Wydanie bieżące

1 września 17 (329) / 2017

Natalia Kaniak,

OLDSCHOOL, BABY (LONE SLOANE)

A A A
Lone Sloane to postać stworzona w latach 60. XX wieku. Historię kosmicznego pirata, przeżywającego niebezpieczne i ekscytujące przygody, można porównać do perypetii bezimiennego „Blondasa” z filmów Sergia Leone. Ten sam przeszywający wzrok, ostre rysy twarzy, lapidarność w ruchach i słowach. W gruncie rzeczy potwornie konserwatywny jak na czasy kontestacji, w których powstał, choć zgrabnie przemycający to, co wygodne i pożądane przez czytelnika przyzwyczajonego do konkretnych standardów. To, co w poprzednich dekadach tak zaskakiwało i zachwycało w stylu Druilleta, to jego zerwanie z rygorem linearnego kadrowania, „uwolnienie” obrazów i komponowanie kadrów na zasadzie ornamentalnych kompozycji.

Album wydawnictwa Egmont Polska składa się z ośmiu zamkniętych opowieści, podanych czytelnikom chronologicznie względem czasu ich powstania. Philippe Druillet jest gwiazdą komiksu francuskiego, zaś bycie najważniejszym nazwiskiem tego medium we Francji oznacza bycie klasykiem, z którego dorobku czerpie znaczna część adeptów sztuki ilustracji. Dość wspomnieć, że sam Druillet był jednym z założycieli magazynu „Métal Hurlant” – antologii komiksu SF, przekształconej później i wydawanej w Stanach Zjednoczonych pod znacznie bardziej rozpoznawalnym tytułem „Heavy Metal”.

Przygody samotnego wilka Sloane’a to nic innego jak komiksowy neobarok, wyprzedzający wizje Luca Bessona. Znajdziemy tu wszystko, czego fani fantastyki mogą poszukiwać: eklektyzm jest bowiem ulubioną formułą Druilleta. Jeśli chodzi o kolory i sposób ich nakładania, autor zakochany jest w osiągnięciach chemicznej postprodukcji zdjęć, polaryzacji, sitodruku, opalizujących grafikach i wizjach LSD, których impresje mógł podziwiać w latach 60. lub samemu ich doświadczać. Pod względem rekwizytorskim artysta beztrosko nawiązuje do nordyckich mitologii, grecko-rzymsko-bliskowschodniego wzornictwa oraz filozofii Wschodu. Sztafaż pełen gotycko-inkaskich potworków architektonicznych z pewnością wyznaczył standardy fantasy na kolejne dekady, uczciwie pokazując, że historia i sztuka to worek bez dna, z którego wolno czerpać do woli, bez przymusu dbania o spójność i kontekst. W tej kwestii trzeba Druilletowi przyklasnąć za tak punkowe wyczucie.

Zastanawia fakt, że wszystko, co tajemnicze i obce, jest w wizjach Francuza op-artowe i geometryczne, tym bardziej, że trend ten widać mocno tak w dzisiejszej technologii, jak również w estetyce kina SF (nie licząc rzecz jasna wizji H. R. Gigera). Wszystkie te zabiegi – niewątpliwie czasochłonne, imponujące i w kontekście historii komiksu szalenie istotne – są jednak, na pewnym poziomie, bardzo naiwne. Przypomina to bowiem próbę przekonania czytelników, że mają do czynienia ze sztuką wyższą, lepszą, z komiksem klasy premium, nie zaś zwykłą nowelą graficzną. To równie zakłamane założenie, jak próby orkiestracji klasyków hip-hopu czy koncertowe wykonania rockowych hitów w wersjach symfonicznych. Przepięknie zrealizowany kicz, jednak zupełnie regresyjny wobec zjawiska.

Fabuła stworzona przez Jacquesa Loba i Benjamina Legranda jest również dobrze znaną nam opowieścią, ozdobioną kilkoma niecodziennymi elementami, silnie zakotwiczoną w wizji społeczeństwa sprzed ery dzieci kwiatów. Nie od dziś wiadomo, że science fiction zgrabnie wyparło na kilkadziesiąt lat z kina klasyczny western, by dopiero po latach utorować drogi obu gatunkom, choć w lekko zmienionych formach. „Lone Sloane” jest doskonałym przykładem tego przełożenia. To typ SF bardzo mocno zakorzenionego i niepotrafiącego wyrwać się ze stylu budowania gatunkowych narracji swoich czasów. Jestem jednak pewna, że niektóre elementy były świadomie pozostawione w produkcyjnym kluczu tamtej epoki. Ową różnicę w narracji wyraźnie widać dopiero po latach, szczególnie w ostatnim epizodzie przygód Sloane’a. Różni się on nie tylko estetycznie, ale i na płaszczyźnie narracji – inaczej rozłożone akcenty, kilka kobiecych postaci, niemal hollywoodzkie zakończenie. Niestety i tu widać chęć wyjścia naprzeciw oczekiwaniom czytelników, nie zaś pragnienie kreowania nowatorskich standardów.

Egmontowscy Mistrzowie Komiksu (w ramach tego cyklu „Lone Sloane” zagościł na polskim rynku) to poczet autorów, do którego należy podejść tak entuzjastycznie, jak krytycznie. Znajdziemy tu nazwiska osób, które miały swój wkład w rozwijanie komiksowych trendów, ale już do nas należy ocena, w jaki sposób przyczynili się oni do budowania światowych standardów w tej dziedzinie sztuki.
Philippe Druillet, Jacques Lob, Benjamin Legrand: „Lone Sloane”. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2017.