Wydanie bieżące

15 września 18 (330) / 2017

Justyna Kulisa,

PRAWA KOBIET W PRAKTYCE (SYLWIA KUBRYŃSKA: '30 SEKUND')

A A A
Ograniczony dostęp do antykoncepcji (w tym awaryjnej), aborcja dopuszczalna jedynie w kilku przypadkach (w dodatku niejednokrotnie nieprzeprowadzana nawet pomimo spełnionych ustawowo i medycznie warunków), co stymuluje rozwój podziemia aborcyjnego, brak powszechnej i kompetentnie prowadzonej edukacji seksualnej czy komiczne wręcz argumenty przeciwko ratyfikacji ogólnoeuropejskiej konwencji antyprzemocowej – taka jest rzeczywistość, której doświadczają w Polsce kobiety. Tego typu tematy zawsze były kontrowersyjne – pomimo że zgodnie z logiką i zwykłą ludzką przyzwoitością wcale takowe nie powinny być – zwłaszcza w ostatnich latach, przy coraz większym przechyle nastrojów społecznych na prawo. Praktycznie nie da się zająć neutralnego stanowiska w kwestii praw kobiet, ale może tak właśnie powinno być; może trzeba krzyczeć tak długo, aż zwyciężą rozsądek i cywilizowane, pozbawione stereotypów i uprzedzeń rozwiązania.

„30 sekund” Sylwii Kubryńskiej stanowczo należy zakwalifikować jako krzyk. Opiera ona swoją opowieść na dwóch głównych wątkach, które tylko na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego. Jako pierwszą otrzymujemy historię nastoletniej Marysi, od której ówczesny chłopak wymaga jakże częstego „dowodu” miłości w postaci seksu. To pierwsze z tytułowych trzydziestu sekund, prawdopodobnie najbardziej wymowne, bo niosące ze sobą konsekwencje, które położą się cieniem na przyszłości bohaterki. Jednocześnie powoli, strona po stronie, rysuje się obraz jej związku z Mariuszem, w którym nierozerwalnie splatają się problemy ich obojga, tworząc niemożliwy do bezbolesnego rozwiązania toksyczny węzeł krzywd, niezdrowego odreagowywania i wzajemnych pretensji. Marysia desperacko poszukuje ciepła i miłości, sama nie do końca wiedząc, jak miałyby one wyglądać, i z rozdzierającą serce desperacją, przez którą tak naprawdę najbardziej rani samą siebie, godzi się na poniżenie, kontrolę i emocjonalne znęcanie się. Na tym etapie tak naprawdę nie rozumie, że może nie być ofiarą – nieszczęśliwe dzieciństwo i matka, która sama tkwi w nieszczęśliwym związku sprawiają, że jedyne, co główna bohaterka tej części książki zna, to nigdy niespełnione pragnienie normalności i beztroski. Śledząc rozwój historii Marysi, zostajemy skonfrontowani z codziennością, jakiej doświadcza zdecydowanie zbyt duży odsetek polskich kobiet.

„STRZEŻCIE SIĘ ŻYCIA. Strzeżcie się, kobiety. Strzeżcie się życia, narodzin, urodzin, spowiedzi, komunii, szkoły, kolegów, koleżanek, chłopaków, ciotek, matek, wujków i dziadków. Strzeżcie się pytań i odpowiedzi, strzeżcie się obietnic i oczekiwań. Strzeżcie się małżeństw, strzeżcie się ciąż, macierzyństw, prac, obiadków, śniadań, stosunków seksualnych, samotnych kroków w nocy, obcych mężczyzn w bramach, strzeżcie się każdego dnia, każdej minuty, każdej sekundy tego najniebezpieczniejszego z niebezpiecznych zjawisk: życia. Nie wychodźcie ze swoich dziurek, nie wyrywajcie się na ten bal, bo macie odgórnie, systemowo, definitywnie, na każdym jego etapie PRZEJEBANE” (s. 163-164). Taką konkluzję w pewnym momencie prezentuje autorka i chociaż fragment ten jest literacko przerysowany, nie sposób nie zauważyć, że trafia w sedno. Z pozoru zwyczajne elementy życia, takie jak rodzina, związki czy chociażby przechodnie na ulicach w nikim nie powinny wzbudzać lęku lub poczucia winy – a jednak, gdy ma się jako przykład nie tylko opisaną historię, ale również niejednokrotnie osobiste przeżycia, doskonale wiadomo, że idealny świat nie ma nic wspólnego z tym, w którym przyszło nam żyć. W opowieści Marysi niczym w zwierciadle odbijają się kultura gwałtu i złośliwe uwagi – z pozoru niewinne, a jednak potrafiące zapaść w pamięć na całe życie i przypomnieć o sobie w najmniej odpowiednim momencie. Toniemy w przemożnej, wszechogarniającej krzywdzie; we wciąż powracającym braku poczucia własnej wartości i przekonaniu, że cokolwiek się stanie, jest winą kobiety.

Potrzeba wielu lat, terapii, perspektywy nowego związku i przejścia przez katartyczne wręcz przeżycie Czarnego Protestu, by w Marysi pojawił się wreszcie zalążek przekonania, że jednak miała prawo nie zgadzać się na wszystko, że miała prawo wyboru – i że jeśli decyduje się z niego zrezygnować, to tak naprawdę rezygnuje z samej siebie. Ostatnie trzydzieści sekund to samorealizacja, oda do świadomości, że brak wyboru, do którego zmusza się kobiety, wyrasta z lęku. „Każdy mężczyzna boi się kobiety” (s. 153) – i jakkolwiek taka generalizacja wydaje się być nieco na wyrost, to jednak w stanowczo zbyt wielu przypadkach okazuje się właściwa.

