Wydanie bieżące

1 września 17 (329) / 2017

Mateusz Demski,

NOWE PORZĄDKI (17. MFF T-MOBILE NOWE HORYZONTY)

A A A
To była udana przygoda. Kilka dni w trójkącie Plac Solny – Hotel Monopol – Kino Nowe Horyzonty, kilkanaście rozmów z ludźmi kina, kilkadziesiąt stron maszynopisu. Tegoroczne Nowe Horyzonty, mimo iż przeżywane z perspektywy fotela w redakcji gazety festiwalowej „Na horyzoncie” i zza trzynastocalowego ekranu, były doświadczeniem szczególnym. Oczywiście niewiele filmów widziałem w trakcie tegorocznej edycji, chyba nawet mniej niż podczas weekendu w ubiegłych latach. Ominęły mnie body horrory o (słyszałem, że dosłownym) zajadaniu się kolegami z kampusu, półtoragodzinne reakcje na polityczne i kulturowe turbulencje, arcydzieła nagrane telefonem komórkowym czy inne nowohoryzontowe atrakcje. Cóż, tym razem z kolegami po klawiaturze otrzymaliśmy najmniejszy kawałek festiwalowego tortu, ale jakoś nie narzekam, ponieważ ten siłą – redakcyjnej – rzeczy okrojony jadłospis dobrze mi zrobił. Napychając się do ostatniego kęsa subiektywnymi, pełnymi potu i łez artystycznymi procederami, nie potrafiłem nigdy nabrać we Wrocławiu odpowiedniego balansu; przesiać ziarna od plew. W tym roku się to udało. Oto krótki przegląd wybranych tytułów festiwalowych w wersji slim.

Trwoga, skurcze gardła i zgrzytanie zębów

Nieładnie zaglądać ludziom w metrykę, lecz dla 53-letniego Andrieja Zwiagincewa seans „Bliskości” – rewelacji tegorocznego festiwalu w Cannes – byłby zapewne niczym cios w potylicę. Historia, niestety, nie odnotowuje, czy taka sytuacja miała miejsce. W każdym razie debiutujący na dużym ekranie Kantemira Balagov, który dopiero skończył 26 lat, któremu wąs zaczął sypać się zaledwie kilka miesięcy wcześniej, pokazał na tegorocznych Nowych Horyzontach film zwiastujący nowe porządki w rosyjskim kinie. Oto u schyłku lat 90. we wrzącym kotle Północnego Kaukazu, rodzinnych stronach reżysera, spotykają się dwie społeczności: Żydzi i Kabardyjczycy. Wśród tych pierwszych wychowała się młodziutka Ilana (w tej roli zjawiskowa Darya Zhovnar, z której reżyser wydobywa coś pierwotnego, surowego, niekontrolowanego), pośród tych drugich kilka wiosen starszy i kilka klas niżej sytuowany Zalim (Nazir Zhukov). Ale jak to zwykle bywa w historiach spod znaku niespełnionej miłości z Werony, wszystko co dobre, szybko się kończy. Zaczyna się klasycznie od dezaprobaty rodziców. Potem jest jeszcze gorzej: porwanie Davida (Veniamin Kats), brata Ilany, i jego narzeczonej, starania o okup. Kiedy żydowska diaspora nie jest w stanie odłożyć wystarczająco dużo grosza, pozostaje jedno: wydać Ilanę za zamożnego pobratymca. Można „Bliskość” oceniać rozmaicie, lecz wydaje mi się, że nie dotyczy ona wyłącznie napięć pomiędzy jednostkami, i śmiem twierdzić, że samoświadomość formy i próba zamknięcia bohaterów w ciasnym kadrze przez reżysera to coś znacznie więcej niżeli odzwierciedlenie ich beznadziejnych stanów ducha.



