Wydanie bieżące

1 września 17 (329) / 2017

Marek Bochniarz, Zuzanna Lewandowska,

DRUGI ROK, A W POZNANIU DALEJ #NIC (NIC SIĘ TU NIE DZIEJE)

A A A
Stolica Wielkopolski to może i „wolne miasto Poznań”, ale do polskiej kulturalnej wiedzy powszechnej przeszła już świadomość, że ten sam Poznań w ostatnich latach przeżył odpływ bądź śmierć ważnych i rozpoznawalnych w kraju imprez typu No Women No Art czy Tzadik Festival Poznań. Na ich miejsce weszły mniejsze w skali wydarzenia, które mają wypełnić kulturalną pustkę. Robią to jednak w skali lokalnej.

Należy do nich festiwal filmowy Nic Się Tu Nie Dzieje, czyli efekt współpracy trzech kin studyjnych – Muzy, Kina Pałacowego w „Centrum Kultury Zamek” i Rialto. Impreza odbywa się w sierpniu, więc łatwo się domyśleć, iż zajęła pustkę po odpłynięciu Transatlantyku do suchego doku w Łodzi. Niemniej ironiczna nazwa wydarzenia sugeruje dystans do całej sytuacji z obrażaniem się Jana A.P. Kaczmarka na Poznań, ale i do groteskowej wystawności czy nieco śmiesznego blichtru, proponowanego przez organizatorów tamtego wydarzenia. Inna sprawa, że #NIC nijak nie może się równać na przykład z Nowymi Horyzontami – więc część widzów, do których festiwal był skierowany, musiała przebywać w tym samym czasie we Wrocławiu, bo na niektórych pokazach, na których byliśmy, frekwencja prezentowała się zaskakująco skromnie.

Nie umniejsza to mimo wszystko programu, jaki zaproponowali organizatorzy. Widzowie odnaleźć mogli w nim zarówno największe „hity” nadchodzącego sezonu tzw. blockbusterów („Valerian i miasto tysiąca planet” Luca Bessona), najcenniejsze perełki współczesnego kina europejskiego (produkcje m.in. z Węgier, Francji czy Niemiec), co nieco z kina niezależnego – choć „odświeżanego”, to jednak wciąż bardzo nośnego i przyciągającego rzeszę fanów tego typu rozrywki (jak np. cykl VHS Hell, czyli pokaz grindhouse’owych amerykańskich filmów klasy B), jak i garść najgłośniejszych filmów dokumentalnych i animowanych ostatniego czasu oraz serię „staroci” typu „Mocny człowiek” Henryka Szaro z 1929 roku, z oryginalną muzyką graną na żywo. Cóż tu więcej wymieniać – imprezę cechuje tak duża różnorodność, że każdy koneser, miłośnik czy niedzielny bywalec kina może uraczyć się przy stole filmowych obfitości.

Losy człowiecze między różnymi światami, czyli festiwalowe fabuły

Najwięcej miejsca poświęcono filmom fabularnym, także tym najnowszym, które albo wkraczają na ekrany naszych rodzimych kin, albo dopiero czekają na swoją polską premierę. Wśród filmów, które znalazły się na naszej personalnej liście must-see, królowały pozycje eksplorujące zawiłości stosunków międzyludzkich, intymnych relacji i złożonej sfery uczuciowej przynależnej każdemu człowiekowi – niezależnie od pochodzenia, środowiska i kręgu kulturowego, w jakim funkcjonuje. Sporą część europejskich (lub stanowiących koprodukcje ze Stanami Zjednoczonymi) filmów, jakie zagościły na tegorocznej edycji, stanowiły zwłaszcza te skupione na pokrętności ludzkiej psychiki – a do czego nam nie bliżej, jak nie do oglądania pewnych wersji samego siebie na ekranie, co też dla niektórych kinofilów jest jednym z najbardziej atrakcyjnych aspektów sztuki filmowej. Ale po kolei.

Ludzie ludziom zgotowali ten los?

