sierpień 15-16 (327-328) / 2017

Katarzyna Szkaradnik,

PEŁNA CHATA... ROMÓW (CZYM CHATA BOGATA!)

A A A
Podejmowanie w komedii aktualnych, rozpalających emocje tematów polityczno-społecznych przypomina igranie z ogniem. Bez wątpienia jest emocjonujące, ale skutki mogą się okazać opłakane. Biorąc na warsztat problem mniejszości, imigrantów i różnic kulturowych, twórcy filmu „Czym chata bogata” popisali się więc nie lada brawurą. Czy jednak stanęli na wysokości zadania? Czy głośno reklamowana francuska produkcja przynosi oczyszczający śmiech, czy raczej wrażenie wyniesione z kina można streścić hasłem: „i śmieszno, i straszno”?

Kwestia nastawienia i działań wobec napływających do Europy przybyszów od dłuższego czasu żywo zajmuje przywódców państw oraz przeciętnych obywateli, w czym niebagatelną rolę odgrywa przekaz medialny. Nic dziwnego, że w nowym filmie Philippe’a de Chauverona właśnie debata telewizyjna między reprezentantami dwóch antagonistycznych światopoglądów staje się punktem zawiązania akcji. Postacie Jean-Etienne’a Fougerole’a (w tej roli komediowy stary wyga Christian Clavier) i Clémenta Barzacha (Marc Arnaud) odzwierciedlają rzeczywistą polaryzację stanowisk – pierwszy to uwielbiany przez studentów liberalny intelektualista i pisarz, głosiciel wzniosłych sloganów o tolerancji, otwartości i przyjmowaniu wszystkich potrzebujących z otwartymi ramionami, bo wszak „Francja jest hojna”. Z kolei jego oponent wyraża poglądy Frontu Narodowego i w ogóle środowisk prawicowych, przeciwnych oferowaniu imigrantom, jak sam mówi, „darmowego bufetu szwedzkiego”. Na wizji obaj nie tylko bronią własnych racji – zarzucając sobie nawzajem populizm – ale głównie promują swoje najnowsze książki pod wymownymi tytułami „Czym chata bogata” i „Zagrożenie”, przy czym dotąd tryumfy święci publikacja Barzacha. Sprowokowany przez niego Fougerole na pytanie, czy otwieranie drzwi rozpocznie od własnego domu, dla zachowania twarzy i uniknięcia oskarżeń o jałowy werbalizm musi odpowiedzieć twierdząco, oznajmia więc gotowość przyjęcia romskiej rodziny w potrzebie. Wizerunkowo to strzał w dziesiątkę, a lewicowy ideolog zbiera gratulacje za „wielkie serce” i „bronienie honoru Francji”. Nie dopuszcza do siebie myśli, że pochopne oświadczenie ktoś potraktuje serio.

Dlatego kiedy pod bramą jego rezydencji zjawia się Babik (Ary Abittan) na czele gromadki obejmującej żonę, trzy córki (plus niemowlę), syna, matkę, upośledzonego kuzyna oraz… świnię, orędownik troski o biednych i pokrzywdzonych musi skonfrontować się z własnymi deklarowanymi przekonaniami i faktycznymi uprzedzeniami. W obliczu groźby doniesienia o jego zakłamaniu dziennikarzom rezygnuje z pomysłu odesłania przybyszów z gotówką i zgadza się udostępnić im przyczepy oraz wypielęgnowany ogród przed swoją willą. O ile elegancką żonę Fougerole’a, Daphné (Elsa Zylberstein) – ukazaną jako nowoczesna „artystka”, tworząca wymyślne instalacje z nieokreślonych rupieci – przeraża wizja zachwiania ich stabilnego światka high life’u, o tyle nastoletni Lionel (Oscar Berthe) gardzi obiekcjami rodziców i nie pojmuje ich nagłego oporu wobec ideałów, które sami wpajają mu od dziecka. A już w pełni popiera przygarnięcie „obcych”, gdy tylko jego spojrzenie pada na średnią córkę Babika, Lulughię (Nikita Catherine Dragomir).

