Wydanie bieżące

15 września 18 (330) / 2017

Luiza Stachura,

PISAĆ TAK, JAKBY SIĘ GRAŁO MUZYKĘ (HARUKI MURAKAMI: 'ZAWÓD: POWIEŚCIOPISARZ')

A A A
Jak się dobrze zastanowić, życie jest naprawdę dziwne” (s. 46)

Pisać książki może każdy. Nie potrzeba specjalnych predyspozycji – wystarczy znać jeden język i w dodatku niekoniecznie trzeba sprawnie się nim posługiwać. Kalekie, zdeformowane „zdaniopodobne” twory, ułomne wypowiedzenia, rozmyte wyrażenia, urywki słów są indywidualnym głosem, idiolektem. Jeśli celowo, świadomie je wykorzystywać i konstruować z nich historie, to mogą okazać się na tyle nowatorskie i odkrywczo świeże, iż krytycy przyjmą z zaciekawieniem nowy język, inny sposób opowiadania o doświadczanym świecie. Z „morza możliwości” wybierz choćby proste, krótkie zdania albo równoważniki zamiast precyzyjnie spreparowanego strumienia świadomości czy nieokiełznanego żywiołu słów. Odnajdź własny rytm. Wsłuchaj się w muzykę przestrzeni, muzykę słów i dźwięki opowieści. Geniusz bowiem, ta wybitna jednostka zdolna wkraść się do świadomości odbiory, to unikat, to wyjątkowe, bezcenne światło, którego blask dostrzeżesz poprzez mroki majaków, urojeń, onirycznych labiryntów, słownej ekwilibrystki.

Ale my pozostańmy przy kimś zwykłym, przy kimś, kto w dzieciństwie nie marzył, że będzie pokonywał tyleż lingwistyczne, ile wyobrażeniowe granice, testował język, egzaminował słowa, eksperymentował, żonglował, układał i przekładał znalezione w przestrzeni strzępki wyrażeń. Któregoś dnia po prostu naszła go przedziwna chęć opowiedzenia historii o tym, że… nie ma o czym opowiadać, bo nie należy do generacji przełomowej, pokolenia walczącego z systemem, najeźdźcą czy samym sobą i mrokiem wewnątrz siebie. Ten ktoś wiedzie zwykłe życie, wykonuje codzienne obowiązki częściowo machinalnie, częściowo rytualnie. Miewa kłopoty finansowe, przeżywa kryzysy w relacjach z drugim człowiekiem, wątpi, niekiedy ufa, szuka i nie znajduje. Tak, każdy może zostać autorem książki. Jednej albo dziesiątków. Pisać o czymkolwiek tylko pragnie albo o czym nie potrafi powiedzieć wprost, przed czym ucieka, z czym się zmaga. Pisanie musi być przyjemnością, inaczej traci urok i blask. Kiedyś, gdy opowiadacz nabierze doświadczenia, rozejrzy się po literackich wymiarach, zadomowi, może zdecyduje się wejść głębiej w fikcjonalny świat – nie tyle w odbicie lustrzane rzeczywistości, ile w przestrzeń wyobraźni, w miejsca magiczne, oniryczne. Bo granice wyobraźni wyznaczają granice opowieści.

Jeśli pisarz zawodowy, zamiast podarować kolejną doskonale dopracowaną historię, prezentuje odbiorcom zbiór starszych swoich tekstów o charakterze eseistycznym, szkiców nieco autobiograficznych, w których próbuje nawiązać z czytelnikiem rozmowę, to jego gest przez wielu będzie odczytany jako komercyjne zagranie – obliczone na zysk, koniunkturalne. Malkontenci powiedzą, że skończył się jako pisarz, nie ma pomysłów, więc sprzedaje coś, co było odpryskiem w jego literackim laboratorium – laboratorium, w którym szlifuje swój warsztat, przygotowuje słowa, wydobywa z szufladek poszczególne elementy rzeczywistości, zszywa opowieści. Nie każdy lubi przyglądać się mechanizmom powstawania i spisywania historii. Krytycy zawodowi zaś ocenią styl, osadzą w konkretnych kontekstach, dookreślą rodzaj tekstu, nadadzą etykietkę, przefiltrują poprzez rozmaite metodologie, wskażą podobieństwa i różnice z innymi utworami wpisanymi przez nich w podobny nurt. Część odbiorców, którzy są jedynie przygodnymi towarzyszami danego pisarza, albo odejdzie zniechęcona etykietką niepasującą do ich gustów, albo zwiedziona przez recenzentów obietnicą niespodzianki wejdzie w inny wymiar literackiego istnienia autora. Dopiero jednak ocena czytelnika o zbliżonej wrażliwości, podobnej do wrażliwości autora odczuwającego i odbierającego wybrane aspekty rzeczywistości, będzie dla pisarza najważniejsza. Bo z projektowanego (podczas pisania – szyfrowania) odbiorcy przeistoczy się w realnie istniejącego (podczas czytania – odcyfrowywania), czyli z fantomu przekształci się w autentycznego rozmówcę, umożliwi zaistnienie dialogu, na swój sposób ożywi dzieło i odkryje w nim ścieżki niekoniecznie rozpoznawalne i dostrzegalne przez autora.

