Wydanie bieżące

1 września 17 (329) / 2017

Jakub Skurtys,

'TO CO ISTNIEJE JEST GŁODEM KTÓREGO ECHO SŁYSZY CHŁOPIEC' (MACIEJ TOPOLSKI: 'NA KONIEC IDĄ')

A A A
Zaczynam cytatem ze Szczepana Kopyta, ale to nie jego książki dotyczyć będzie recenzja, a Macieja Topolskiego, który zadebiutował właśnie jako poeta – tomem spełnionym: skromnym, zawierającym zaledwie dwadzieścia wierszy, wzajemnie się uzupełniających, tworzących poematową wręcz strukturę, a mimo to minimalistycznych, zawieszonych na granicy milczenia. „Na koniec idą” to dla mnie ogromne, pozytywne zaskoczenie. Topolski dał się poznać jako redaktor portalu Niedoczytania, krytyk, który nie stronił nigdy od rozrzutności znaków, od teoretycznego naddatku i przeplatania ze sobą kolejnych wielkich filozofów literatury (któż z nas jest bez winy?). Tymczasem jego poetycki debiut wolny jest od tego typu manieryzmu, a sama teoria (filozofia, nowa humanistyka) zdaje się być w nim tak przefiltrowana, że gładko rozpływa się w wierszach i stanowi raczej potencjalny kontekst niż balast.

Zamiast poststrukturalistycznej logorei zmierza Topolski w stronę religijnej, postsekularnej mistyki i dyskretnego liryzmu. Jego debiut – chociaż wychodzi w łódzkiej „Bibliotece Arterii” przy tamtejszym Domu Literatury i SPP – kojarzy się z latami dziewięćdziesiątymi w Lublinie, gdy nasza poezja równocześnie powitać mogła Tkaczyszyna-Dyckiego i Andrzeja Niewiadomskiego. Czytam „na koniec idą” i myślę też o Arturze Szlosarku z czasów świetnych „Wierszy napisanych”: medytacja, modlitwa, zawieszenie głosu w kluczowym momencie, wiersz ulokowany gdzieś pomiędzy dyskursami, korzystający ze słownika teologicznego, ale w duchu społecznym i emancypacyjnym. Nie o rozmowę z Bogiem Topolskiemu bowiem chodzi, ale o włączenie porządku sakralnego w proces sytuowania własnego „ja”, o wykorzystanie tego języka na potrzeby opisu prekarnego doświadczenia.

Pojęcia „wywyższenia” i „poniżenia” mają tu konkretne społeczne podłoże, nie tracą jednak swojej metafizycznej aury. Rozwijany w wierszach wątek obsługiwania, gotowania i karmienia prowadziłby czytelnika w stronę socjologicznego spojrzenia na rodzimą gastronomię: od zaplecza, od pracy w zawodzie kelnera, który stereotypowo wymaga właśnie uniżenia i sprzyja hierarchizacji. Topolski nie stosuje jednak chrystianistycznej metafory ofiarnej, która przydałaby jego podmiotowi rys narcystyczny. Pisze za to: „obsługiwałem sprzedawców pomponów zachlane aktorki księży”, „daj wyczyszczę ci buciki / odplamię okna daj / dłoń przetrę że nie będzie śladu”, „obsługiwałem takich, co mieli takich / za nieobecność na podmianę w setkach / nie pamiętali imion ani potu nie wspominając/ o gorzkim smaku śliny o głodzie”. Jest w tym jakaś dwuznaczność: walserowska czy schulzowska służalczość, mająca niewątpliwie erotyczny charakter, łączy się z obustronną pogardą i syci gniew.

Dawno, dawno temu, popełniłem tekst o najnowszej poezji pod metaforycznym tytułem „Głodni i święci” [„LITERA” 2011, nr 7(8)]. Próbowałem w nim za pomocą tych dwóch metafor oddać coś, co wydawało mi się istotnym wówczas splotem fizjologicznego i metafizycznego doświadczania braku, niedostatku, niewypełnienia, które przekładało się z kolei na różne formy społecznej frustracji i stawało się podstawą rewolucyjnych nastrojów. Myślałem o poezji Kopyta, Pietrek i Góry. Z czasem w sukurs przyszli Brewiński i Domagała-Jakuć. Ale jeśli ktoś miałby spełnić obie te metafory, byłby to właśnie Topolski w „na koniec idą”. Głód i świętość do dwa podstawowe pojęcia, na jakich bazuje autor, dodając do tego jeszcze ciało (cielesność) i znaki. Splot tych czterech kategorii tworzy sieć semantyczną całego tomu: ciało głodne i święte, ciało jako znak, znak jako desygnat nienasycenia i przesytu, ciało jako towar, który nasyca i wywołuje pragnienie, świętość przeistoczenia, wreszcie: antropofagiczny i semiotyczny charakter chrześcijańskiej komunii. Głód napędza podmiot Topolskiego do działania, którym staje się praca (służba), można więc powiedzieć, że ów mechanizm ma charakter przymusu i afektu. „Kto zaspokoi nasz głód?” – pytał retorycznie i refrenicznie Adam Kaczanowski w jednym z performansów, a Topolski odpowiada melancholijnie: ja, podając wam pokarm (społecznie), i ja, wydając swoje ciało (sakralnie, choć jest tu czytelny i ten homoerotyczny, zależnościowy kontekst, z którego Dycki zrobił opowieść o chłopcach wyjętych z baśni i rzuconych na dworce).