Oczywiście Romowie „obozujący” w ogródku stają się przyczyną serii komediowych zdarzeń i wystawiają na ciężką próbę sztuczny ład idylli Fougerole’ów, wywracając do góry nogami życie nawykłego do komfortu i spokoju humanisty. Okazuje się, że Babik nie tylko nie ma trudności z aklimatyzacją, ale wręcz czuje się jak u siebie; ba, reżyser daje do zrozumienia, że jego rodzina nadużywa gościnności, zresztą zgodnie z tezą Barzacha: „Oni nie wędrują. Oni osiadają i pasożytują”. Chociaż obecność „nielegalnych imigrantów” staje się dla gospodarzy coraz bardziej kłopotliwa, z obawy przed skandalem i motywowani przez agentkę pisarza (Nanou Garcia), w celu zwiększenia pokupności książki starają się robić dobrą minę do złej gry. Usiłują więc traktować całą sytuację jak interesującą, spontaniczną przygodę, remedium na zblazowanie, a także spektakl, co przypomina podejście celebrytów do tubylców w reality show „Azja Express” (reakcja Daphné po przekroczeniu progu przyczepy: „Ależ tu egzotycznie!”). Nagła bliskość Romów stwarza okazję, by się lansować, bo przecież do dobrego tonu należy bycie otwartym na „innych” – nikt nie chce dostać etykietki ksenofoba, filistra czy „konserwatywnego burżuja”. A zatem evviva „duch cyganerii”!

Dominantą fabuły i generatorem napięć są nieporozumienia międzykulturowe (choć to w niewielkim stopniu komedia pomyłek), odmienne style życia ustatkowanej klasy wyższej i nomadów-pariasów, właściwie przepaść między nimi na różnych płaszczyznach. Nieprzystawalność światopoglądów dwóch głów rodzin zahacza nawet o poważną kwestię patriarchalnego stosunku do kobiet i ich swobody samodecydowania, ponieważ jednak mamy do czynienia z komedią, drażliwości szybko są tuszowane. Co ciekawe, prawdziwy kryzys tożsamościowy wskutek pojawienia się niespodziewanych gości przechodzi hinduski kamerdyner Fougerolów Ravi (Armen Georgian) – sikh w obowiązkowym turbanie, posługujący się szkolną angielszczyzną i uosabiający sługę totalnego rodem z epoki kolonialnej („Im lepiej go traktujemy, tym większy trzyma dystans”). Wszakże zachowuje on na tyle godności, by w Romach upatrywać absolutną dzicz i czuć się dotkniętym do żywego sugestią, jakoby wywodzili się z jednego rejonu świata.

Naturalnie, dla Francuzów problem mniejszości jest szczególnie newralgiczny, przy czym nikt nie ma wątpliwości, że w filmie posłużono się maską i aluzją, gdyż de facto największych kontrowersji nie budzą Romowie, choćby ze względów ilościowych. Wybór bohaterów przez autorów scenariusza (Guya Laurenta oraz Marca i Philippe’a de Chauveronów) ewidentnie stanowi unik, bo też trudno wyobrazić sobie podobne sportretowanie muzułmanów (pamiętamy casus karykatur Mahometa). Swoją drogą, w przypadku grupy ukazanej w „Czym chata bogata!” nie sposób mówić o hipotetycznym „zderzeniu cywilizacji” – o ile gros przeciwników przyjmowania imigrantów z Bliskiego Wschodu przestrzega przed ich potencjalną wrogością wobec Zachodu i oporną asymilacją (od czego nawet w komedii niełatwo byłoby abstrahować), o tyle filmowi Romowie nie tylko cenią sobie nową ojczyznę („Bo my kochać Francję”), ale wręcz się z nią identyfikują („My chcieć zostać dobry Francuz”), ponadto podkreślona jest ich katolicka pobożność.

Ale nie dajmy się zwieść. Z drugiej strony bowiem twórcy nie ujmują się za nimi, lecz przedstawiają ich w krzywym zwierciadle. Babik okazuje się egoistą i oportunistą wykorzystującym przywileje, co widać zwłaszcza w kapitalnej scenie przeganiania dalszych krewnych, którzy po nim przychodzą pod bramę Jean-Etienne’a. „To mój dom i moje Francuzy!” – obwieszcza kategorycznie, a zszokowanym gospodarzom tłumaczy: „Dasz im palec, wezmą całą rękę”, niejako potwierdzając, że błyskawicznie „wszedł w skórę” Francuza. Ów frazes można by jeszcze uznać za świetną drwinę z retoryki konserwatywno-ksenofobicznej, jednak trudno zaprzeczyć, że de Chauveron eksploatuje cały zestaw najprymitywniejszych stereotypów na temat Romów, którzy mniej lub bardziej wprost zostają pokazani jako żebracy, lenie, złodziejaszki, brudasy (świnia hasająca w salonie!), amatorzy dziwnych potraw, zacofani, nieokrzesani, porywczy… Ale gwoli sprawiedliwości trzeba zaznaczyć, że Babik i jego bliscy nie wywołują krańcowej niechęci, scenarzyści obdarzyli ich prostodusznością, towarzyskością, poczuciem honoru i swoistej wdzięczności (chociaż i tu sugeruje się, że muszą ukraść, żeby obdarować…). Co ważne, wrażenie prawdziwie odstręczającego sprawia jedynie chytry Erwan (Cyril Lecomte), lecz to właśnie fałszywy tudzież – wedle określenia Daphné – „nieautentyczny” Rom.