Film Balagova, wychowanka samego Aleksandra Sokurowa, to przecież surowy, rygorystycznie skomponowany, a zarazem zaskakująco zniuansowany portret wspólnoty – rosyjskiej młodzieży w latach dziewięćdziesiątych przytłoczonej postsowieckim porządkiem. Pokolenia zmuszonego pilnować, by przypadkiem szereg napięć religijnej, etnicznej i kulturowej wspólnoty, a także ponura rzeczywistość konfliktu czeczeńskiego nie wpłynęły na ideały młodego obywatela. W jednej z najbardziej wstrząsających scen „Bliskości” widzimy Ilanę, która odbija się od stanu wzburzenia; nastrojów napędzanych alkoholem i narkotykami. Szklanka wódki, tańce-przytulańce na domówce, szybki zwrot w kierunku toalety. W tle z telewizora dobiegają pieśni o lepszej jutrzence, a także obrazy masakry w Dagestanie i odcinanie głów przez Czeczeńców. Ten zaśnieżony psychiczny terror emanujący z ekranu nie jest bynajmniej bezkompromisowo zainscenizowany, co po prostu… prawdziwy. Coś mi zatem mówi, że „Bliskość” to film, którego mieszkańcy Republiki Kabardyjsko-Bałkarskiej normalnie się boją i którego najzwyczajniej nie chce się im oglądać. Nie jest też dziwne, że sadystyczna, oglądana z niepokojem sekwencja spuszczenia ze smyczy „psów wojny”, w zestawieniu z nurtującą opowieścią o kochającej się i wadzącej się rodzinie, silnie oddziaływała na końcówki nerwowe dziennikarzy, którzy przybyli w tym roku do Cannes. Rezultat pokazu prasowego: podobno trwoga, skurcze gardła i zgrzytanie zębów.

Powiedzmy sobie szczerze: nie ulega wątpliwości, że przy powalającym debiucie Balagova taka „Niemiłość” jest niczym rozkładana na czynniki pierwsze matrioszka, której kolejne warstwy przedstawiają jedno i to samo oblicze – dzisiejszą Rosję, której granice przyzwoitości co prawda zostały u Zwiagincewa dawno przekroczone, ale zarazem zdają się uwięzione w sterylnej bańce. W bańce tej – będącej, o zgrozo, cichym faworytem dziennikarzy do Złotej Palmy – zobaczymy tylko poprawne i toporne migawki z Donbasu, dobrze znaną rodzinę na pół gwizdka, a także kalejdoskop pięknych panoramicznych ujęć budujących wokół wielkomiejskiej Rosji kolejne znaczenia, symbole, alegorie, nawiązania intertekstualne i ikonograficzne. Nie chodzi o to, że filmy Zwiagincewa, naznaczone spuścizną Tarkowskiego, stają się nieznośnie pretensjonalne, o nie, lecz proszę zauważyć, że ich skala, przestrzeń oraz opowieść, stają się zatrważająco większe od samego życia. Porównajmy. Perfekcja formalna jest znakiem towarowym filmów autora „Lewiatana”, dlatego nic dziwnego, że otrzymujemy pieczołowitą ilustrację miłosnego niespełnienia; pierwszorzędną, ale niestety, i tu leży pies pogrzebany, jawnie zainscenizowaną, gdzie na domiar złego nawet gałązka staje się emblematem, który ma wywołać konwencjonalne poruszenie serca. Balagov przeciwnie: pozwala (w fabule!) zapomnieć o obecności kamery, przez co poczucie, że tworzone przez niego sytuacje są autentyczne i istnieją, przychodzi podczas seansu natychmiast.

Trochę nauki nie zaszkodzi

Nie tylko na Wschodzie niesforne świeżaki, spłatały psikusa starszym kolegom po fachu, pokazując, że tuż za skostniałą estetyką idzie nowe. Z podobnymi nowymi porządkami mamy do czynienia również na naszym rodzimym podwórku. Nie przypominam sobie, aby w ostatnich latach na którymkolwiek festiwalu polska reprezentacja narobiła tyle szumu. Trzy filmy w konkursie głównym, kilka głośnych premier w sekcjach pozakonkursowych i rozmowy do białego rana o tym, w którą stronę zmierza polskie kino, są tego najlepszym przykładem. Ale dziwna rzecz: nie było mowy o Wasilewskim, Marczaku, Czekaju, Smoczyńskiej czy innych pupilkach tzw. nowej fali polskiego kina, a o zupełnie nowym narybku, na który – nawiasem mówiąc nikt nie powinien zaprzeczyć – aż miło było popatrzeć.

