Wydanie bieżące

1 września 17 (329) / 2017

Agnieszka Wójtowicz-Zając,

MIĘDZY RURYTANIĄ A BORDURIĄ (ZIEMOWIT SZCZEREK: 'MIĘDZYMORZE')

A A A
Po „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajnej historii Słowian” (2013), „Siódemce” (2014), „Tatuażu z tryzubem” (2015) przyszło „Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową”, które ukazało się nakładem Wydawnictwa Czarne. Podobnie jak w swoich poprzednich książkach Ziemowit Szczerek przemierza krainy składające się na Europę Środkowo-Wschodnią, rozmaite Rurytanie i Bordurie zawieszone między Europą Zachodnią a Wschodnią. Tym razem perspektywa zakrojona została bardzo szeroko – to nie tylko kraje byłego bloku wschodniego czy Jugosławii, ale także Austria, wschodnie Niemcy, kraje bałtyckie czy nawet Finlandia. Cały olbrzymi pas ziemi, otoczony, jak chce to widzieć Szczerek, silnymi centrami kulturowymi i politycznymi – Rosją, blokiem państw zachodnich i Turcją. Każde z tych centrów kulturowych wywiera wpływ na ościenne państwa, przyciągając i odpychając je od siebie przez stulecia. Co widać, kiedy jeździ się po (wyobrażonym) Międzymorzu?

Na wstępie warto zaznaczyć to, co Szczerek podkreśla w tytule oraz tuż po motcie – „Międzymorze...” nie aspiruje do bycia esejem, reportażem czy pogłębioną analizą historyczno-polityczno-kulturową: „To jest książka podróżnicza. To będzie książka o podróżach i wrażeniach. Komu się to nie podoba, niech odłoży ją już teraz” (s. 9) – po tak szczerym i otwartym entrée następuje równie bezkompromisowe przyglądanie się temu, jak to Międzymorze – wyobrażone i rzeczywiste – wygląda. Zarówno wydawnictwo, które opublikowało „Międzymorze...”, jak i kierunek podróży może wskazywać na pewne pokrewieństwo z prozą podróżniczą Andrzeja Stasiuka, jednak na wydawnictwie i kierunku podróży podobieństwa się kończą. Choć Szczerek jeździ w podobne (a czasem te same) miejsca, co Stasiuk, widzi je zupełnie inaczej. Jego spojrzenie na tę część Europy pozbawione jest nostalgii czy melancholii, nie ma też u niego specyficznego zauroczenia „słowiańską rozpierduchą”, choć równie bezlitosny jest dla „wycmokanych ulic” Prenzlauer Bergu w Berlinie. Widzi estetyczne i konstrukcyjne niedostatki Międzymorza, zarazem nieco poczuwając się do pastelozy i szyldozy, która jest, bądź co bądź, jakąś współczesną „emanacją ducha narodowego”, ale bez przesady, jednak przyjemniej żyje się w kraju „ogarniętym”. „Ogarnięcie” jest tym, co odróżnia na przykład kraje bałtyckie od Rosji i Białorusi. I tego ogarnięcia, które jest bezpośrednim dowodem na minimalną choć troskę rządzących o znośne warunki życia w kraju, w wielu miejscach Międzymorza brakuje. Szczerek opisuje rozmaite fenomeny estetyczne od Konstancy po Helsinki i nie można odmówić mu poczucia humoru oraz celności spostrzeżeń, choć czasami nie idzie pod prąd stereotypom.

