sierpień 15-16 (327-328) / 2017

Grzegorz Mucha,

COVER STORY

A A A
Jak to zwykle w burzliwych czasach bywa, ludzie po raz kolejny zaczęli szukać czegoś stałego, aby powrócić do pionu. Niespodziewanie pomocną dłoń wysunął niedawny buntownik – rock. To tam objawiły się dawne wartości, w tym nawet tak wcześniej dalekie od rocka, jak… życie rodzinne. Na oczach milionów telewidzów Ozzy Osbourne przemienił się z Wysłannika Piekieł w iście Domowego Misia. Dom, w którym przed kamerami odgrywał Tatę-Nieudacznika, może nie był domem wzorowym, ale reprezentował pełnowymiarową rodzinę, którą nie zawsze mogą się poszczycić nawet prorodzinni politycy. Ale ja chcę napisać o czymś bliższym muzyce, choć bezpośrednich związków przez duże M tu wiele nie ma. Kiedy rock rodem z MTV przeszedł kilka nieudanych operacji plastycznych i całkowicie zatracił się w telewizyjnej pulpie, muzycy działający poza telewizyjnym blichtrem z własnej woli zaczęli się staczać w zwyrodniałe hybrydy. Wszystko zaś przy pełnym aplauzie wszelkiej maści rockowych dziadków, wujów, a nawet szwagrów. Stare nie tylko nie przeminęło, ale wręcz powróciło z nową siłą. Pojawiły się cover-bandy.

Długo żyłem w zupełnej nieświadomości. Nie miałem żadnego rozeznania. Sytuację radykalnie zmienił jeden telefon. Pewnego letniego dnia zadzwonił do mnie kolega mieszkający w Niemczech z sensacyjną jego zdaniem wiadomością, iż zdobył bilet na koncert marzeń. Niestety, nazwa podanej przez niego grupy, choć wydawała się znana, nic mi nie mówiła. Otóż ów kolega zamierzał pójść na koncert zespołu Musical Box. Zaczął mi szybko tłumaczyć, w czym rzecz, bo czasy wtedy były jeszcze internetowo słabo rozwinięte. Zrozumiałem, ale uwierzyć w owe rewelacje nie mogłem. Nie mogłem zrozumieć tej dziwnej fascynacji. No bo jak to? Pójść na koncert młodej grupy, która udaje dawno nie istniejący zespół. Wykonuje stare kompozycje na instrumentach „z epoki”, w scenografii sprzed lat, a muzycy obnoszą się po scenie w ówczesnych scenicznych przebraniach. Trasa, jaka wtedy miała miejsce nosiła tytuł taki jak jeden z wczesnych albumów Genesis – „Nursery Crime”. Album ów zrealizowany został w roku 1971 m.in. w składzie z Peterem Gabrielem i Stevenem Hackettem. Tymczasem kolega tłumaczył i tłumaczył. Twierdził, że dopiero teraz ma szansę przeżyć coś, co ominęło go w przeszłości, bo był wtedy za młody, a poza tym za komuny nikt takich grup do Polski nie sprowadzał. W końcu z żalem dodał, iż jego straty nie naprawił nawet wyjazd na Zachód, który miał miejsce w latach 80., bo na pewne wydarzenia było już i tak za późno. Wtedy progrockowe szaleństwa wycofały się do głębokiego cienia. Władanie w tej grupie objął Phil Collins, którego kolega uważał co prawda go za „fajnego gościa”, ale pełni szczęścia tamte trasy koncertowe mu dać nie mogły. Kiedy stałem się już internetowo bardziej sprawny, rozpocząłem stosowne poszukiwania, no i wpadłem niemal w popłoch. Wspomniany wyżej Genesis doczekał się już wtedy kilkudziesięciu cover bandów. Każdy jeden zespół zapożyczał swoją nazwę od tytułu jakiejś kompozycji bądź albumu. Pewnie po to, aby łatwo było odgadnąć, który okres słynnej grupy będzie zaprezentowany „na żywo”.

