się w charakterystykę Manic Pixie Dream Girl (termin stworzył krytyk filmowy Nathan Rabin po przeanalizowaniu postaci Claire Colburn, w którą wcieliła się Kristen Dunst w filmie „Elizabethtown”). Mianem MPDG określić można kobietę, której zadanie polega na sprowadzeniu zachowującego się dziecinnie, męskiego bohatera filmu na odpowiednią ścieżkę życiową. MPDG często jest wymarzoną partnerką dla mężczyzny pogrążonego w depresji, ma podobne zainteresowania, a jej adorator chce z nią przeżywać przygody i wkraczać na kolejne etapy życia. Baby pragnie zrezygnować z pracy dla Doktorka nie tylko ze względu na prośby swojego przybranego ojca i własną wolę, lecz także przez chęć życia z Deborą. Dziewczyna słucha niemalże identycznej muzyki i podobnie jak Baby marzy o wyruszeniu w podróż na zachód Stanów Zjednoczonych. Jest jednak jeden element, który odróżnia Deborę od  typowej Manic Pixie Dream Girl – mężczyzna zakochany w MPDG rzadko kiedy dorasta, zaś Baby jest zdeterminowany, by wkroczyć w dorosłość i zerwać ze swoją kryminalną przeszłością. Pomimo istnienia tej różnicy osobowość Debory wydaje się zbyt szablonowa, co skutkuje postępowaniem dziewczyny według  prostego popkulturowego schematu.

Drugim słabym punktem „Baby Drivera” zdają się sztampowe dialogi obecne w jednej z ostatnich scen filmu. Bohaterowie toczący nocną walkę na parkingu wypowiadają boleśnie stereotypowe słowa znane z większości filmów akcji. Wrightowi udało się uniknąć pospolitości prawie we wszystkich dialogach, więc nagły zwrot w stronę banału jest dla widza źródłem nadzwyczaj przykrego zawodu, jednak twórca po chwili odbudowuje napięcie i rekonstruuje atmosferę niepewności.

W strukturze „Baby Drivera” odnaleźć można pewne niedociągnięcia, ale film z pewnością uznać można za ambitne dzieło o pasji pozwalającej na podążanie do przodu, pomimo drastycznych wydarzeń z przeszłości. Baby jako dziecko stracił rodziców, a muzyka jest jego ucieczką od bólu związanego ze śmiercią matki występującej niegdyś jako piosenkarka. Główny bohater nagrywa zasłyszane wokół siebie rozmowy, a następnie filtruje je przez własną wrażliwość i tworzy z nich muzykę, którą rejestruje na taśmach magnetycznych. W pewnym momencie filmu traci kolekcję swych kompozycji i udaje mu się odzyskać tylko jedną z kaset – tę z napisem „MOM”. Baby zatrzymuje najważniejsze wspomnienie dzieciństwa i słuchając ciepłego, kojącego głosu matki, wkracza w dorosłość.

Podobnie jak Baby rozpoczął nowy etap życia, tak Edgar Wright zainicjował kolejny odcinek swej kariery – znalazł się w gronie reżyserów tworzących kino autorskie, których dzieła w przyszłości będą traktowane jako kanoniczne. „Baby Driver” to mistrzowsko skomponowany film, który już dziś można określić mianem przełomowego, szczególnie dla gatunku musicalu. Przed rozpoczęciem seansu „Baby Drivera” należy zapiąć pasy, a następnie dać się porwać przejażdżce pełnej zwrotów akcji i adrenaliny. Oczywiście przy akompaniamencie odpowiedniej muzyki.
„Baby Driver”. Scenariusz i reżyseria: Edgar Wright. Zdjęcia: Bill Pope. Obsada: Ansel Elgort, Kevin Spacey, Lily James, Jon Bernthal i in. Produkcja: USA, Wielka Brytania 2017, 113 min.