„Frantz” (2016) François Ozona to majestatycznie utkana opowieść osadzona w czasach powojennych. Film eksploruje tematykę stosunków nie tyle między narodami stającymi ze sobą w szranki podczas I wojny światowej, co przede wszystkim skomplikowanych relacji między pozornie opozycyjnymi wobec siebie jednostkami. Zawiłości te tym bardziej podkreślone zostały przez problematykę rozdarcia pomiędzy obowiązkiem służenia ojczyźnie („zabij swojego wroga, nim on zabije ciebie i zaanektuje twój kraj”), a kwestią samego prawa do odbierania życia bliźniemu, wynikającego z osobistego systemu wartości bohaterów (pacyfistyczne skłonności tytułowego Frantza i wyrzuty sumienia, z którymi nie potrafi poradzić sobie jego „oprawca” – Adrien). Niezwykle wolne tempo, w jakim wprowadzani jesteśmy w całą historię rozgrywającą się na dwóch płaszczyznach i w dwóch przestrzeniach (Niemcy i Francja – kraje, których tak naprawdę nie różni nic, prócz języka, jakim posługują się jego obywatele), paradoksalnie wcale nie nuży widza, a wręcz odwrotnie – coraz mocniej wciąga go w enigmatyczną opowieść, wymagając pracy nad rozwikłaniem nawarstwiających się zagadek.

Styl, w jakim utrzymany jest „Frantz”, ma dość hipnotyczny wpływ na odbiorcę. Powolne ujęcia, płynne przechodzenie z czarno-białej tonacji do kolorowej (kolejna łamigłówka – czemu to bowiem służy?), misternie wplecione nawiązania do spuścizny kulturowej Francji i Niemiec (malarstwo i muzyka), którym funkcję również musi nadać adresat opowieści – sprawiają, że w film wchodzimy jak w gęsty, wszechogarniający dym.

Poznajemy historię tajemniczego Francuza, odwiedzającego rodzinę Frantza po jego śmierci. Mimowolnie podaje się on za jego przyjaciela, by móc poznać niejako „od środka” dzieje, środowisko i bliskich osoby, którą – jak się później okaże – zabił, nie wiedząc kompletnie kim ona jest. Wraz z rozwojem akcji śledzimy również coraz bardziej skomplikowane uczucie, jakie zaczyna rodzić się pomiędzy Adrienem a „owdowiałą” narzeczoną niemieckiego żołnierza. Te kwestie nie tyle stawiają nas przed zawiłościami fabularnymi i pojawiającymi się z sekwencji na sekwencję nowymi odsłonami pewnych wątków (których czasem się spodziewamy, a które niekiedy zaskakują swą prostotą), co sprawiają, że całe – tak proste w swej istocie przesłanie filmu (sprowadzające się tak naprawdę do wydźwięku jednego z przykazań dekalogu – traktuj bliźniego swego jak siebie samego) – nabiera niezwykle ludzkiego wymiaru. Za tak umiejętne połączenie operowania środkami filmowej ekspresji z licznymi nawiązaniami do dziedzictwa sztuki europejskiej, za wydobycie prostego sensu i drugiego dna z historii przez małe i wielkie „h” – chapeau bas dla reżysera!

Ostatnia podróż do utraconego

Podobny temat podjęty został w „Powrocie do Montauk” (2017) Volkera Schlöndorffa (znanego przede wszystkim z oscarowej adaptacji „Blaszanego bębenka” Güntera Grassa). W jego nowym filmie znów pojawia się temat złożoności uczuć i wpływu przeszłości na zachowanie i psychiczne ukształtowanie jednostki. Tym razem jednak fabuła skupia się na postaci głównego bohatera, Maxa Zorna, który odbywa zarówno fizyczną, jak i metafizyczną podróż. Przybywa bowiem z Europy, w której się „zasiedział” (o czym świadczy także jego dość kuriozalny, wręcz staroświecki i przynależny do „starego kontynentu” strój i styl bycia), do Nowego Jorku, gdzie spędził część swojej młodości i stawiał pierwsze kroki jako autor książek. Podczas powrotu do USA powoli zaczyna nie tylko odkrywać swoją utraconą adolescencję, ale i… utraconą miłość.

