Wydanie bieżące

1 września 17 (329) / 2017

Kamila Czaja,

WALIJSKA STRONA KSIĘŻYCA (CARADOG PRICHARD: 'JEDNA KSIĘŻYCOWA NOC')

A A A
Kiedy w czerwcu Olga Wróbel w kontekście jedynej powieści Caradoga Pricharda wyznała: „(…) ze spokojem mogę powiedzieć, że jestem na szarym końcu ze swoimi zachwytami (…)” (FB „Kurzojady”, 14.06.2017), pierwszy raz usłyszałam o istnieniu „Jednej księżycowej nocy”. Wychodziłoby więc na to, że raczej ja jestem na szarym końcu – i też z zachwytami. Już zawarta we wstępie informacja, że mamy do czynienia z „pierwszą wydaną powieścią przetłumaczoną na język polski z walijskiego” (Listewnik 2017: 6) zachęca do lektury, jednak fakt, że książka jest pierwsza, nie musi jeszcze znaczyć, że jest dobra. Na szczęście w tym wypadku świetność literacka idzie w parze z ważnością kwestii translatorskiej (tu Wydawnictwu Officyna należą się słowa uznania – nie tylko za jakość edycji, piękny papier, twardą gustowną oprawę, ale też za podanie nazwiska tłumaczki, Marty Listewnik, już na okładce).

Jak daleko stąd, jak blisko”

Do powieści podchodziłam – mimo zachwytów, które już wszyscy poza mną najwyraźniej zdążyli wyrazić – z pewnym lękiem wobec obcości świata przedstawionego. Wprawdzie nie chodzi o to, by czytać tylko o sobie podobnych, często lepiej wręcz przeciwnie: poznawać inne punkty widzenia. Ale perspektywa zanurzenia się w świat tak odległy (czasy pierwszej wojny światowej i mała walijska społeczność, głównie robotnicza i wyraziście religijna) budziła wątpliwość, czy książka nie przejdzie gdzieś obok mnie, czy będę potrafiła wystarczająco się w nią zaangażować. Płonne obawy.

Warto oczywiście doczytać wyjaśnienia tłumaczki we „Wprowadzeniu”, bo to interesujące konteksty. Warto również zapoznać się z wywiadami z Listewnik. A jeśli ktoś będzie chciał zgłębić temat, to wstęp zawiera cenne podpowiedzi bibliograficzne. Ale ogromną zaletą powieści Pricharda jest fakt, że broni się sama. Tkwi w tym jakiś fenomen, bowiem rozłożenie – tematyczne i językowe – książki na czynniki pierwsze nie daje jasnej odpowiedzi, skąd aż taka przyjemność lektury. Opowieść jest dość prosta, a styl (chociaż, jak objaśnia Listewnik, na tle ówczesnej literatury walijskiej bardzo nowoczesny) nie dziwi nawet w kontekście europejskiego modernizmu, a co dopiero z dzisiejszej perspektywy.

A jednak czytałam „Jedną księżycową noc” z zachwytem. Czy bardziej – z zachwytem jej słuchałam, bo wykorzystanie oralnych tradycji jest w powieści Pricharda bardzo wyraźne. W oryginale ważną rolę odgrywają dialekty, co tłumaczka starała się oddać w polszczyźnie (wypadło to naturalnie, raczej bez utrudniania lektury – chociaż znaczenie poznańskiego gwarowego słowa „blauka” musiałam sprawdzić). Nawracające frazy („nie kto inny, tylko”), potoczność i samoprzywoływanie się dziecięcego narratora-bohatera do porządku („Ale miałem mówić o…”) pozwalają czytelnikowi poczuć klimat portretowanej społeczności. Doskonałą decyzją okazało się tłumaczenie przydomków. Listewnik wyjaśnia: „Postanowiłam tak to zostawić, bo efekt komiczny i mityzacyjny wydawał mi się w tym wypadku ważniejszy niż realizm” (dwutygodnik.com). W efekcie dostajemy na przykład fantastyczne frazy w rodzaju: „Może lepiej pójdziemy po Tatę Małego Wila Syna Policjanta, co, Moi?” (s. 24).

W tle toczy się wojna, subtelnie zasygnalizowane zostają polityczne animozje (angielski kontra walijski), ale w Miasteczku najważniejsze jest to, co lokalne. To świat ludzi połączonych z przyrodą i głęboko zaangażowanych w praktyki religijne, a przy tym biednych, walczących o przetrwanie, ciężko pracujących fizycznie. Zarówno Bóg, jak i natura wydają się być blisko człowieka, stąd fragmenty takie jak: „To w tym zamku mieszka Bóg, na pewno – powiedziałem do siebie. A Pan Jezus pewnie też tam teraz mieszka razem z Ojcem i już wykurował się po ukrzyżowaniu” (s. 176) czy „(…) mgła podnosiła się z wolna i wspinała się na Łyse Wzgórze, jakby była zmęczona” (s. 195). Prichard odmalowuje codzienne sytuacje tak, że zanim czytelnik się zorientuje, już pochłonięty jest scenami pozornie błahymi (jak zbieranie owoców czy występ chóru). A gdy mały bohater powieści gubi się podczas wyprawy, przeżywa się to zagubienie razem z nim.