Cóż… Dziś jest to zjawisko powszechnie znane i akceptowane. Piszę ten tekst w mieście już dwukrotnie nawiedzonym przez Australian Pink Floyd (Mój Boże! Dobrze, że nikt jeszcze nie wpadł na pomysł pt. Australian David Bowie. Ale wszystko przed nami). Najgorsze jednak, iż jest to nadal zjawisko rozwojowe. Kiedy muzycy grupy Yes brutalnie pozbyli się wieloletniego wokalisty i podpory zespołu – Jona Andersona, a na jego miejsce wprowadzili frontmana z cover bandu, zjawisko zostało niemal pobłogosławione. Bo warto dodać, iż to właśnie giganci rocka progresywnego są najczęściej coverowani. I to oni dostrzegli w tym zjawisku swoją nadzieję na życie wieczne. Od tamtego czasu zaczęły się wyprawiać rzeczy niegodne i haniebne. Zespół Yes z miesiąca na miesiąc zaczął się upodabniać do własnych klonów, a nowi muzycy utwierdzali liderów formacji w słuszności obranego kierunku. Najbardziej kuriozalną sytuację prowadzi podstarzałe „dziecko”, spłodzone przez nurt progresywny ze stylistyką pop, czyli grupa Asia. Na koncertach bez żadnego oglądania się na kogokolwiek gra wszystko, czego domaga się najmniej wymagająca część rockowej publiki. W związku ze swoim „złożonym” pochodzeniem ów zespół wykonuje kompozycje od kiczowatego The Buggles, poprzez Yes, Emerson Lake & Palmer do swoich włącznie. Przykładów można podawać wiele. Cover bandami stali się nawet artyści działający pod własnym nazwiskiem. Tu także „mistrzami gatunku” są osoby związane z wymienionymi powyżej grupami. Niemal każdy koncert muzyka (bądź byłego muzyka) znanego zespołu opiera się na dawnych kompozycjach ich macierzystych zespołów. Ale nie będę wymieniał nazwisk, zwłaszcza że z dnia na dzień ich liczba wzrasta. Wypada się raczej zastanowić, co napędza tę maszynę. Z pewnością stoi za tym wielki show-biznes, w którym prawie nie ma już miejsca na akceptację oryginalności. Łatwiej przemielić sprawdzony materiał/ towar i zawinąć go w błyszczące opakowanie, niż wypromować świeżą artystycznie propozycję. Ale niebagatelny wpływ ma także „wujkowata” rockowa gawiedź. Jest to spora rzesza ludzi, którym nie chce się znaleźć niczego nowego. Sięgają po stare bądź nowe, które jest starym. Wydaje się, że w świecie rocka zaczęło obowiązywać nowe hasło reklamowe „Dobre, bo stare”. Powstał produkt, na który jest zapotrzebowanie. I cały ten jarmark żyje własnym życiem.

Ale może tak już jest, iż każde pokolenie zaczyna stopniowo popadać w tani sentymentalizm, a pokolenie posthipisowskie nie różni się wiele od swoich poprzedników. Przestała się liczyć undergroundowa i kontrkulturowa wartość rocka. Pozostały piosenki – podszyte wspomnieniami melodie. Jakiś czas temu zacząłem sobie wyobrażać, co będzie za lat kilka, kiedy w „wujkową” fazę wejdzie pokolenie grunge’u, triphopu, britpopu i tym podobne. Klony nazywające się Parklife, Demon Days bądź Inertia Creeps. Ale i tu rzeczywistość mnie prześcignęła. One już są i wciąż tworzą się nowe. Klony Blur czy Kaiser Chiefs cieszą się sporą popularnością. Co prawda teraz częściej używa się nazwy tribute band, ale chodzi o to samo. A jednak najgorsze dopiero przed nami, bo powoli pełznie ku nam hologramowy potwór. Ale to już temat na osobny tekst.