O ile pierwsza część obrazu dość dynamicznie wprowadza nas w rzeczywistość, gdzie zderzają się tak różne wobec siebie światy (tętniący życiem i zabawą, fluorescencyjny, ale i obskurny Nowy Jork będący metonimią samego konstruktu kulturowo-społecznego, jakimi są Stany Zjednoczone, vs. zakorzeniona w tradycji i kulturowym dziedzictwie Europa reprezentowana przez samego Maxa i jego mentora Waltera), o tyle druga to Schlöndorffowska wersja „Ostatniego dnia lata” Tadeusza Konwickiego. Podobnie jak w filmie polskiego mistrza metafizyki bohaterowie – byli kochankowie – błądzą po plażach tytułowego Montauk, snując rozważania na temat ich wzajemnych relacji i swojego miejsca w świecie oraz gąszczu zawiłych więzi emocjonalnych, w których miotają się od czasu rozstania. Niestety, z tych długich rozmów niedoszłych partnerów jakby nic nie wynika. Nie do końca bowiem wiadomo, jaki sens płynie z wzajemnych opowieści na temat popełnionych błędów i przeżytych traum oraz rozważań dotyczących tego, dlaczego „stało się tak, a nie inaczej”, a przede wszystkim – jakie de facto są ich motywacje i dlaczego zdecydowali się na „spotkanie po latach”.

Dla widza chyba dość niejasne staje się to, dlaczego bohaterowie nie chcą rozpocząć na nowo wspólnego etapu w swoich – zanurzonych w samotności – egzystencjach, skoro przecież dochodzą do wniosku, że są sobie jednak przeznaczeni. Być może to przewrotne potraktowanie relacji międzyludzkich tkwiące również w ukazaniu głównej postaci jako egoistycznego drania, który nie potrafił i wciąż nie potrafi wziąć odpowiedzialności za swoje życie i rani kolejne napotkane kobiety, miało na celu wywołanie niezwykle dwuznacznych uczuć wobec protagonistów, wprowadzając widza w strefę emocjonalnego dyskomfortu. U nas wywołało to jedynie poczucie konfuzji, prowadzące do jednego pytania: jaki był sens „podróży” bohatera (choć Stellanowi Skarsgårdowi jak zwykle nie można odmówić mistrzostwa w kreowaniu niezwykle dwuznacznych postaci), skoro powrócił on do punktu wyjścia – również tego metafizycznego.

„Tacy sami, a ściana między nami”

Zdecydowanym faworytem w naszym osobistym rankingu (i filmem, który przyciągnął największą chyba publiczność w kontekście prezentowanych fabuł) stał się węgierski obraz „Dusza i ciało” (2017) reżyserki Ildikó Enyedi, mającej na swoim koncie dość skromny dorobek, jeżeli chodzi o pełnometrażowe produkcje fabularne. Tym razem problematyka braku komunikacji pomiędzy dwiema jednostkami – a w zasadzie barier stojących na przeszkodzie w zrozumieniu własnych potrzeb natury uczuciowej – została ukazana w dość osobliwy sposób. Autorka obdarzyła bowiem dwójkę głównych bohaterów szeregiem dysfunkcji – Maria od dzieciństwa choruje na zespół Aspergera (charakteryzujący się przede wszystkimi trudnościami związanymi z wchodzeniem w jakiekolwiek interakcje społeczne), a Endre ma całkowicie sparaliżowaną prawą rękę – jakże ważną (o ironio!) kończynę służącą do rozpoczynania pierwszego kontaktu z drugim człowiekiem.

Mimo tak poważnych barier, jakie dzielą naszych protagonistów i przeszkadzają w nawiązaniu bardziej intymnej relacji (choć oboje od samego początku odczuwają „porozumienie dusz”, spotykając się pod postaciami jelenia i łani w snach), autorka z dużą dozą ironii i czarnego humoru podchodzi do całego procesu stopniowego budowania związku. Miłość rodzi się bowiem w miejscu, w którym panują dość okrutne reguły – w rzeźni kojarzącej się z „przemysłową” zagładą i brakiem empatii. Nawet próba samobójcza głównej bohaterki jest ukazana w niezwykle przewrotny sposób. Gdy słuchając nostalgicznego utworu Laury Marling, próbuje podciąć sobie żyły, to po odebraniu telefonu od obiektu swoich nie do końca zdefiniowanych lub raczej nieuświadamianych uczuć wybiega z wanny i gna do szpitala – tylko po to, by opatrzyć rany i uciec do człowieka, który miałaby stanowić plaster na jej „rany psychiczne”.