(…) »Chcę napisać powieść« (…)” (s. 94)

W 2015 roku jeden z najbardziej znanych na świecie japońskich pisarzy powojennych Haruki Murakami opublikował „Shokugyō to shite no shōsetsuka”, które w polskim tłumaczeniu pod tytułem „Zawód: powieściopisarz” ukazało się w połowie 2017 roku. To zbiór jedenastu tekstów, spośród nich sześć pojawiło się w druku już wcześniej – w wydawanym od 2011 roku literackim magazynie „Monkey” Motoyukiego Shibaty. Szkice quasi-krytyczne i autobiograficzne, w większości napisane w formie swobodnej, luźnej odpowiedzi na pytania czytelników, odsłaniają fragmenty drogi dojrzewania Murakamiego do bycia zawodowym literatem. Znamienne dla artykułów z tomu „Zawód: powieściopisarz” są liczne dygresje, parentezy, pozorne dopowiedzenia i uzupełnienia. Mimo iż nierzadko ucieka autor od wyjaśniania rozmaitych aspektów życia osobistego i zawodowego, to jednak tłumaczy wiele swoich zawodowych wyborów, decyzji, wyrażeń – podejrzewam, że większość czytelników odczyta to jako kokieteryjną, autokreacyjną pozę, nie zaś (w dużym stopniu szczere) wyznanie osobiste, odsłonięcie na moment maski, wprowadzenie za kulisy, wejście do przedsionka ciekawego i bogatego świata wewnętrznego Murakamiego.

Napisany pod wpływem impulsu i nagrodzony przez miesięcznik „Gunzō” utwór „Słuchaj pieśni wiatru” (1979, pol. wyd. 2014) otworzył przed naówczas trzydziestoletnim właścicielem klubu jazzowego „Peter Cat” i nieznanym szerzej Murakamim nowy wymiar rzeczywistości, stanowił bilet, przepustkę do świata pisarzy. W eseistycznych tekstach wydanych w tomie „Zawód: powieściopisarz” Murakami opisuje doświadczenie ciężkiej pracy fizycznej hartującej jego charakter, sygnalizuje problemy życiowe, ale starannie pomija tematy związane z najbliższą rodziną, zwłaszcza z żoną. Dokonuje krytycznej rekapitulacji protestów studenckich w latach 1968-1969 w Japonii, jednocześnie kierując uwagę czytelnika ku sile słowa, wpływie na społeczeństwo-masę haseł i sloganów, za którymi nie kryje się żadna prawda. Pisarz prezentuje kolejne stopnie kształtowania swojego warsztatu literackiego, indywidualny styl pracy nad książkami i nad tłumaczeniami (czyli dbanie o harmonię ciała i duszy). Porusza kwestie takie jak choćby tematyka utworów, inspiracje czy kształtowanie bohaterów czekający na zaistnienie w fikcjonalnym świecie. Pisze o indywidualizmie, egocentryzmie i egoizmie oraz konieczności zachowania prywatności warunkującej poprawny i spokojny proces pracy nad utworami literackimi. Tropi wyznaczniki nowatorstwa i oryginalności w sztuce (przede wszystkim w muzyce i literaturze), próbując równocześnie tyleż wyznaczyć, ile zasygnalizować miejsce własnych dzieł i wypracowanego stylu w strumieniu literackich dokonań poprzedzających go i tworzących w tych samych latach co on pisarzy.

Wiele miejsca poświęca autor „Przygody z owcą” na prześledzenie recepcji swoich utworów przez rodzimą krytykę (gorzko opisuje uwagi nieustannie miażdżące, deprecjonujące jego dokonania literackie) oraz czytelników z całego świata. Zestawia to z wpływem i rolą nagród literackich na twórczość pisarzy oraz na liczbę sprzedanych egzemplarzy. Owszem, nagroda dla jego debiutanckiej książki rzeczywiście była katalizatorem, wywołała w nim pragnienie, by napisać kolejny utwór, ale Murakami dostrzega niebezpieczeństwo płynnych, niejasnych kryteriów przyznawania wyróżnień, co prowadzi go do konkluzji, że nagroda nie jest wyznacznikiem jakości dzieła. O walorach utworu decyduje po prostu upływ czasu. Autor „Kroniki ptaka nakręcacza” wskazuje moment, gdy zdecydował o przejściu na zawodowe pisarstwo i zrezygnował z prowadzenia własnego lokalu. Zdradza także chęć zaistnienia na rynkach wydawniczych poza Japonią, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, co początkowo miało być sprawdzianem dla jakości jego utworów ciągle krytykowanych w kraju. Opowiada nie tylko o szukaniu osób, które umożliwiły mu realizację tego wielkiego i ryzykownego przedsięwzięcia, ale i o identyfikacji siebie jako autora „japońskiego”, czyli utożsamienia się z etykietką „pisarz japoński”.