Wygląda na to, że najlepiej z całej stawki wypadli nie tyle wychowankowie szkół filmowych, weterani pokroju Joanny Kos-Krauze („Ptaki śpiewają w Kigali”), co artyści, których do tej pory interesowały antenki, neony i intelektualny fitness, na jaki składa się sztuka współczesna funkcjonująca w galerii. Największym zaskoczeniem był zatem doceniony przez festiwalową publiczność „Photon” Normana Leto, czyli filmowa epopeja, dwugodzinny wykład o miliardach lat istnienia naszej planety: pomarszczeniach czasoprzestrzeni, skokach umysłowych ludzkości, różnych stadiach przepoczwarzania życia na Ziemi – od kapusty, przez ślimaka, aż po homo sapiens. Chyba lepiej nie zdradzać zbyt wiele, chociaż może należy uprzedzić widza, że surowiec filmowy jest tutaj przytłaczająco różnoraki.

Dla mnie osobiście najbardziej interesująco brzmiał jednak jego finałowy znak zapytania: dokąd świat fotonów, atomów, cząsteczek i innych nici DNA zmierza? Czym są zdobycze naszej cywilizacji wobec nieuchronnego zanikania ciała i usamodzielniania się umysłu? Sądzę, że ten węzłowy, oszałamiający, niezapomniany, wielce niepokojący akt najnowszego dzieła Normana Leto wywołał u mnie bodaj silniejszy skurcz niż futurystyczny koszmar; ten dziwny, niesamowicie unikatowy kierunek, którym mogłem podążyć w „Matrixie” rodzeństwa Wachowskich czy „12 małpach” Terry’ego Gilliama. Nędza futurologii jest oczywista, wszak żadne przewidywania przeszłości nigdy się nie sprawdzają, jednak fakt, że Leto rozprawia o tym problemie lepiej, mimo wykorzystania skromniejszych środków realizacyjnych, niż ktokolwiek inny z dzisiejszych twórców – lepiej, a także inaczej. Jego filmy nie mają na celu zrobić widza w balona; są przenikliwe, odważne, a przy tym poparte wieloletnimi badaniami z zakresu fizyki, biologii i chemii. W kinie takie rzeczy zdarzają się rzadko.



Otóż tak. „Photon” urasta zarazem do próby przeprowadzenia analogii pomiędzy stanem umysłów wywołanych nowymi odkryciami z dziedzin nauk ścisłych a stanem wyobraźni współczesnego artysty; opowieść o tym, co zmierzone, a zarazem wciąż niemierzalne. Trudno zatem orzec – mimo iż bohater Andrzeja Chyry mówi wprost, że to, co jest pod mikroskopem, jest takie, jakie jest – czy fantastyczne ciągi myślowe można potraktować z dozą prawdopodobieństwa, jednak podskórnie czuję, że „Photon” pokazał mi coś ważnego i autentycznego. A nie mógłby tego zrobić, jeżeli nie byłby gruntowny, bezpretensjonalny, wysoce intelektualny; zarówno godny podziwu, jak szalony. Pytanie brzmi: czy dobrze się stało, że ten wyrafinowany eksperyment z pogranicza wykładu Richarda Feynmana, zdobyczy Polskiej Akademii Nauk i rozważań Terrence’a Malicka nad sensem i bezsensem bytu pokazano we Wrocławiu? Chyba dobrze. Myślę, że polskiej, a może inaczej – nowohoryzontowej publiczności trochę nauki, której na co dzień nie sposób objąć rozumem, nie zaszkodzi.