Można by stwierdzić, że reżyserka w bardzo ironiczny sposób potraktowała schemat komunikacji Romana Jakobsona, gdzie kontekst, w którym nasi bohaterowie próbują się porozumieć, nie do końca sprzyja nawiązaniu głębszej relacji (rzeźnia, stołówka w pracy). Dochodzi do tego kontakt fizyczny, z jakim oboje mają problem (przypadłość Endre i choroba Marii, nieznającej swojego ciała), kod języka, którym operują, a jaki nie gwarantuje nawiązania jakiegokolwiek sensownego porozumienia (zwłaszcza w kontekście syndromu bohaterki, nierozumiejącej bardziej zawiłych przekazów i interpretującej je dość jednoznacznie), nie mówiąc już o bardziej złożonych, poetyckich przekazach z „drugim dnem”, z którymi sobie nie radzą. Mimo wszystko nasi kochankowie pokonują w końcu ograniczenia. Niosą nadzieję na to, że jednak „uczucie przezwycięża wszystko” i każdy z nas – mimo jakichkolwiek ułomności – ma szansę na odnalezienie bratniej duszy. I to przesłanie zapewne odegrało znaczącą rolę w recepcji tego filmu – nawet nie tyle przez krytykę filmową, co publiczność.

Kosmiczne podróże małe i duże

Nieco wytchnienia od zgłębiania trudnych i pogmatwanych stosunków międzyludzkich zaoferowano widzom w postaci najnowszego hitu Luca Bessona – guru francuskiego kina popkulturowego – czyli „Valeriana i miasta tysiąca planet” (2017). Można by uznać ten obraz za wpisujący się w niezwykle nośny w ostatniej dekadzie nurt eksplorujący wizje przyszłości naszego uniwersum w sposób fantastyczny i okraszony sporą dozą humoru (jak np. „Autostopem przez galaktykę” Stephena Fry’a z 2004 roku czy „Strażnicy galaktyki” Jamesa Gunna z 2014 roku). Wbrew opiniom krytyków filmowych, jakie pojawiły się po pierwszych pokazach tej superprodukcji (oskarżających obraz o miałkość przesłania i płytką widowiskowość), film ogląda się niezwykle pysznie i brak w nim momentów – tak często obecnych w innych tego typu tworach – w których widz odczuwałaby zażenowanie proponowanymi scenami-dowcipasami czy nawet dialogami o zabarwieniu miłosnym. Komiczne sceny bawią, głównym bohaterom na szczęście brak sentymentalnej banalności, spektakularność obrazu cieszy oko, a i smaczki typu zaangażowanie popularnej gwiazdy popowej sceny muzycznej Rihanny ma nawet swoje uzasadnienie w kontekście postaci, którą odgrywa.

Film – mimo swej prymarnej funkcji, czyli porażania widowiskowością i efektami specjalnymi – mimo wszystko niesie ze sobą ważkie przesłanie – zwłaszcza w kontekście ostatnich problemów związanych z polityką migracyjną. Co rusz stawiane są bowiem akcenty na istotność porozumienia nie tyle między poszczególnymi narodami, ale i rasami czy nawet – gatunkami i rodzajami, a co więcej – szacunkiem dla tych „słabszych”, niedysponujących „broniami masowego rażenia”, którzy wykorzystywani są stricte dla celów politycznych i wygody tych silniejszych. Czy faktycznie „Valerian i miasto tysiąca planet” ma aspiracje do bycia produkcją odpowiadającą na dylematy, przed jakimi stawia nas współczesny świat? Cóż, to pytanie należy już pozostawić do rozwagi widzom.

Więcej niż reportaże

Zdaniem części widzów filmy dokumentalne były na Transatlantyku najważniejsze – bo i tak wiedzieliśmy, że organizatorzy budują swój program głównie z produkcji fabularnych, które prędzej czy później trafią do krajowej dystrybucji. Z dokumentami było zgoła inaczej, a więc zawczasu zacieraliśmy ręce i mówiliśmy teksty typu „ale przynajmniej na część z tych dziwactw to musowo trzeba się udać” – i szliśmy, o ile deadline’y na to pozwoliły. To podochocenie nie przekładało się jednak na ogólną frekwencję w salach kinowych – bo najbardziej osobliwe i unikalne filmy dokumentalne muszą przecież znaleźć osobliwego i unikalnego widza.