Zdaniem niektórych komentatorów siłę rażenia tanich, nieledwie rasistowskich żartów osłabia fakt, że wszystkim dostaje się po równo. Bo przecież „Czym chata bogata!” wydaje się w pierwszej kolejności ciętą satyrą na dwulicowość części „obrońców uciśnionych”, którym z ust nie schodzą górnolotne komunały o sprawiedliwości społecznej i prawach człowieka, tymczasem – jak to celnie ujął Stanisław Jerzy Lec – „ci, którzy mają ideę wciąż w gębie, mają ją zazwyczaj i w pobliskim nosie”. De Chauveron demaskuje pozorne zaangażowanie elit, uprawiających ewentualną dobroczynność z bezpiecznej odległości, natomiast odgradzających się wysokim płotem od realnych „nizin”; obłudników, którzy nawołując do dzielenia się dobrobytem, rozumieją przez to abstrakcyjne dobro wspólne, ale ze swojej własności nie zamierzają dać choćby kawalątka, mimo że sami jako rentierzy pracą się nie zhańbili. Wykpiona zostaje też poprawność polityczna, która zabrania wytykać „innym” nawet rzeczywiste przewinienia, żeby nie być posądzonym o „faszyzm”. I wreszcie wyśmiewa się w filmie zarówno abstrakcyjną niby-sztukę wyższych sfer (Babik o „dziele” Daphné: „Pani też lubi grzebać w śmietnikach”), jak i kolonialną relację Fougerole’ów z Ravim. Generalnie jednak żałosny liberał nie okazuje się paskudnym draniem, a jego wizerunek jest bez wątpienia cieplejszy niż Barzacha. Ów nacjonalista to klasyczny cyniczny szwarccharakter, zajęty knuciem planów pognębienia Fougerole’a, w dodatku zrobiony homoseksualistą (na zasadzie: patrzcie, konserwatysta-gej!). Ale zarazem nie ulega podważeniu komplement, który słyszy on od jednego z czytelników: „Pan nie fałszuje rzeczywistości”… W każdym razie pomimo prześmiewczości reżysera wobec hipokryzji tak lewicowych, jak prawicowych demagogów i ich koniunkturalizmu również Romowie zostali po prostu wykorzystani jako środek do celu. W odpowiedzi na skargi sąsiadów Fougerole’a mer miasteczka nazywa ich sprowadzenie „doświadczeniami ideologicznymi i folklorystycznymi” – i z czymś podobnym mamy chyba do czynienia w wykonaniu de Chauverona.

Niemniej, co zastanawiające, każdy interpretuje to przewrotne rozdzielanie ciosów po swojemu. Jedna strona akcentuje niestosowność grania stereotypami Romów, zarzuca filmowi szerzenie rasizmu i ksenofobii, żerowanie na złych emocjach; druga twierdzi, że komedia pokazuje prawdziwe (czytaj: zgubne) rezultaty przyjmowania imigrantów, a wyszydzeni zostają przede wszystkim zwolennicy „multi-kulti”. Przykładowo portal Niezależna.pl informuje: „Twórcy komedii »Czym chata bogata!« bez skrupułów rozliczają się z liberalnym populizmem i nie zważając na polityczną poprawność, serwują widzowi porządną dawkę rozrywki”. (MJ: „Czym chata bogata!”: imigranci przy Alei Róż?!, http://niezalezna.pl/102439-czym-chata-bogata-imigranci-przy-alei-roz-recenzja). Notabene, autor recenzji nie omieszkuje zaznaczyć, że „jeden z przybyszy najwyraźniej próbuje uwieść żonę swojego gospodarza”, ale już nie dodaje, że chodzi o owego nie-Roma, podczas gdy Babik przeciwnie – staje na straży cnoty swej dobrodziejki.

Jeśli film de Chauverona może podsycać publiczną dyskusję, to warto odnotować, iż u nas bodaj równie wielką burzę rozpętała internetowa przeróbka trailera (na YouTubie pod tytułem „Francuski film obraża Polaków!!!”), w której wypowiedzi bohaterów zdubbingowano obiegowymi kalumniami i wyzwiskami na naszych rodaków. Oczywiście widać, że Romowie na wideo nie są pszennowłosymi Słowianami, jednak niektórzy komentujący chyba dali się nabrać, inni to typowe „trolle” udające oburzonych „patriotów”, by wywołać lawinę inwektyw pod adresem rzekomych francuskich polakożerców. Zapewne autorowi filmiku zależało na odwróceniu ostrza i na unaocznieniu, jak łatwo śmiać się z drugich, a oburzać, gdy te same żarty ktoś stroi sobie z „naszych”. „Dziś wszyscy jesteśmy Romami” – deklaruje pompatycznie Fougerole; pytanie, czy istotnie umiemy się postawić w ich (i innych „innych”) sytuacji, czy nie bliżej nam do niego albo do Barzacha.