Na niejedną noc

„Jedna księżycowa noc” nie robiłaby aż takiego wrażenia, gdyby miała tylko tę – nawet tak udaną – codzienną, rodzinną, lokalną warstwę. Dodatkowy poziom kryje się w zaburzonej chronologii wydarzeń i, nawet mocniej, w niepokojących monologach postaci z lokalnych wierzeń. Te odmienne od reszty książki fragmenty nawiązują, jak wyjaśnia tłumaczka, do Pieśni nad Pieśniami i walijskiej tradycji poetyckiej, a także do lirycznej twórczości samego Pricharda (zob. dwutygodnik.com, http://audycje.tokfm.pl). Takie mityzujące zabiegi każą czytelnikowi wziąć pod uwagę istnienie nieoczywistej, niecodziennej warstwy powieści. Z czasem coraz trudniej odróżnić, co jest rzeczywistością Miasteczka, a co wytworem wyobraźni bohatera-narratora, próbującego ocalić spójność swojego świata.

Świat ten rozpada się bowiem na naszych oczach. Codzienne aktywności mieszkańców walijskiej miejscowości co chwilę przerywane są dramatami – tak nawarstwionymi, że aż zmuszającymi do zmierzenia się z myślą, że chodzi o prześladujące Miasteczko fatum. Nawrócenia sąsiadują z samobójstwami, śmierć co rusz naznacza którąś z rodzin, a główny bohater nieustannie mierzy się z kolejnymi stratami. Nad dzieciństwem i pozornie beztroskimi zabawami z przyjaciółmi ciąży groźba szaleństwa – nie tylko matki chłopca, ale i innych dorosłych (motyw szaleństwa ewokuje w walijskim kontekście już sam tytuł powieści [zob. Listewnik 2017: 12]). A gdy pozna się już całość losów bohatera i jego otoczenia, to nawet początkowy rozdział, dość niewinny w pierwszym oglądzie, staje się niepokojący, gdy przeczytać go ponownie. „Jedna księżycowa noc” to zresztą właśnie powieść do lektury wielokrotnej, pozwalającej odkryć przegapione wcześniej tropy, ale i pojedyncze frazy czy sceny, którymi można się rozkoszować.

Iść, ciągle iść…”

Z powodu nieszczęść, jakie dotykają mieszkańców Miasteczka, i mroku, który coraz silniej zbiera się wokół bohatera powieści, można by odnieść wrażenie, że sytuacja jest beznadziejna. Każde polepszenie życia i wielkie uniesienie kończy się bowiem gwałtownym upadkiem w otchłań choroby, biedy czy szaleństwa. Równocześnie jednak Prichard zostawia furtkę, która pozwala spojrzeć na porządek świata odwrotnie – może każdy upadek to wstęp do następnego uniesienia? Rzeczywistość „Jednej księżycowej nocy” nie jest bowiem zupełnie bezwzględna. Bohaterowie ocalają człowieczeństwo w codziennej dbałości o siebie nawzajem (co jakiś czas w strumieniu opowieści/świadomości chłopca pojawia się bezinteresowna troska o drugą osobę) i w optymistycznym patrzeniu na okazje, które zsyła los. W rozmowach przyjaciół pojawia się pytanie, czy warto gdzieś iść lub coś zrobić – a pełna entuzjazmu wobec życia odpowiedź, niezależnie od różnych przykrych okoliczności, brzmi wtedy: „Do diabła, jasne, że idziemy (…)” albo: „Kurczę, pewnie, że tak”.

Jeśli więc, jak wyjaśnia tłumaczka, „W oryginale Miasteczko to Pentra (…). Pentra to nie tylko zniekształcony obraz faktycznie istniejącej miejscowości, to także stan umysłu, miejsce, w którym może znaleźć się każdy z nas” (Listewnik 2017: 10), to nie jest to stan umysłu wyłącznie szalonego i pogrążonego w rozpaczy. Być może ta wielowymiarowość (codzienności i mitu, radości i rozpaczy, prozy życia i szaleństwa, wzlotów i upadków), uzupełniona dziecięcą wiarą, że mimo wszystko warto kolejny raz stwierdzić: „jasne, że idziemy”, a także zajmujące snucie opowieści, to klucze do zrozumienia, czemu jedyna powieść Pricharda jest tak dobra. Ale chyba wolę wierzyć, że dochodzi tu do głosu jeszcze jakiś nieuchwytny składnik, że zadziało się coś literacko niesamowitego. Może księżyc wyjątkowo jasno świecił?

LITERATURA:

„»Jedna księżycowa noc« – arcydzieło napisane w języku walijskim. Rozmawiają Paweł Sulik oraz tłumaczka z języka walijskiego Marta Listewnik”. http://audycje.tokfm.pl/podcast/-Jedna-ksiezycowa-noc-arcydzielo-napisane-w-jezyku-walijskim-Rozmawiaja-Pawel-Sulik-oraz-tlumaczka-z-jezyka-walijskiego-Marta-Listewnik/47657.

Listewnik M.: „Wprowadzenie”. W: C. Prichard: „Jedna księżycowa noc”. Łódź 2017.

„Tata Małego Wila Syna Policjanta. Rozmowa z Martą Listewnik”. http://www.dwutygodnik.com/artykul/7119-tata-malego-wila-syna-policjanta.html.

Wróbel O.: „Kurzojady”. – wpis z 14.06.217. https://pl-pl.facebook.com/Kurzojady/photos/a.355405654594159.1073741825.355345267933531/1020075181460533/?type=3.
Caradog Prichard: „Jedna księżycowa noc”. Przeł. Marta Listewnik. Wydawnictwo Officyna. Łódź 2017.