sierpień 15-16 (327-328) / 2017

Anita Jasińska,

CENA WOLNOŚCI (LUTZ SEILER: 'KRUSO')

A A A
Historia, którą funduje swoim czytelnikom Lutz Seiler, jest banalnie prosta: młody mężczyzna, szalenie zdolny student germanistyki i obywatel Niemieckiej Republiki Demokratycznej, Edgar Bendler, przeżywa życiową tragedię i pragnie wyjechać. Chce się ukryć, schować na chwilę przed okrutną przeszłością i przewrotnym losem oraz odwlec w czasie przyszłość, zatrzymać na chwilę wewnętrzny zegar, uspokoić niespokojny pęd czasu. Niespiesznie pakuje walizkę i rusza na dworzec.

Bohater powieści obiera sobie za cel podróży maleńką, położoną na Morzu Bałtyckim wyspę Hiddensee, która okaże się miejscem odmieniającym życie młodego Niemca. Ed dostaje pracę w pobliskim hotelu na stanowisku pomywacza, stając się tym samym jednym z wielu pracowników sezonowych zatrudnionych jedynie na chwilę. W kuchennej atmosferze oparów i wśród stosu brudnych talerzy poznaje Aleksandra Krusowicza. Mężczyźni, pracując razem, zawiązują silną przyjaźń, która stanie się niemalże najważniejszym motywem powieści. Tytułowy Kruso to potężny, pracowity mężczyzna, który staje się dla młodego studenta literatury kimś w rodzaju mistrza, niedoścignionego autorytetu. Ich silny sojusz, zbudowany na wspólnym tragicznym doświadczeniu, będzie trwał, dopóki istnieje wspólny wróg i jeden cel – odzyskanie wolności.

Rok 1989 upływa pod znakiem politycznych i społeczno-obyczajowych zmian, które, jak udowadnia Seiler, łączą i dzielą, integrują i doprowadzają do upadku, scalają rodziny i łamią biografie. Polityka, choć niezwykle istotna, występująca w roli trzonu powieści, stalowej konstrukcji, na której nadbudowano treść, nie pojawia się na kartach powieści w sposób opresyjny. Czytelnik wyczuwa jej obecność i stały wpływ na życie mieszkańców wyspy, jej absolutną moc sprawczą, choć dzieje się to poza głównym tokiem lektury. Ta wiedza, niemal intuicyjna i nieuświadomiona, towarzyszy odbiorcy od momentu pierwszego spotkania z Bendlerem.

Wolność to słowo-klucz „Kruso”. Mówią o niej wszyscy: szef hotelu, małżeństwo barmanów, lodziarz, kelnerzy i kucharz. Słowo wybrzmiewa na ustach turystów i staje się główną motywacją uciekinierów, którzy traktują wyspę jako przystanek w drodze do raju. Wolność rozumiana jest tu co najmniej w dwojaki sposób. Po pierwsze, jako konstytucjonalne, niezbywalne i podstawowe prawo człowieka, które powinno podlegać ochronie i być szanowane przez innych, a po drugie jako wewnętrzne wyzwolenie spod jarzma doświadczeń przeszłości, prześladujących koszmarów, nieprzeżytej żałoby, dopominającej się o należną cześć.

Hiddensee będzie więc nie tylko kolejnym portem, punktem, który należy obligatoryjnie włączyć w trasę ucieczki, ale i samym celem, bezpiecznym domem. Tylko tu – zdają się mówić postaci książki – możemy spokojnie żyć. To nasza wyspa, na której obowiązuje nasze niepisane prawa, nasz kodeks. Pozbawieni niepotrzebnej biografii, tworzymy ją tu i teraz. Tak definiujemy swoją wolność. I to o nią toczymy walkę.

Jedną z największych, choć oczywistych i może nazbyt przezroczystych zalet powieści, jest sposób budowania opisu nadmorskiego krajobrazu. Dobrze znany polskiemu czytelnikowi Bałtyk, pozbawiony egzotycznej przygodności istnienia, kojarzony z szerokimi plażami, zimną wodą i tłumem nieprzebranej masy ludzkiej, zyskuje nowe życie. Swojski i tutejszy pejzaż odchodzi w niepamięć, ustępując miejsca zupełnie obcej, nieprzystającej, a nawet nieprzyzwoitej, perwersyjnie obcej, perspektywie.

Wyspa, którą opływa dookoła znajome morze, jest dzika, nieprzystępna i zniewalająco pociągająca. Groźny bezmiar wód, niespokojne fale i plaże pełne niebezpiecznych zakamarków nie pasują do powszechnych wyobrażeń. Szczegółowy opis wyspiarskiej, dzikiej roślinności sprawia wrażenie nieprawdziwego, odrealnionego. Granice między tym, co rzeczywiste, a tym, co wyobrażane, zacierają się i nikną. Trudno rozpoznać, co jedynie Ed sobie roi i o czym fantazjuje, a co mu się przydarza i co istnieje naprawdę.