Piekło… nudy historyków sztuki

Paradoksalnie, na #NIC dokumenty miały się frekwencyjnie o wiele lepiej niż na Transatlantyku. Największe zaskoczenie można było przeżyć wczesnym sobotnim popołudniem na seansie „Piekła Botticellego” w Rialto przy prawie pełnej sali. Niemniej cechą charakterystyczną tego jeżyckiego kina są właśnie projekcje dokumentów o sztuce, więc i lokalna widownia była do nich już przyzwyczajona. Jak sama nazwa wskazuje – film jest poświęcony cyklowi ilustracji do „Piekła” Dantego, które zrealizował Sandro Botticelli. Początek, zawierający majestatyczne i wyrafinowane ujęcia Florencji z lotu ptaka, oraz podróż po korytarzach Muzeum Watykańskiego, pozornie zapowiadają chwytliwe i chodliwe kino (płynność wędrówek kamery lekko wręcz wciska w fotel niczym hipnotyzująca „Wizyta” Michaela Madsena). Całą tę techniczną precyzję szybko jednak diabli (sic!) biorą, bo reżyser Ralph Loop – jak na Niemca z ksenofobicznych dowcipów przystało – ma osobowość służbisty, który żadnemu rozmówcy – nie ważne, jak bardzo irytującemu – nie przepuści. Tak długo, jak jego rozmówca ma poprawną dykcję (co jest tu chyba zaletą o charakterze typowo edukacyjnym?).

Seans „Piekła Botticellego” to zaiste infernalna udręka, z jaką trzeba wysłuchać sporego grona historyków sztuki, kustoszy, zarządców majątków, pseudocharyzmatycznych przewodników, niezbyt błyskotliwych turystów mówiących trzy po trzy o „Piekle”, Dantem i Botticellim czy innych obmierzłych nudziarzy. Nikt z nich nie jest jednak w stanie pobić lektora rodem z audiobooków Dana Browna i afektowanego aktora głosowego, nieudatnie podszywającego się pod Botticellego. Ten korowód zmanierowanych indywiduów jest doprawdy straszny… A ci, którzy są mniej kreskówkowi i bardziej szczerzy (przypadkowi Włosi, ściągnięci przed kamery z łapanki po florenckich piazzach) niestety wypowiadają się przez moment. A przecież wielu historyków to fascynujący ludzie, a przy tym alkoholicy o rekordowej wytrzymałości na trunki, aż dziw, że podczas castingu nie wyłapano choć jednej takiej osoby.

Pikanterii zagadania „Piekła” na śmierć dodają wątpliwej jakości zabiegi realizacyjne, których nieudolność i głupkowatość tym gorzej wybrzmiewa w filmie zrealizowanym w wystawnym formacie 4K. Mając do czynienia z oryginałami, z niezrozumiałych dla nas powodów Loop równie chętnie korzysta z ich reprodukcji. I niech go anioł stróż ma w opiece, bo w przypadku oryginałów nie jest w stanie ukazać dzieł Botticellego w odpowiednich zbliżeniach (delikatność rysunków powoduje, że są często ledwo widoczne). A że na wielu spośród szkiców Włocha znajdują się diabły czy Lucyfer – któryś z nich może się pogniewać na Niemca, że nie potrafił uszanować ich wizerunków, i zapewnić mu tyle atrakcji w Piekle, co obmyślali ich Dante, Botticelli i inni wyborni fantaści razem wzięci. Strzeż się, Loop, ty mierny wyrobniku!

Filmiki z kotkami w longplayu?

