Wydanie bieżące

1 września 17 (329) / 2017

Grzegorz Mucha,

HOLOGRAMOWE ŻYCIE

A A A
Pojawili się jakiś czas temu. Podobno widziano ich w Hiszpanii, Japonii, Stanach Zjednoczonych i Rosji. Są wśród nas. Wcielają się w ludzi, ale nimi nie są. Są przeźroczyści i świetliści, a jednak brak cielesności nie przeszkadza im i radzą sobie nad wyraz dobrze. Dosyć łatwo robią karierę w showbiznesie. To Vocaloidy. Śpiewają, tańczą i… skutecznie zarabiają pieniądze. Nie wiem, czy ich zarobki liczą się w euro, czy w bitcoinach. Sprawa jest zagadkowa, bo kwestie zakulisowe znają nieliczni. Niektóre Vocaloidy wcielają się w znane postacie, inne same stają się gwiazdami.

Nie będę tu wchodził w kwestie techniczne. Obecnie wszystko można łatwo sprawdzić i zrozumieć bądź nie. Dla mnie to kwestia drugorzędna. Sprawą wagi pierwszorzędnej jest pogłębiający się kult sztuczności. No bo jak nazwać sytuację, w której szalejący pod sceną tłum oddaje cześć nie osobie, a elektronicznemu duchowi. A z taką sytuacją mamy do czynienia coraz częściej. W pewnym sensie to nie dziwi, bo sztuczny świat nie od dziś wydaje się wielu ludziom atrakcyjniejszy od realnego. Przecież powszechnym zjawiskiem jest osoba podróżująca pociągiem, która zamiast podziwiać widok za oknem, przez całą podróż głaszcze swojego smark-fona. Można powiedzieć, że ktoś taki nie rozumie fenomenu podróży. Ale sprawa jest osadzona głębiej. Sztuczny świat nie pozwala poznać rzeczywistości, bo w każdym momencie wydaje się ciekawszy od niej. Jest na wyciągnięcie ręki. Dosłownie.

Podobno wszystko zaczęło się szóstego grudnia 2004 roku w Nowosybirsku w Rosji. Miało tam miejsce wystąpienie Vocaloidu z prawdziwym zespołem. Tyle że ów Vocaloid nie był jeszcze „cielesny” w dzisiejszym rozumieniu. Wkrótce potem wynalazkiem zainteresował się nie byle kto, bo Damon Albarn. Stworzony przez niego wraz z rysownikiem Jamiem Hewlett’em wirtualny zespół Gorillaz wystąpił w holograficznej postaci podczas wręczania nagród MTV w 2005 roku i nagrody Grammy rok później. Ten drugi „występ” był dosyć spektakularny, gdyż w pewnym momencie do zespołu dołączyła także holograficzna wersja Madonny, którą po chwili zastąpiła prawdziwa postać piosenkarki, wspierana przez jej zespół. A potem… Nie mogło być inaczej. W Tokio ruszyła maszyna, która mniej więcej w tej samej formule działa do dziś. Jako że Japończycy są najbardziej podatnym na sztuczną rzeczywistość narodem, tam też opracowano udoskonalenie nowego wynalazku, aż w końcu doprowadzono do wygenerowania nowego potwora na miarę Godzilli. Tym razem pod postacią szesnastoletniej dziewczyny z długimi turkusowymi włosami, czyli Hatsone Miku. Łatwo zgadnąć, iż szybko stała się sławna, a jej fani pośpieszyli z pomocą przy pisaniu repertuaru. Ale o dziwo po ów wynalazek sięgają prawdziwi artyści. W 2008 roku odbyła się wirtualna trasa koncertowa zespołu Tokio Hotel. W 2010 roku Janet Jackson otworzyła Essence Music Festival w Nowym Orleanie. Tańczyła wtedy nawet wraz ze swoimi holograficznymi klonami. W roku 2011 wirtualna Mariah Carey dała jednoczesne bożonarodzeniowe koncerty w kilku miastach, w tym także w Krakowie. Niezwykle popularny jakiś czas temu zespół Black Eyed Peas wystąpił jako hologramy na wręczeniu francuskich nagród muzycznych, a jedną z atrakcji londyńskiego Abba World jest karaoke z wirtualną Abbą. W 2012 roku na festiwalu Coachella pojawił się holograficzny – nieżyjący wtedy od sześciu lat – Tupac Shakur. W 2014 roku podczas gali Billboard Music Awards wystąpił kolejny wskrzeszeniec – Michael Jackson. Tego samego roku miał miejsce występ hologramu słynnego – zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych – Liberace. Jak dotąd jedynym człowiekiem z przyzwoitym podejściem wykazał się ojciec zmarłej piosenkarki Amy Winehouse, który kategorycznie odrzucił proponowaną mu możliwość stworzenia holograficznej córki. Ale na koniec wymienię artystę związanego z ciężką odmianą rocka. Pod koniec listopada rozpocznie się trasa koncertowa holograficznej wersji Ronniego Jamesa Dio. To nie żart. Impreza będzie miała miejsce także w warszawskim klubie Progresja. Tym razem wszystko odbędzie się przy pełnej aprobacie wdowy po wokaliście Wendy Dio, która wyznała, iż po ujrzeniu holograficznego męża na scenie w Wacken nie mogła powstrzymać łez. Być może dlatego, przyglądając się temu wszystkiemu, Damon Albarn wraz z Gorillaz zaskakuje teraz fanów jak najbardziej żywymi i naturalnymi występami scenicznymi. Ale odwrotu pewnie już nie ma. Wydaje się, że plastikowa rzeczywistość podsycana coraz bardziej wyuzdanym marketingiem ogarnia wszystko. Jeśli nawet metalowy wysłannik szatana, na jakiego kreował się za życia Dio, zostanie wkrótce zamieniony w coś w rodzaju Myszki Miki, to sprawa jest jasna. Wytnijmy wszystko, co naturalne, a może już wkrótce zobaczymy i usłyszymy „na żywo” duet Ronniego Jamesa Dio z Hatsune Miku. Przed nami nowa radosna betonowo-plastikowa przyszłość.