Łukaszowi Rondudzie, kuratorowi Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, inicjatorowi projektu Filmoteki Muzeum, też udała się nie lada sztuka: opuszczając muzealną przestrzeń, w której na co dzień pracuje, zdołał stworzyć prawdziwy… film; wrażliwy obraz o różnych natężeniach emocji. Zresztą po premierowym pokazie we Wrocławiu reżyser powiedział mi na stronie, że zaczęła pociągać go wizja sztuki, jaką uprawia Steve McQueen – kiedy działa w polu galerii, pozostaje kuratorem, kiedy wkracza w ramy kina, uruchamia się w nim instynkt reżysera, który respektuje prawa nowoprzyjętego medium. To w zasadzie prawda, ponieważ w „Sercu miłości” wyraźnie widać narracyjną zmianę. Kinowy performance, z jakim mieliśmy do czynienia w przypadku spotkania z Oskarem Dawickim w „Performerze”, ustępuje miejsca zaskakująco klasycznie zainscenizowanemu love story z szeregiem wątków biograficznych – w tym przypadku Wojciecha Bąkowskiego (Jacek Poniedziałek) i Zuzanny Bartoszek (zjawiskowa Justyna Wasilewska), chyba najciekawszej pary w światku polskiej sztuki. Co z tego wynika? Ano tyle, że Ronduda zaczął opowiadać jak na rasowego fabularzystę przystało: pięknie i mądrze, i dobrze.



Podejrzewam, że reżyser zdał sobie sprawę, że sztuka nowoczesna jest taka, jaka jest – nieprzystępna, kapryśna, skierowana do garstki osób. Z tej prostej przyczyny ludzie wykazują względem niej chłodny stosunek. W skrócie: stają okoniem. To godne uwagi, że przedmiotem najnowszego filmu i fascynacji autora „Performera” jest już nie tyle artyzm w sensie ścisłym, co silny związek dwójki (nie)zwykłych artystów, przy ich jednoczesnej walce o autonomię i konsekwencję twórczą. Dzieją się takie rzeczy: bohaterowie żyją pod jednym dachem, darzą się uczuciem niewysłowionym, aby zaraz potem pasożytować na sobie i swoich pomysłach, co najczęściej prowadzi do katastrofy. Wznoszą fortyfikacje przeciwko samym sobie – tworzą sztukę nie o zakochiwaniu się, a o odkochiwaniu. Nie szukają zgody, lecz rewolucji. Mówiąc o ukazaniu nieuznającej kompromisów relacji, gdzie zazdrość i wzajemne pretensje hulają w najlepsze, nie należy zapominać o Robercie Bolesto, uznanym scenarzyście „Ostatniej rodziny”, który na domiar stawia przed widzem pytanie o to, gdzie przebiega granica pomiędzy autokreacją a uczuciem do drugiej osoby. Niektórzy koledzy byli skonfundowani – jak zresztą określił „Serce miłości” sam Ronduda – rewersem historii o Beksińskich, ja natomiast byłem w ekstatycznym zachwycie. Wszak dawno nie widziałem obrazu tak na wskroś poruszającego, na swój sposób formalnie tajemniczego – stanowiącego dowód urzeczenia „Łowcą androidów” Ridley’a Scotta; dzieła tak fantastycznie gęstego, z którego nie wolno opuścić nawet słowa.

I zupełnie na koniec jeszcze jeden świeży, narodowy akcent, czyli trzymający dokumentalny fason „Turyści” Mateusza Romaszkana i Marty Wójtowicz-Wcisło. Film w całości złożony z ujęć nakręconych przez amatorów biur podróży, których ciekawość świata została zdegradowana do turystyki objazdowej. Na ekranie turyści i tubylcy; zamożni biali i ubodzy kolorowi. Mimo iż Romaszkan (montażysta oscarowego „Królika po berlińsku”) odcina się grubą kreską od stwierdzenia, jakoby stworzył portret „Janusza”, pełnego ignorancji, wsobności czy poczucia wyższości rodaka na urlopie, to śmiem upierać się, że „Turyści” takim obrazem również są.

