1 października 19 (331) / 2017

Andrzej Ciszewski,

GWIAZDY SĄ NASZYM PRZEZNACZENIEM (LUC ORIENT. WYDANIE ZBIORCZE. TOM 1)

A A A
Kiedy wydawnicza przygoda z „Valerianem” dobiegła końca, oficyna Taurus Media postawiła na kolejny klasyczny tytuł, który u sporej części czytelników będzie budził nostalgiczne skojarzenia. „Luc Orient”, bo o nim mowa, zadebiutował 17 stycznia 1967 roku w tygodniku „Tintin”, którego ówczesnym redaktorem był Michel „Greg” Régnier: urodzony w Belgii scenarzysta i rysownik znany polskiemu czytelnikowi chociażby ze współpracy z Hermannem Huppenem („Bernard Prince”, „Comanche”) oraz Williamem Vance’em („Bruno Brazil” goszczący onegdaj na łamach „Świata Komiksu”). Upominając się o nieobecne w wyżej wymienionym periodyku opowieści o profilu stricte fantastycznym, Greg – ceniący sobie dobrą literaturę SF oraz korespondujące z nią publikacje naukowe – rozpoczął tworzenie zrębów niezwykłego, a jednak w pewien sposób doskonale znanego czytelnikowi świata. Wykreowanie jego obrazu spoczęło natomiast na barkach wieloletniego wspólnika Grega, Edouarda „Eddy’ego” Paape. Belgijski artysta rozważał wówczas zakończenie kariery rysownika. Jednak namowy przyjaciela oraz obietnica pełnej swobody twórczej sprawiła, że ilustrator „Marca Daciera” (według scenariuszy Jeana-Michela Charliera, piszącego popularne także u nas przygody porucznika Mike’a Blueberry’ego) ostatecznie nie oparł się pokusie, z pożytkiem dla komiksowego medium.

Tytułowy Luc Orient to krzepki i wysportowany fizyk o profilu amanta ze skłonnością do uroczej nonszalancji. Choć wielu czytelników zwracało uwagę na fizyczne podobieństwo protagonisty do brytyjskiego aktora Rogera Moore’a, Paape nie przyznawał się do takiej inspiracji przy rysowaniu postaci sympatycznego naukowca. Nie zmienia to faktu, że niezapomniany odtwórca roli Jamesa Bonda oraz Simona „Świętego” Templara miałby spore pole do popisu w potencjalnej adaptacji przygód chwackiego badacza, któremu nie straszne były pazury i kły pantery (o czym świadczy epizod zatytułowany „Lodowe słońca”), o pozaziemskim zagrożeniu nawet nie wspominając. Szefem Luca jest doktor Hugo Kala – zawiadujący słynnym laboratorium górskim Eurocristal 1 – natomiast rola żeńskiego, błyskotliwego rodzynka przypadła w udziale dzielnej asystentce o imieniu Lora.

W pierwszym z czterech epizodów wchodzących w skład recenzowanego integrala bohaterski tercet – splotem dramatycznych wydarzeń – wyrusza w podróż do Singapuru, skąd, razem z oddanym przewodnikiem Tobą, udaje się w głąb doliny Sher-Dhang. W tym równie malowniczym, co pełnym niebezpieczeństw zakątku Orient i spółka na własnej skórze przekonują się o prawdziwości legendy o tytułowych „ognistych smokach”, mających onegdaj przynieść na Ziemię „zakazane kamienie”, według niektórych uznawane za fragmenty niezidentyfikowanego, praktycznie niezniszczalnego aerolitu. Jednym z orędowników tej teorii jest dawny uczeń Kali, demoniczny doktor Julius Argos, który zamierza wykorzystać przełomowe odkrycie do własnych zdrożnych celów.

W przywołanych już „Lodowych słońcach” kontynuujemy wędrówkę naukowo-awanturniczym szlakiem, prowadzącym wprost na spotkanie z przedstawicielami pozaziemskiej cywilizacji, ściślej – członkami dawnej ekspedycji, której cel i konsekwencje zostają zreferowane w niniejszym epizodzie. Z kolei „Władca Terango” oraz „Planeta strachu”, rozgrywające się niedługo po wydarzeniach ukazanych w poprzednich odcinkach cyklu, z biglem wprowadzają opowieść na tory rasowej space opery. Wszak w tym fabularnym domknięciu omawianego tomu przenosimy się wraz protagonistami na macierzysty glob Terangijczyków, których reprezentacja (zgadza się, chodzi o znanych już czytelnikowi kosmicznych podróżników) nakłania bohaterów komiksu do udziału w próbie obalenia Sektana, dyktatora zdolnego doprowadzić do bezpardonowej inwazji na Ziemię.

Mimo półwiecza na karku „Luc Orient” (podejmujący między innymi temat podróży w czasie czy eksperymentów genetycznych) wciąż gwarantuje doskonałą rozrywkę w stylu retro, w dodatku z „frankofońskim Flashem Gordonem” w roli głównej. Greg nie ukrywał bowiem swojej fascynacji perypetiami amerykańskiego gwiezdnego herosa stworzonego w 1934 roku przez Alexa Raymonda. Dynamiczne zwroty akcji, pościgi i pojedynki, a do tego szczegółowo dopracowana sceneria wydarzeń (rozgrywających się na błękitnej planecie, jak i daleko poza jej granicami), w której świetnie uchwycona różnorodność flory i fauny idzie w parze z ciekawym designem postaci, kostiumów oraz technologicznych innowacji – scenariusze Grega znajdowały idealne dopełnienie w pracach Eddy’ego Paape, wykorzystujących przyjemną dla oka kolorystykę.

Jak wspomniałem na początku recenzji, dla części czytelników spotkanie z bohaterami tego komiksu będzie okazją do nostalgicznej podróży w przeszłość. W latach osiemdziesiątych na łamach czasopisma „Świat Młodych” ukazywały się bowiem fragmenty „S.O.S. dla planety”, czyli dziewiątego z kolei epizodu dokumentującego barwne przygody Luca i przyjaciół. Teraz, dzięki inicjatywie Taurusa, mamy okazję w pełni (oraz w porządku chronologicznym) zasmakować owego nieco leciwego, a jednak niezmiennie szlachetnego cyklu, będący prawdziwym rarytasem dla wszystkich amatorów komiksowych space oper.
Greg, Eddy Paape: „Luc Orient. Wydanie zbiorcze. Tom 1” („Luc Orient – Intégrale 1”). Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawnictwo Taurus Media. Piaseczno 2017.