„Międzymorze...” nie ma zwartej struktury, podróż zaczyna się w Berlinie, a kończy w Rosji, jeśli faktycznie zamykający książkę rozdział poświęcony Licheniowi uznać za epilog, osadzający całość mocniej w kontekście polskim. Wszystko, co Szczerek opisuje pomiędzy Berlinem a Moskwą, nie tworzy jasno wyodrębnionych całości, a raczej zbiór miniatur podróżniczych, niekoniecznie łączących się w logiczne porządki. Struktura „Międzymorza...” dobrze oddaje przestrzeń, jaka jest poprzez nią opisywana – nie da się stworzyć jednej, spójnej narracji o przestrzeni tak poprzecinanej i różnorodnej, choć, na pewnym poziomie, podobnej. Międzymorze, przedwojenna koncepcja federacji państw Europy Środkowo-Wschodniej, miała być nadzieją na stworzenie przeciwwagi dla imperiów rosyjskiego i niemieckiego, otaczających kraje leżące między Adriatykiem, Bałtykiem a Morzem Czarnym. I choć kraje, które miały wchodzić w skład Międzymorza, tworzyły rozmaite ponadnarodowe struktury państwowe, od kraju Jagiellonów i Królestwa Węgrów po Jugosławię i ZSRR, nigdy nie wytrzymały one próby czasu, rozpadając się na kolejne państwa narodowe, często o skomplikowanej tożsamości mieszkańców, jeszcze częściej zostawiając w spadku rojenia o wielkiej (przede wszystkim terytorialnie) ojczyźnie.

„Międzymorze...” ukazało się, o czym nie da się i nie wolno zapomnieć, w szczególnym politycznym kontekście. Kolejne kraje Międzymorza, zmierzające w ostatnich dziesięcioleciach do integracji z Europą Zachodnią, wybrały inny model państwowości. Zamiast zachodniej liberalnej demokracji przedstawicielskiej (wobec niej Szczerek także ma sporo zastrzeżeń), której stopniowe wprowadzanie wraz z „ogarnianiem” przestrzeni czyniło z krajów Międzymorza w oczach Zachodu Rurytanię, nieco egzotyczny, ale „poczciwy” kraj, wprowadzany zostaje porządek stanowiący spécialité de la maison – autorytaryzm podszyty wybujałym nacjonalizmem z fasadową demokracją. W kolejnych krajach odżywają koncepcje Wielkiej Ojczyzny, w jej historycznie możliwie najszerszych granicach, łączące się z odrzucaniem zachodniego porządku demokratycznego. Sielska, nieco egzotyczna, choć bliska Rurytania, wymyślona w XIX wieku przez Anthony’ego Hopkinsa, ustępuje Bordurii, militarystycznemu państwu wschodniemu z komiksów o Tintinie. Szczerek, nie tylko w „Międzymorzu...”, chętnie posługuje się wymyślonymi państwami, których wizerunki w kulturze Zachodu składają się na rozmaite wyobrażenia o krajach położonych w pasie Międzymorza. Tak nas widzą – Rurytania, Borduria, Syldawia, Elbonia, Molvania, biedna i zacofana wypadkowa krajów bałkańskich i poradzieckich. A teraz na dokładkę obrażająca się na Unię i pokrzykująca o historycznej spuściźnie i krzywdach, nastawiona hipernacjonalistycznie. A jak my sami się widzimy?

Szczerek sporo miejsca poświęca zawirowaniom tożsamościowym, charakterystycznym dla niemal wszystkich krajów Międzymorza. Niemal każdy z narodów czuje się dziejowo pokrzywdzony, a wyznaczone granice państwowe nie przebiegają w rzeczywistości w sposób tak zdecydowany i klarowny, jak na mapach. Coraz więcej narodów szuka powodów do etnicznej dumy, opowiadając o chwale praprzodków, synów wyobrażonej Słowiańszczyzny czy Hungarii, z uporem godnym lepszej sprawy wynajdując ślady pradawności swojej kultury w czasach antycznych lub zgoła biblijnych. Kraje Międzymorza, choć bardzo różne, na pewnym bazowym poziomie są do siebie podobne – rozerwane między aspirowaniem do Zachodu, a narodową dumą, zakompleksione, a zarazem chcące rzucić świat na kolana. Obserwacje Szczerka nie są może szczególnie nowe czy odkrywcze, ale doskonale trafiają w swój czas, kiedy Międzymorze na nowo usiłuje się odnaleźć w światowym porządku, między skompromitowanym Zachodem, a nie tak znowu nęcącą Rosją. Do niezaprzeczalnych zalet książki należy jędrny, mięsisty, niewolny od potoczyzmów i wulgaryzmów język Szczerka, jego poczucie humoru oraz duże dawki ironii, także wymierzonej we własny kraj, samego siebie i swoje wyobrażenia o tym, czym właściwie jesteśmy i czym jest Międzymorze.
Ziemowit Szczerek: „Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.