Idąc na „Kedi – sekretne życie kotów”, chcieliśmy uciec od pocztówkowego i pozbawionego humoru dokumentu-na-zlecenie, jakim okazało się „Piekło Botticellego”. Ledwie zobaczy się plakat, natychmiast przychodzi przecież do głowy refleksja: „no przecież nie da się zepsuć dokumentu, którego bohaterami są koty Stambułu”. Byliśmy jak najbardziej ukontentowani, a nawet więcej – bo „Kedi” zgoła przekracza podejrzenia widza, że to produkcyjniak, którego twórcy chcieli li tylko zmonetyzować internetową popularność „filmików z kotkami”, przekuwając urocze kilkuminutówki „patrz jaki śmieszny/słodki” w pełen metraż. To nawet więcej niż udany dokument o zwierzętach – raczej film antropologiczny.

Ceyda Torun prezentuje w „Kedi” zwierzęcy temat za pośrednictwem głosów ludzkich mieszkańców Stambułu, którzy mają zaprzyjaźnione koty i z dużą dozą miłości i zachwytu opowiadają o nich. Ostatecznie bohaterami poszczególnych segmentów stają się właśnie poszczególne czworonogi, przez co widz może zwrócić uwagę na to, o czym właściciele i miłośnicy zwierząt wiedzą aż za dobrze. Koty w „Kedi” mają często równie skomplikowane osobowości, co ludzie, przez co film można potraktować jako jak najbardziej współczesny głos w ramach animal studies, dotyczący traktowania zwierząt jako osób.

Torun zarzuca nas widokami miasta z lotu ptaka, ale za każdym razem ich cel jest zgoła informacyjny. Podziwiamy z góry widoki poszczególnych dzielnic i okolic konkretnych miejsc, by chwilę później z tej boskiej perspektywy przenieść się na poziom człowieka, a czasem kota. Ta gradacja planów od ogółu do szczegółu sprawia, że można wyjść z kina z pewną niestereotypową wiedzą o Stambule, jego mieszkańcach ludzkich i zwierzęcych. Ci ostatni pełnią rolę przewodników po konkretnych lokacjach, a podążając ich codziennymi ścieżkami możemy poznać ten świat w sposób niehumanoidalny, a więc ze wszech miar warty uwagi.

Najlepsza w „Kedi” jest śledcza kamera podążająca za kotami bądź wręcz oddająca ich perspektywę za pomocą imitacji punktu widzenia. Można w ten sposób otrzymać posmak tego, jak z różnych perspektyw zmienia się ogląd tego samego miejsca, a sam chwyt sprawia, że film jest zaskakująco niejednorodny wizualnie. Ostatecznie – ci, którzy oczekują po „Kedi” właśnie tego, czym mógłby być, gdyby jego twórcy nie mieli zbyt dużych ambicji (a więc pełnometrażową wersją filmików o kotach), być może wyjdą z kina lekko zawiedzeni, bo rzecz jest zbyt skomplikowana jak na materiały kręcone smartfonami przez właścicieli czworonogów w ramach stylistyki tego, co urocze i słodkie. „Kedi” zawiera w sobie pewną gorycz, bo puentuje koniec pewnej epoki w dziejach miasta – zapowiadając przebudowę starych dzielnic, a wraz z nią potencjalny „koniec” kociego świata. „Co się stanie z naszymi kotami?” – martwią się mieszkańcy starego bazaru, świadomi tego, że w nowoczesnym świecie biurowców nie będzie miejsca dla dumnych, dzikich i niepokornych kotów Stambułu. Gdy dowiemy się, że reżyserka Ceyda Torun właśnie tu się urodziła, bohaterowie jej debiutu pełnometrażowego są obiektem jej sporej fascynacji (i tęsknoty, bo obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych) – zaskakująca przenikliwość i gorycz obecne w „Kedi” stają się tym bardziej zrozumiałe czy wręcz naturalne.

Czarna historia USA

Za najlepszy dokument zaprezentowany podczas Nic Się Tu Nie Dzieje trzeba uznać „Nie jestem twoim murzynem”. Film Raoula Pecka przywraca z zapomnienia charyzmatyczną postać pisarza i krytyka Jamesa Baldwina, który – z racji swych literackich inklinacji – nigdy nie stał się jednym z liderów ruchu na rzecz praw człowieka pokroju Medgara Eversa, Martina Luthera Kinga czy Malcolma X, lecz ich doskonale znał, a także wspólnie z nimi występował podczas debat publicznych i telewizyjnych.