W całym odprawianiu mantr i słownych rytuałów pozostaje jednak świadomość, że głodu nie zaspokaja nic, że można go zatrzymać jedynie na poziomie produkcji pragnienia, nie jest to bowiem wyłącznie głód fizyczny (choć w znacznej mierze – i tu wątek egzystencjalny tomu wychodzi na plan pierwszy, a prekarność wiedzie wówczas Topolskiego na barykady), ale również metafizyczny, związany z atrofią języka, ze świadomością utraty desygnatów przez znaki:

ślepe oko rozgląda się w bieli

w pulsującym i niepodległym

przed podniesieniem

skąd wyjdzie





rzecz ciało znaczenie

(„widziane”)

Autor wikła się – świadomie jak sądzę – w kratylejski mit, szukając znaku, który stanie się rzeczą. Na chwilę znajduje go w cielesności, i ta jednak podlega akumulacji i trwonieniu, okazując się kolejnym ogniwem procesu sygnifikacji i tym samym kolejnym elementem mechanizmu pragnienia, od którego pęcznieje rzeczywistość. Że literackiego zaplecza autorowi nie brakuje, wnioskować można choćby z rozsianych gdzieniegdzie cytatów – z jednej strony zdekontekstualizowanych, będących samą esencją liryczności, jak „gwar bez treści”, „czarne są drzewa zamykające horyzont” z pierwszego wiersza „zwymyślane”, z drugiej zaś odsyłających dalej, w tym przypadku do zupełnie zapomnianego „Łazarza” André Malraux w przekładzie Rogozińskiego (a laickie chrześcijaństwo, którego wyraz daje w tej powieści francuski pisarz, połączyć wypada z wymową całego tomu) czy parafrazujące Makbeta wersy z wiersza „cielesne”. Widać też pracę, jaka dokonała się na wierszach: poprawki od czasu, gdy ukazały się np. w trzecim numerze „Helikoptera” z 2016. „Zwymyślane” ma lepiej rozłożone przerzutnie i podział na strofy, „uchwytne” – rodzaj wiersza-puenty dla całego tomu – wolne jest od niepotrzebnego dopowiedzenia z ostatniego wersu, dzięki czemu korowód znaków zamyka sam rzeczownik „znaki”, nie zaś „pusta i głodna wszystkiego przestrzeń”, jak w wersji pierwotnej.

Fundamentalność kategorii, wśród których porusza się autor „na koniec idą”, nie podlega jednak dyskusji: polityka ma tu wymiar religijny, religia służy ontologii, ontologia staje się metafizyką. Wrażenie to dopełniają tytuły wierszy w formie imiesłowów przymiotnikowych biernych – jakby akt, czynność, czasownik, zmieniały się w pojęcie, jakość, kategorię: „zwymyślane”, „służone”, „widziane”, „zbierane”, „mowne”, „uchwytne” (przypomina to zabiegi Krystyny Miłobędzkiej). Pozostają pytania, jak zatrzymać ten proces sygnifikacji, jak zaspokoić głód, jak uczynić ciału zadość, a tym samym jak na powrót spleść znaki z ich desygnatami? Ten paradoksalny wątek z pogranicza filozofii języka i chrześcijańskiej teologii, rozgrywany między apostolskim wezwaniem: „iść i mówić znakom nie rozkrzewiajcie się” a świadomością, że „[...] bez względu / na koniec idą // znaki”, to rodzaj manichejskiego pęknięcia, które naznacza cały debiut Topolskiego.

