Wydanie bieżące

1 września 17 (329) / 2017

Dawid Kujawa,

REORGANIZACJA BIAŁEK (KACPER BARTCZAK: 'POKARM SUWEREN')

A A A
Pisanie o poezji Kacpra Bartczaka z perspektywy uwzględniającej gry sił i permanentny przepływ materii w nieodzowny sposób prowokuje do skupienia się na tym, co stanowi tu „energię resztkową”, co wytraca swoją dynamikę, krzepnie i osiada, przyjmując postać szczątek pozostałych po ruchu produkcji. Wiąże się to z faktem, że łódzki poeta zdecydowanie bardziej zainteresowany jest ociężałymi formami i ich masywnymi teksturami niż tym, co jawić się może czytelniczce jako lotne i nieuchwytne („opiaty konsubstancje / twierdźcie się”, „Konsubstancje”) – gdyby oznaczało to, że jego uwagę przykuwa to, co stabilne i niezmienne (ile jeszcze „kamieni” są w stanie rzucić nam pod nogi polskie poetki i poeci?), w gruncie rzeczy nie byłoby o czym mówić; rzecz w tym, że to ciężka dynamika owej materii, związane z nią permanentne tarcia, opór stawiany przez substancję („daj masę zbór gnieć” „Gniew i czas”) składają się na konceptualny szkielet tej liryki.

Powyższe słowa w mocno skrótowy sposób wskazują na to, co wyróżnia Bartczaka w gronie aktywnych dziś twórczo autorów wierszy, ceniących zwykle – co widać szczególnie mocno w przypadku jego rówieśników czy poetów nieco od niego starszych – charakterystyczną dla lat 90. „lekkość” formy, przyjmującą rozmaite kształty: od sommerowskiej „potoczności”*, początkowo przekłuwającej balonik poezji opozycyjnej, przez wiedemannowską programową błahość, po meteorologiczną zwiewność pierwszych książek Sosnowskiego. Jakub Skurtys celnie odnotowuje, że dystynktywność autora „Przenicaków” po części ma swoją proweniencje w twórczości poetów z kręgu magazynu „L=A=N=G=U=A=G=E”, przede wszystkim Rae Armantrout, po części zaś wynika z wyraźnego zadłużenia Bartczaka w lekturach Petera Gizziego, „poety codzienności i skamielin” (Bartczak jest, jak wiadomo, autorem polskich przekładów obydwojga wymienionych autorów). Aby uczciwie napisać o nowej książce poety, „Pokarm suweren”, wypada mieć w pamięci wszystkie te kwestie – wyznacza to pewne ramy refleksji, ale wcale nie zbliża nas jeszcze do istoty tomu.

***

Sporą operatywność odnajduję w sformułowaniu Marty Koronkiewicz***: „wiersz Bartczaka zaczyna od stworzenia własnych narzędzi” – choć to strategia głęboko wirpszańska, nie będą interesowały mnie możliwe, na pewno nie oczywiste, związki poety z autorem „Faetona”; w zarysowanym tu kontekście znacznie większą wartość mogą mieć intuicje dotyczącej swoistej autopoietyczności – „organicznych” przecież, jak wskazywał tytuł jego poprzedniej książki – wierszy Bartczaka. Ta zdolność do samoreprodukcji jest zjawiskiem uwidaczniającym w pełnej krasie fenomen i twórczy potencjał relacyjności jako takiej: zwroty, które na pierwszych kartach „Pokarmu” są osobliwie zubożałe pod względem treści – wokół nich migocze jedynie aura sensów, jakimi nasiąkają wraz z ruchem w kanałach społecznej cyrkulacji – i stanowią surowy materiał do obróbki, parę wierszy później, już „obrobione”, okazują się poręcznymi aparatami pozwalającymi na drobiazgową pracę nad innymi pojęciami. Skuteczność takiej metody pracy wynika z faktu łatwo odczuwalnego przez odbiorcę, aczkolwiek w pierwszej chwili wcale nie tak łatwego do dyskursywnego uchwycenia. Wymusza ona na czytelniczce zawierzenie tym narzędziom, które na wstępie przyjmują postać – nazwijmy to umownie – narzędzi spekulatywnych, same bowiem nie ustabilizowały jeszcze wystarczająco swojej semantycznej pozycji, a już ręczą za inne kategorie i nadają im słuszną wagę (taką dynamikę będą miały u Bartczaka – odpuszczam sobie cudzysłowy – news, gen, rzeźba, śpiew, kodowanie, ustrój, aura, wreszcie również i pokarm).