Wyspa tonie pod ciężarem okazałej fauny i flory oraz napływowej ludności. Jej sposób istnienia, podobnie jak istnienie jej mieszkańców, przechodzi metamorfozę. Postrzegana jako mała Ziemia Obiecana, tętniąca życiem, wypełniana przez ludzkie nadzieje, pragnienia i oczekiwania, zamienia się w opustoszały, niepotrzebny odprysk na morskiej mapie. Wraz z nadejściem nowego ładu, starannie stawiany, cegła po cegle, ustabilizowany świat, zostaje strącony w przepaść. A wyspa, ludzie i ich historie odchodzą w niepamięć, nikną na horyzoncie morza.

Tym, co zwraca na siebie szczególna uwagę, jest sposób budowania narracji. Opowieść Seilera spokojnie płynie, nie pozwalając na zbyt szybką lekturę. „Kruso” nie pozwala, by przerzucać pospiesznie kartki i pędem biec do przodu, oczekując łatwo dostępnego i spektakularnego finału. Wszystkie elementy, będące trzonem opisywanej historii, obudowane są niezwykle szczegółowym, poetyckim opisem.

Gęste i duszące opary wydobywające się z restauracyjnej kuchni Klausnera docierają aż na drugą stronę, przedzierając się przez materialność powieści i obezwładniając czytelnika. To opowieść smutna, ciężka i gorzka. Ubrana w poetyckie frazy historia o upadku ideałów, samotności, mierzeniu się z własną przeszłością i nieprzepracowaną traumą nabiera nowego znaczenia. Kolejne zdania powieści budują ponury nastrój nieustannej obawy, wymuszonej gotowości do ucieczki. Przeszłość bezwstydnie wdziera się w granice teraźniejszości. Aleksander nie potrafi otrząsnąć się po zaginięciu siostry, Sonii, choć minęło już przecież kilkanaście lat, Edgar wciąż nie umie odnaleźć się w nowej, choć okrutnej rzeczywistości po stracie ukochanej. Kobieta nie daje bohaterowi spokoju, nawiedzając jego sny i myśli. Wtapia się w realny świat bohatera, stając się namacalnym elementem jego życia. Dochodzi do przemieszania porządków: to, co kiedyś, staje się prymarną częścią tego, co wydarza się dziś. Przeszłość jest stale obecna w teraźniejszości, wpływając na przyszłość, a właściwie: uniemożliwiając jej zaistnienie.

Niewątpliwie racje mają ci, którzy zarzucali prozatorskiemu debiutowi Seilera brak odpowiedniego rytmu, który nadałby tempa procesowi lektury, wprawił rozpędzoną maszynę czytelniczej aktywności w ruch i nadał mu sens. To jednak uwaga wstępna i nie do końca przemyślana. „Kruso” bowiem posiada swój rytm, własną melodię, ścieżkę, której musimy się oddać i podporządkować. Czytanie powieści przypomina podróż pociągiem. Jesteśmy zmuszeni posłusznie przyjmować kaprysy ospałego maszynisty. Przez większość czasu będziemy powoli toczyć się po nierównych szynach albo oczekiwać na swoją kolej na przeróżnych bocznicach, a czasem, jeśli będziemy mieć odpowiednio dużo szczęścia, nabierzemy rozpędu i dojedziemy na kilka kolejnych stacji sprawnie, nie zauważając nawet pokonanych kilometrów. Nauka jaka płynie z tego dziwacznego toku lektury, jest tożsama z tym, co – jak sądzę – próbuje udowodnić autor „Kruso”, a mianowicie, że upragniony i wyczekiwany cel, ostatnia stacja na naszej drodze jest ważna wyłącznie wtedy, kiedy organizuje naszą podróż i porządkuje działania. Sam w sobie jest nie tyle bezużyteczny, co niebezpieczny.

Bohaterowie powieści, osiągając upragnioną i wyśnioną wolność, tracą życiową stabilizację i zostają pozbawieni sensu swoich dotychczasowych działań. To oni – sezonowi pracownicy, mentalni rozbitkowie, okazują się największymi ofiarami ustrojowych dobrych zmian w Europie. Dostali w prezencie wolność i utracili wyjątkowość istnienia wyspy, która była nie tylko domem, ale i wojennym bunkrem, intymną kryjówką, przeklętym piekłem. W jednej z najjaśniejszych kart historii dzisiejszych Niemiec, Lutz Seiler dopatrzył się pojedynczej tragedii, którą w mistrzowski sposób obmyślił i wyłożył.
Lutz Seiler: „Kruso”. Przeł. Dorota Stroińska. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków 2017 [Seria z żurawiem].