Druga część książki opiera się na historii dotyczącej przeciwnej strony barykady. Widzimy Wiktora: dumnego z faktu, że gotów jest bronić każdej kobiety, jaką napotka na swojej drodze, zaskakująco dobrego ojca pomimo braku odpowiednich wzorców. Podobnie jak w przypadku Marysi, jego wątek wyciąga na światło dzienne ułomności polskiego społeczeństwa: obłudę, hipokryzję i homofobię. Wiktor sam podsumowuje siebie słowami: „Nie wiem, czemu nie mam szczęścia. Nie wiem, czy go doświadczyłem, może z Krzychem, wtedy, jeszcze za gówniaka? Nie wiem… Szczęście jest nie dla mnie” (s. 277) – i jest to niezwykle mocny komentarz na temat braku kompetencji wychowawczych, jakie wciąż można zauważyć wśród mniej świadomych rodziców. Brak punktu odniesienia do normalnych, zdrowych relacji kładzie się cieniem na nieudanych związkach bohatera, o które uparcie obwinia on partnerki. Dopiero podczas terapii wychodzi na jaw, że nie do końca jest nawet świadomy idei wyboru i bycia go pozbawioną, o czym opowiadają kobiety biorące udział w grupowych sesjach. Wtedy też, kiedy jego drogi krzyżują się z Marysią i kiedy oboje tworzą potencjalnie wybuchową mieszankę feministka-konserwatysta, Wiktor staje się swego rodzaju spiritus movens – potrzeba jego rzuconego niedbale komentarza, aby Marysia uświadomiła sobie z pozoru prostą, ale jakże zmieniającą życie prawdę: wszystko zaczyna się i kończy wyborem.

Pomiędzy prowadzone równolegle historie Marysi i Wiktora Kubryńska wplotła również nawiązującą do Bułhakowa miniaturę o Piłacie i Miriam, z gościnnym występem uosabiającego rozwój chrześcijaństwa Kajfasza. Tę trzecią, z pozoru mniej ważną część książki, można potraktować jako komentarz na temat oczekiwań wobec kobiet i niekończących się prób sprostania im. „Bo wtedy jestem lepsza. (…) Od wszystkich kobiet, które nie cierpią, mają orgazmy, biorą znieczulenie podczas porodu, rozwodzą się z mężami pijakami i nie szorują podłóg do białości. Które ułatwiają sobie życie. Każdy głupi może sobie ułatwiać. Tymczasem ja cierpię” (s. 342) – mówi Miriam – cierpiąca Miriam, ukrzyżowana, palona na stosie i wciąż usługująca prokuratorowi Miriam – do Piłata i staje się reprezentantką tych kobiet, które wychodzą z założenia, że cierpienie jest nieodłącznym elementem ich egzystencji, które uważają, że stoją na straży jedynej słusznej racji i nie mają oporów przed przekonaniem do niej innych. Zaskakująco często można zauważyć tego typu komentarze w internetowych dyskusjach o prawach reprodukcyjnych czy przy okazji doniesień do gwałtach – i w jakiś przewrotny, niezrozumiały sposób najostrzejsze z nich zdają się pochodzić właśnie od kobiet. Odniesienie do tego podejścia widać w zawartych w historii Marysi komentarzach dotyczących wyznania Natalii Przybysz – i nagle, z jakiegoś nie do końca jasnego powodu, kobieca solidarność chwieje się i staje się warunkowa, a pragnienie wyboru zostaje ograniczone do kilku moralnie niewymagających przypadków. Jedynym minusem wątku o Miriam jest to, że wydaje się on być wciśnięty do narracji nieco na siłę, a obserwacje w nim zawarte prawdopodobnie znalazłyby swoje miejsce w dwóch głównych historiach.

„30 sekund” to niezwykle trafna obserwacja polskiego społeczeństwa – nie tylko w aspekcie dotyczącym praw kobiet, pomimo że to właśnie jest jej głównym tematem, ale również praw dzieci i relacji międzyludzkich. Strona po stronie wyłania się nierozerwalny związek przyczynowo-skutkowy błędów wychowawczych, obojętności i seksizmu, który z powodu rażącego deficytu zdrowych, normalnych wzorców kulturowych skutkuje powtarzaniem tych samych stereotypów w każdym pokoleniu. Z powodu braku edukacji i programów profilaktycznych, które miałyby na celu zapobieganie sytuacjom, przez które przeszła główna bohaterka książki, pozostaje nam wierzyć w to, że indywidualnie wyciągnięte wnioski staną się kiedyś na tyle częste, że pozwolą na zmianę mentalności społeczeństwa. Jak czytamy na okładce książki, Krystyna Janda stwierdziła, że „30 sekund” jest jak uderzenie obuchem w głowę. To nad wyraz adekwatna obserwacja, której jedynym, przerażającym minusem wydaje się to, że opisane wydarzenia w rzeczywistości dzieją się stanowczo zbyt często.
Sylwia Kubryńska: „30 sekund”. Czwarta Strona. Wydawnictwo Poznańskie. Poznań 2017.