Leciutko – o ile można – odsuwając kwestie ideologiczne, trzeba jeszcze rozważyć, czy film de Chauverona jest po prostu dobry jako taki. Otóż pomysł wydaje się lepszy niż wykonanie, za najmocniejszą stronę wypada zaś uznać aktorstwo. Wprawdzie nie wszyscy grają na równym poziomie, ale np. Zylberstein przed ostrym osądem może ratować to, że postać Daphné została przez scenarzystów stworzona jako mająca kanciasto-papierowe rysy oraz niespójna charakterologicznie. Niewątpliwie wybija się wytrawna kreacja Claviera, a smaku dodaje jej fakt, że aktor ten najbardziej znany jest w Polsce z roli giermka Jacquouille’a w serii „Goście, goście”, w której właśnie on był przybyszem z obcej kultury (średniowiecznej), niezrozumianym przez otoczenie… Znakomity kontrapunkt dla Fougerole’a stanowi bohater Abittana, równie udanie wczuwającego się w Babika. Warto nadmienić, że ci dwaj przed czterema laty spotkali się już jako uosobienie konfrontacji kultur, co więcej, na planie poprzedniej komedii de Chauverona, mianowicie „Za jakie grzechy, dobry Boże?”. Abittan wciela się w niej w Żyda, jednego z zięciów owego „konserwatywnego burżuja”, którego znowu gra tam Clavier. Oczywiście również w tym filmie humor bazuje na uprzedzeniach, lecz wszelkie niesnaski dają się łatwo zażegnać.

Podobnie finał „Czym chata bogata!” sprawia wrażenie zbyt łatwego i grubymi nićmi szytego, by nie rzec: nielogicznego – jakby twórcom wyczerpały się pomysły i gorączkowo próbowali dociągnąć fabułę do końca. Zresztą traci ona rozmach stopniowo i panuje w niej chaos świadczący raczej nie tyle o komediowym rozwichrzeniu, ile o niedopracowanym scenariuszu. W dodatku nie dostajemy ani komedii inteligentnej i dającej do myślenia, ani też gwarantującej dawkę szczerego śmiechu. Nad błyskotliwymi kwestiami dialogowymi dominują, jak wspomniano, dość niewybredne i nachalne żarty, przerysowane gagi, banalne efekty. „Czym chata bogata!” jest więc satyrą na tzw. poprawność polityczną i pustosłowie populistów, ale zarazem płytką komedyjką, która żenuje częściej niż śmieszy, a rozgrzebane problemy usiłuje przykryć pośpiesznie zesztukowanym happy endem.

Rzecz jasna, gatunek rządzi się swoimi prawami – nie należy od niego wymagać głębszych analiz czy poważnej refleksji; komedia ma prawo być naiwna, niezobowiązująca, lekka i łatwa (w tym przypadku trudno mówić o przyjemnej). Niektóre sceny istotnie są pomysłowo zabawne, ale zapętlenie w reprodukowanych ponad miarę stereotypach może niepokoić i konfundować. Czy zatem twórcy filmu mimo wszystko przytakują Barzachowi, negującemu możliwość, by kulturowe otwarcie pozwalało na lekcję empatii i wzajemnego wzbogacenia? Warto zauważyć, że bohaterowie niczego nie wynoszą z tego spotkania, co więcej, romskiej rodziny w pewnym sensie udaje się pozbyć… Problemów z imigrantami, integracją, różnicami kulturowymi, konfliktami społeczno-etnicznymi i starciem wartości nie sposób jednak „ot tak” rozwiązać. Jak tłumaczą przed sobą nawzajem Fougerole’owie: „Nie mam nic przeciwko Romom. – Są po prostu inni. – Tylko ta inność zbija z tropu”. „Czym chata bogata!” również zbija z tropu, bo chociaż jest komedią, to przecież nieusuwalnie podszytą smutnym dramatem.

LITERATURA:

MJ: „Czym chata bogata!”: imigranci przy Alei Róż?!, RECENZJA, http://niezalezna.pl/102439-czym-chata-bogata-imigranci-przy-alei-roz-recenzja
„Czym chata bogata!”. („À bras ouverts”). Scenariusz: Guy Laurent, Marc de Chauveron. Reżyseria: Philippe de Chauveron. Zdjęcia: Philippe Guilbert. Obsada: Christian Clavier, Ary Abittan, Elsa Zylberstein, Cyril Lecomte i in. Produkcja: Francja, Belgia 2017, 92 min.