Baldwin nie podzielił tragicznego losu afroamerykańskich liderów, bo w 1970 roku opuścił USA i wyjechał do Francji. „Nie jestem twoim murzynem” to adaptacja jego nieukończonego dzieła „Remember This House” – wspomnień z walki o prawa Afroamerykanów. Dodatkowo tę postać komplikuje biografia osobista. Baldwin był homoseksualistą, ale w „Nie jestem twoim murzynem” wątek ten jest prawie nieobecny. Trudno byłoby podejrzewać Haitańczyka Pecka – politycznego aktywistę i byłego Ministra Kultury Haiti – o homofobię. Jak sam tytuł wskazuje – jego film to próba rozliczenia się z jednym tematem, czyli sytuacją osób czarnoskórych w USA.

„Nie jestem twoim murzynem” łączy narrację Samuela L. Jacksona czytającego wyimki z „Remember This House” i precyzyjnie wyselekcjonowane materiały archiwalne. Są to zarówno nagrania Pecka, Eversa, Kinga czy Malcolma X, jak i fragmenty z niemych filmów amerykańskich – zapomnianych, bo wstydliwych, rasistowskich „klasyków” (są to raczej nieoczywiste produkcje – nie uświadczymy wśród nich niesławnych „Narodzin narodu” D.W. Griffitha). Z dzisiejszej perspektywy sprawiają wyjątkowo groteskowe wrażenie i sama ich obecność jest jakością jako taką, ale dla Pecka służą nie tyle jako egzemplifikacja, co komentarz i uzupełnienie refleksji Baldwina.

Podczas seansu czujemy za to często niedosyt w przypadku dokumentacji życia afroamerykańskich aktywistów, po których pozostały głównie zdjęcia. Tę rażącą niedostateczność materiału rekompensuje mistrzowska narracja Jacksona, którego po seansie „Nie jestem twoim murzynem” chciałoby się usłyszeć w podobnej roli (choć Peck nie „odkrył go” jako aktora głosowego – artysta dubbingował przecież anime „Afro samuraj”), a na pewno sięgnąć po „Remember This House” Pecka – na szczęście już opublikowanego, w lutym tego roku przez wspaniały dom wydawniczy Vintage Books.

Dla tych, którzy mają za sobą lekturę prac Frantza Fanona czy seanse filmów fabularnych typu „Malcolm X” Spike’a Lee, dokument Raoula Pecka może okazać się dość (czy zbyt) oczywisty, jeśli idzie o ujęcie tematu uprzedzeń wobec czarnoskórych. Pod tym względem to zdecydowanie poziom podstawowy – choć bardzo dobrej jakości – a o jego przystępności zaświadcza nominacja do Oscara. Niemniej reżyser wprowadza tym filmem do współczesnej, szerokiej świadomości postać i twórczość Jamesa Baldwina – w latach 60. i 70. wydawanego również w języku polskim. Z kolei jeśli ktoś będzie szukał uzupełnienia historii rasizmu w USA (choć Peck w skromnym stopniu próbuje to uczynić) – powinien sięgnąć po szwedzki dokument „Czarna siła” (2011) Görana Hugo Olssona, który w swoim filmie montażowym zebrał imponujące archiwalia szwedzkiej telewizji „z epoki”.

                                                                 *

Nic Się Tu Nie Dzieje było tak ostrzyknięte akcentami ludyczno-społecznymi, że zazwyczaj nieskłonni do wspólnej zabawy poznaniacy mogli choć trochę pobawić się w kino i kulturę przy niezobowiązującej, letniej aurze. Tej spontaniczności zawsze brakowało niestety Transatlantykowi – i za nią jesteśmy bardzo wdzięczni temu skromnemu festiwalowi dla lokalsów. Tłumy widzów na finałowym pokazie plenerowym – „Mad Maxie” w wersji czarno-białej – udowodniły też, że ta impreza potrzeba jest Poznaniowi (nawet jeśli sam Poznań jeszcze o tym za dobrze nie wie). Czyżby kulturalna przyszłość Wielkopolski należała do takich klimatycznych i skromnych imprez o zasięgu lokalnym?
Nic Się Tu Nie Dzieje, Poznań, 5-9.08.2017.