A teraz krótki seans teoretyczny, bo „na koniec idą”, chociaż z pełną satysfakcją daje się czytać jako liryczna medytacja, w której bezbronne, nadużywane ciało spotyka się z nadużyciem znaków, z ich deflacją, a wszystko wyczerpać się może (znowu postsekularny kontekst) w samonapędzającej się, autotelicznej mantrze, pokrętnie wzywa również Teorię. Co to znaczy? Mniej więcej tyle, że późny Derrida spotyka tu późnego Foucaulta i wita się ze swoim uczniem, Jean-Luciem Nancym. Pierwszy przynosi dyseminację i fenomenologię głosu, ale przede wszystkim nieoczywistą nieobecność Boga z „Donner la mort” czy „Acts of Religion”. Ten drugi wnosi oczywiście refleksję na temat estetyki egzystencji, troski o siebie, rozwijaną gdzieś na marginesach „Historii seksualności” i późnych wykładów z Berkley. Wiersze Topolskiego emanują erotyzmem, wykorzystując metaforykę seksualnej, cielesnej zależności, w której to on – podmiot, autor – jest ujarzmiany, dyscyplinowany, (nad)używany. Trzeci – najistotniejszy chyba – kontekst to pseudotelogiczna, postsekularna myśl Nancy’ego (a przed nim również Jean-Luca Mariona czy Michela Henry’ego), w którym podmiot „wydany”, poczęty z łaski, która go poprzedza, spotyka się ze społecznym rewolucjonistą, a plan cielesny wypełnia się (nasyca) cytatami z „Corpusu” czy „Boga bez bycia”. Nie jest to oczywiście teologia wyzwolenia w sensie, w jakim uprawiali ją hiszpańscy duchowni (splatając marksowską emancypację z obietnicą nadejścia Królestwa), ale uniżenie z pewnością nie prowadzi tu do kenozy, ogołocenia, ani tym bardziej nie rozładowuje społecznych napięć. Przeciwnie. Gdy Topolski pyta „ile jeszcze panowie / ile jeszcze żeby wypełnić wam / pustą i głodną przestrzeń brzuchów rąk bibliotek”, gdy pisze „kuropatw i jeleni nigdy im nie zabraknie widziałem / na zdjęciach jak ksiądz wciągał takiego jelenia na pakę / krwisty długi ślad został na śniegu”, nie robi tylko niewinnego dopisku do Pokotu. Głęboko w kiszeniu otwiera się scyzoryk, a pytanie o to, jak przerwać nieustającą akumulację dóbr splata się z metafizyką języka i pytaniem, jak nasycić pustkę znaczeniami. Marion – rozwijając myśl fenomenologiczną – myślał o fenomenach intuicyjnie nasyconych, takich, w których intuicja objawia się przed intencją. Miały one dla niego charakter boskich przejawów w świecie i tym samym stawiały na głowie całą myśl Husserla, zmieniając ją powoli w teologię. Problem polega na tym, że u Topolskiego Boga właściwie nie ma, nic więc nie nasyca łaską i znaczeniem. Wołacz „Panie” nader łatwo przechodzi tu w liczbę mnogą „panowie” i staje się rozprawą z sarmackim zaprzaństwem, z tworzeniem podziałów na panów i poddanych (służbę, której postfeudalnym przedstawicielem jest sam podmiot).

Można powiedzieć, że w wierszach nie dzieje się wiele: nie ma efektownych gier z czytelnikami, przeskakiwania między obrazami czy jukstapozycji skrojonych na miarę, a jednak czuć formalną ekwilibrystykę: sposób stosowania przerzutni, anafory i paralelizmy, jakieś echo powracających fraz, przywodzące na myśl Dyckiego, drążenie i przetwarzanie tych samych tematów, motywów, rekwizytów. To „dzianie się”, nieefektowne, pozbawione spontaniczności, widziałbym raczej jako zaproszenie do lirycznej dyskrecji, powolnego wymawiania słów wiersza, w którym spełni się i modlitwa, i klątwa. Wbrew tematyzowanym wciąż „znakom” – sprawcom i winowajcom korowodu pragnienia, to „głos” dodaje tym wierszom dramatyzmu. Możemy uwierzyć, że „w moim głosie wrze od cudzysłowów / w ruchach drga rój gestów / kiedy się zbieram jestem wielością / wszystko przychodzi dla mnie do mnie / gwieździsty jest ruch kropel zebranych/ na szybie ruch kobiet kładących palce na ustach”.

W „na koniec idą” udaje się Topolskiemu równocześnie napisać o świętym ciele i o chlebie, o służbie i prekaryzacji, delikatnie wymawiać kruchość i nienawistnie cedzić słowa. We wspomnianym już szkicu o głodzie posłużyłem się cytatem z tekstu Łukasza Musiała i Arkadiusza Żychlińskiego, który dotyczył twórczości Roberta Walsera. Jako że debiutancki tomik Topolskiego lokuję w pobliżu takich kontekstów, wykorzystam go raz jeszcze: „Napełniając żołądek jedzeniem, a świat przedstawiony słowami, łudzimy się, że odsuwamy od siebie Brak. Jednakże ten cały czas napiera, podczas gdy my, pęczniejąc, zmierzamy w istocie ku nieistnieniu” („Tygodnik Powszechny” 2011, nr 17).
Maciej Topolski: „na koniec idą”. Biblioteka „Arterii”. Dom Literatury w Łodzi. Łódź 2017.