Każda kolejna podróż, oprócz metafory współczesnego kolonializmu, stanowi zwłaszcza obraz przedstawicieli polskiej klasy średniej odmalowany od strony wbudowanych w nich wartości, celów i norm stricte kulturowych. Innymi słowy, w imaginarium rodzimego sektora turystycznego wyraźnie kłuje w oczy hegemonia wzorów konserwatywnych, ksenofobicznych, będących niewątpliwie pokłosiem – co nie brzmi może jakoś szczególnie odkrywczo – gwałtownej transformacji po roku 1989. W gruncie rzeczy białe skarpety i obowiązkowe sandały zaczęły funkcjonować na Galapagos stosunkowo niedawno, kiedy poczuliśmy świeży powiew kapitalizmu i mogliśmy – my, kozły ofiarne gierkowskiej dekady – wreszcie sięgnąć po wszystkie turystyczne dobrodziejstwa, jakimi są kilkugwiazdkowe hotele, wczasy pod gruszą i wygrzewanie się na egzotycznych wyspach. Ważne jest, że fantastyczni „Turyści” nie bez kozery byli pokazywani na Nowych Horyzontach w pakiecie z innym głośnym dokumentem: „Operą o Polsce” Piotra Stasika. W pewnym sensie brawurowa impresja autora „21 x Nowy Jork” na temat dobrej zmiany i naszego zestawu cech narodowych to adekwatne odniesienie do debiutu reżyserskiego Romaszkana.

                                                              *

Małgorzata Sadowska, nowa załogantka wrocławskiego festiwalu, kuratorka sekcji „Kino protestu”, na kilka dni przed rozpoczęciem tegorocznego festiwalu stwierdziła w odpowiedzi na moje pytanie, że tzw. nowohoryzontowość, jak każda definicja, ma tendencję do zastygania w jednej kliszy; tymczasem jej sednem jest nieustająca rewizja i refleksja na temat tego, co się dzieje w kinie i z kinem. Kiedy opuszczałem Wrocław, myślałem o tych słowach; myślałem niejako ze smutkiem; myślałem, jak dzikie tłumy okupowały salę numer jeden w oczekiwaniu na festiwalowe must-see w postaci letniej Sofii Coppoli czy delikatnie dołującego Michaela Hanekego, a całkowicie z pola ich widzenia znikały sekcje, od których włos jeżył się na głowie. Nie ma się co dziwić – wbrew powszechnym opiniom, że widownia łaknie nowości, wszelkie dowody wskazują raczej na to, że widownia w rzeczywistości łaknie zawsze tego samego. Oczywiście nie fair byłoby zwalać winę tylko na kolegów, przyznaję się, drodzy czytelnicy, że kiedyś też tak robiłem; też popadłem w złośliwe uzależnienie od zawartości paczuszki nadesłanej prosto z Cannes.

Rzecz jasna nie chcę przy tej okazji dyktować warunków; każdy, podkreślam każdy, ma prawo do eksploracji kina na własnych prawach, ale nie chciałbym też, podobnie jak Gosia Sadowska czy inni programerzy, aby festiwal pod batutą Romana Gutka osiadł na laurach, wygodnych oczekiwaniach i sprawdzonych nazwiskach, porzucając tym samym poszukiwania widza. W sytuacji, kiedy (dosłownie!) wszelkie chwyty są dozwolone, absolutnie kluczową sprawą jest korzystanie z rezerwuaru nowohoryzontowych środków pełnymi garściami. Bierzcie i jedzcie zatem z tego wszyscy: śniadanie – docenione w Cannes „120 uderzeń serca”; obiad – „Fabryka niczego”, czyli rzecz o kinie zaangażowanym; podwieczorek – nihilistyczny portret kobiety pod presją i Berlin rozświetlony stroboskopami w „Przetrąconych”, kolacja – rzecz ciężkostrawna, nie do polecenia, czyli gorszący „Kuso”. Kombinacji jest wiele; ku uciesze koneserów dobrego filmowego smaku.
17. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty, Wrocław, 3-13.08.2017.