Jeśli taki ruch wzajemnego podtrzymywania się cząstek materii i semiosfery (aż do powstania autonomicznych, pozornie zamkniętych organizmów i całych systemów myśli), pierwotną wartość odnajdujący w nieweryfikowalności i wysoce ryzykownym zawierzeniu temu, co niepoznane, uznamy za podstawową zasadę produktywności obowiązującą w ontologii Bartczaka, problem tytułowego suwerena okaże się nie tylko bardziej dostępny, ale i pozwoli swobodnie otworzyć się zajmującej nas książce na sferę aktualności – w centrum stanie tu bowiem wówczas kwestia władzy, współczesnych technik jej akumulacji i (paraliżowania mechanizmów jej) dystrybucji. Konstytuowanie się władzy będzie tu zatem sprawą konfiguracji sił, które łączyć mogą się ze sobą jedynie na dwa sposoby: sumując się, by sprawniej osiągać zbieżne cele (jak wtedy, gdy „spekulatywne narzędzia” uwiarygodniają pewne frazy, które same staną się narzędziami), bądź wchodząc w relację niezachwianej podległości, w której jedna z sił służy wyłącznie ustanawianiu i wzmacnianiu hegemonii drugiej z nich. Nie powiem nic odkrywczego, gdy zauważę, że niejednoznaczność słowa suweren w języku polskim doskonale oddaje to zagadnienie.

mam gen satrapy

zyskuję władzę

– pisze Bartczak, i nie byłoby w tym sformułowaniu nic szczególnie wartego uwagi, gdyby kilka wersów wcześniej nie widniało wymowne:

Mam gen zdrady

zdradzam sort

(„Gniew i czas”)

„Zyskiwanie władzy” to problem immanencji, władza nie pochodzi „z nadania”, ale zawsze wiąże się z umiejętnością przekierowywania i zawłaszczania wielu rozmaitych społecznych sił oraz dysponowania nimi we własnym interesie – siły te mają swoje źródła w ciałach podmiotów podporządkowanych czy raczej: podporządkowujących się z własnej woli lub „zdradzających sort”, postępując w zgodzie z własnym dobrem („pozwól niech sycę węglan polityczny / niech mu będę pożywny auratyczny”, „Glon chtoniczny”). To kwestia elementarna dla filozofii politycznej, Bartczak w swoim eksperymencie idzie jednak jeszcze dalej, bo ostatecznie niewola i wolność stają się u niego przecież sprawą „genetyki” – nie poświęca on wcale szczególnej uwagi wzajemnym stosunkom podmiotów, bo od początku interesuje go molekularny obraz rzeczywistości i jej molekularne przekształcenia („Trans i substancja bez potrzeby wieczności”, „Substancja odmian trans”).

Wyżej nadmienione rzezie

były niczym jeśli nie formą

reorganizacji białek

(„Pseudo auratyk”)

Na tym poziomie lepiej już widać, że i tytułowy „pokarm” dotyczy bezpośrednio kwestii rządzenia. Właściwie „reorganizacja białek” okazuje się nagle jedyną istotną sprawą, jeśli chodzi o dystrybucję władzy: szczególna wartość wierszy Bartczaka wynika z tego, że zawiłość dominującej w nich linii myśli i wysoka łączliwość rozmaitych, przechwytywanych tu dyskursów (religijnych, medialnych, technicznych, sentymentalnych) zawsze sprowadza się do zagadnienia permanentnych rekompozycji raz powstałych układów i daleko posuniętych konsekwencji tych procesów (choroby są w to wpisane krwinki / mutacje odruch wymiotny / ciekłe wirusy niech wspomną o tym / sekretarzom sekt, „Prawo wiersza”). Data spożycia („Nietrawienie newsa”) i wymiotowanie do rzeki („Prawo wiersza”) będą więc w takim samym stopniu sprawami „reorganizacji białek” jak „żywienie przekonań” – nie bez powodu Kaczmarski i Koronkiewicz odnoszą się**** do wykładu Bartczaka wygłoszonego w ramach Pracowni Poetyckiej Silesius – to właśnie podczas tego wystąpienia autor „Przenicaków” zwracał uwagę na rolę „żywienia przekonań” jako procesu niezbędnego do utrzymania przy życiu spektakularnych maszyn medialnych, religijnych czy politycznych. Aby zdobyć i utrzymać hegemonię, musimy tak zarządzać materią i afektami, aby ciągłe „rekonfiguracje białek” umacniały naszą władze – utrzymywanie „suwerenności” to kontrolowanie dystrybucji władzy, to zaś nie zaczyna się od literalnie pojmowanej przemocy: ciało despoty musi być karmione przez tych, którzy mu podlegają, podleganie despocie zaczyna się od karmienia jego ciała; rewindykacja tego pokarmu, odzyskanie siebie, czyli „zdrada sortu”, jakiej dokonać może bezwładna dotychczas masa białkowa wystawiająca się na pożarcie, to proces zachodzący tak na poziomie mikroorganicznym, jak i w życiu społecznym – w tym drugim przypadku zwie się to demokratyzacją.