Interesujące są rozważania Murakamiego o wpływie szkolnictwa na rozwój jednostki, na kształtowanie postawy społecznej, zawodowej i rodzinnej młodego człowieka – łączy to z wydarzeniami w Fukushimie w 2011 roku. Zauważa, że gdyby japońskie społeczeństwo nie tworzyło pozornie wzorcowych obywateli-robotów, ale od dziecka zwracało uwagę na niebagatelną rolę otwartej na świat postawy, ciekawości i pogłębiania własnych zainteresowań, odkrywania swoich predyspozycji, to wtedy można by było uniknąć wielu negatywnych zjawisk w dzisiejszej Japonii. Co jasne, jego obserwacje z powodzeniem odnieść można też do innych społeczeństw. Podkreśla Murakami istotną umiejętność spojrzenia na rzeczywistość z różnych perspektyw – zwłaszcza z „oddalenia na siebie patrzącego na świat” (s. 199). To, jak zauważa, typowa dla niego samego postawa, wpływająca na sposób budowania przez niego opowieści i kreowania bohaterów, z którymi później czytelnicy potrafią się utożsamić, odnaleźć w ich słowach i zachowaniu, własne gesty, przeżycia i emocje.

Są na świecie rzeczy, których wartości może dowieść tylko upływ czasu” (s. 149)

„Zawód: powieściopisarz” (nota bene, na uwagę zasługuje świetny wybór polskiego tytułu – przywodzi na myśl fragment kwestionariusza osobowego i dobrze wpisuje się w teksty składające się na ten tom) jest drugim wydanym w polskim tłumaczeniu, obok „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” (2007, pol. wyd. 2010), eseistyczno-autobiograficznym wglądem w świat Murakamiego. Co prawda, Japończyk opublikował więcej książek o charakterze eseistycznym, ale tylko nieliczne z nich zostały przetłumaczone na język angielski – być może wynika to ze specyfiki tego typu publikacji, odstręczających licznych czytelników i niekoniecznie gwarantujących wysoki wskaźnik sprzedaży. A szkoda. Murakami całkiem dobrze radzi sobie w formach eseistyczno-felietonowych – jego opowieści o życiu zawodowego pisarza, ale i osoby prywatnej jednocześnie, jego spostrzeżenia dotyczące świata literackiego, kultury i przemian społecznych czyta się z przyjemnością. Jest w narracji Murakamiego rodzaj krystaliczności, prostota, lekkość i finezja, trochę ulotności i wrażenia kruchości przestrzeni wypełnionej nie nadmiarem słów, nie przesytem przedmiotów, ale nagromadzeniem dźwięków rzeczywistości. Murakami umiejętnie zakrywa te sfery życia, które powinny zostać tylko jego – nie sprzedaje intymnych, prywatnych spraw. Nie rozprawia się ostro z adwersarzami, w zasadzie jedynie sygnalizuje rozczarowanie i niczym kot szuka nowych miejsc dla swoich literackich światów – miejsc, w których będzie mógł poprzez pisanie swobodnie wyrażać doświadczanie wymiary rzeczywistości. Jest taktowny i zasadniczo wyważony w opiniach. Zaprasza odbiorcę do podjęcia nie gry, ale kameralnej rozmowy.

Haruki Murakami wyznaje, że budowanie własnego świata w literaturze i poprzez literaturę oraz muzykę jest dla niego rodzajem obrony przed brutalną rzeczywistością. Widoczne jest to również w tematyce i strukturze eseistyczno-felietonowych tekstów z tomu „Zawód: powieściopisarz”. Odsłaniają bowiem jego wrażliwość, indywidualizm, nienasyconą chęć poznawania świata. Murakami zaprasza czytelnika do swojego wyobrażeniowego ogrodu, w którym obok słonecznych, pełnych blasku miejsc, są także i te deszczowe, pogrążone w mroku i chaosie.
Haruki Murakami: „Zawód: powieściopisarz”. Przeł. z jap. Anna Zielińska-Elliott. Muza. Warszawa 2017.