***

Jak wiersz jako taki odnosi się w ramach tego systemu do problemu rekompozycji substancji? Przede wszystkim „nie odnosi się” on, bo nie przygląda się z zewnątrz, ale jak każdy inny organizm, czyli poprodukcyjna resztka gotowa do konsumpcji, zajmuje tu określoną przestrzeń, nieustannie pracuje i czynnie bierze udział w opisanych wyżej procesach. Co pod żadnym warunkiem nie powinno umknąć nasze uwadze: wiersz zatem sam stwarza narzędzia do właściwego ulokowania się w świecie, to on proponuje zarys ontologicznego horyzontu, w którym zna swoje miejsce, swoje funkcje, swój potencjał i swoje ograniczenia. To też właśnie, jak sądzę, czyni Bartczaka poetą progresywnym – o ile słowo to ma jeszcze jakąś wartość w przestrzeni literackiej – przebiegle wychodzącym z szacha, w jakim poezję trzyma skrojona na polskie warunki myśl dekonstrukcjonistyczna. Wiersz jest tu rzeźbą (vide motto z Kobro i Strzemińskiego, zamieszczone przed wierszem „Dom i oddech w czasoprzestrzeni”), która istnieje w przestrzeni i czasie, a nie (niespełnionym, niemożliwym, odwleczonym etc.) komentarzem do przestrzeni i czasu, wygłaszanym z transcendentnego miejsca. Wiersz Bartczaka przede wszystkim nie żywi przekonań, ale żywi się przekonaniami, sam rośnie w siłę, przejmując na nowych prawach to, co wokół niego, rekonfigurując tę semiotyczną masę i emitując w przestrzeń symboliczną zniekształcone, zupełnie nowe już fale sensów. Przy tym nie musi być wiarygodny – ostatecznie nic go przecież nie uprawomocnia – aby podtrzymywać obraz myśli, w którym sam znajduje dla siebie przestrzeń.

Krytyka zachowawcza, operująca statycznymi narzędziami wciąż widzieć będzie w Bartczaku kogoś skupionego na doraźności, „interweniującego”, ale wartościowego artystycznie ze względu na dokonywany przez niego „formalny eksperyment”: polityczność jego gestów nie mieści się jednak w takich ujęciach, bo w gruncie rzeczy nakazuje ona uwzględniać zmienność uwarunkowań odbioru poezji i skrupulatnie punktować, że zmienność ta zawsze podyktowana jest czyimś apetytem. To, jak organiczne rzeźby Bartczaka działać będą w przyszłości, w dużej mierze zależy od dzisiejszych decyzji zawodowych estetów dysponujących odpowiednim kapitałem – ale to im między innymi poezja Bartczaka rzuca wyzwanie, karmiąc się tym, co samo zwykle pożera.





* W wywiadzie z Pawłem Kaczmarskim Kacper Bartczak jasno daje do zrozumienia – nie po raz pierwszy zresztą – że postrzega ową strategię jako równie sztuczną jak każda inna, a przy tym odpowiadającą po prostu na ówczesne zapotrzebowanie społeczne. Kacper Bartczak, Paweł Kaczmarski: „Echo-sfera wiersza”, http://www.biuroliterackie.pl/biblioteka/wywiady/echo-sfera-wiersza.

** Jak nazywa go wrocławski krytyk, zob. Jakub Skurtys: „Pieśń kopalin i szkła. O ziemi, śmierci i surowcach ludzkich w «Wierszach organicznych»”. W: „Cierpliwe zwierzęta. Współczesna poezja z perspektywy studiów nad zwierzętami”. Wydawnictwo WBPiCAK [w przygotowaniu].

*** Marta Koronkiewicz: „Praca wiersza”, http://www.biuroliterackie.pl/biblioteka/recenzje/o-pokarm-suweren-kacpra-bartczaka/.

**** Marta Koronkiewicz: „Praca wiersza…”; Kacper Bartczak, Paweł Kaczmarski: „Echo-sfera wiersza”.