Wydanie bieżące

1 października 19 (331) / 2017

Rafał Christ,

BYĆ ARTYSTĄ I NIE ZWARIOWAĆ (PRZEŻYĆ: METODA HOUELLEBECQA)

A A A
Jeśli chodzi o artystów potrafiących poprawić humor, Michel Houellebecq na pewno nie przychodzi na myśl jako pierwszy. Ba, trzeba być naprawdę szalonym, aby w ogóle umieścić go na takiej liście. Pomimo tego „Przeżyć: metoda Houellebecqa” na podstawie jego eseju, zgodnie z zapowiedzią, jest filmem o cierpieniu poprawiającym samopoczucie. Trzech reżyserów, czyli Arno Hagers, Erik Lieshout i Reinier van Brummelen, sięgnęło po twórczość kontrowersyjnego pisarza, aby dać nadzieję „wszystkim, którzy zamierzają się poddać”.

W rzeczonym eseju pod oryginalnym tytułem „Rester vivant”, czyli w wolnym tłumaczeniu „pozostać żywym”, Houellebecq za źródło wszelkiego tworzenia uznaje ból, hołdując mitowi cierpiącego artysty. Według niego jedynym sposobem na uporanie się z brakiem weny jest powrót do prymitywnego poczucia krzywdy. To krótkie dzieło ujrzało światło dzienne w 1991 roku, kiedy autor był pogrążonym w depresji rozwodnikiem. Próbował swoich sił w poezji, a ściany jego mieszkania zdobiły plakaty The Stooges. Tekst wpadł w ręce wokalisty zespołu Iggy’ego Popa. Muzyk odniósł wrażenie, że pisarz mówi właśnie o nim. Tak wyglądał początek podszytej wzajemną fascynacją przyjaźni, stanowiącej punkt wyjścia filmowej opowieści.

Oto Iggy Pop w okularach na pomarszczonej twarzy, na której widać każdą przeżytą przez niego rockową przygodę, rozpoczyna czytanie eseju. To on jest narratorem i ma przeprowadzić widzów przez świat przedstawiony. Muzyk przybliża nam sylwetki kolejnych postaci, zwracając uwagę na łączące je cechy. Są artystami, cierpią i chcą się poddać. Walczą z twórczą niemocą, a od samobójstwa dzieli je zaledwie krok.

Clou całej zabawy nie są jednak poszczególne historie niespełnionych artystów, a starcie dwóch charakterów. Iggy Pop z właściwym sobie temperamentem mierzy się z twórczością Houellebecqa. Słowa pisarza są przyczynkiem do wspominania początków kariery muzyka. Opowiada o sprzedawanych za grosze płytach, biedzie czy koncertach w spelunach. Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, kreuje się on na doświadczonego inteligenta, który swoje wycierpiał, a teraz może uznać, że odniósł sukces. Nie próbuje zrywać z dotychczasowym wizerunkiem, a poprzez pełne ironii wypowiedzi wchodzi w swoją sceniczną rolę, niepasującą do siedzącego na fotelu staruszka w okularach. Rzuca naiwnymi i infantylnymi tekstami, za sprawą zachrypniętego głosu nabierającymi głębi oraz zyskującymi znamiona prawd absolutnych. W występie „ojca chrzestnego punk rocka” widać więcej energii niż w całym dokumencie o The Stooges „Gimme Danger” (J. Jarmusch, 2016).

Na ekranie zobaczymy również samego Houellebecqa, po raz kolejny ukrywającego się pod wyimaginowaną postacią nieprzystającą do jego publicznego wizerunku. Błyskotliwość humoru krótkiego epizodu dorównuje poziomowi „Porwania Michela Houellebecqa” (G. Nicloux, 2014). Pisarz występuje w roli podstarzałego rzeźbiarza, który mieszka w domu swoich dziadków, cierpiąc i tworząc opus magnum. Wyszczekany inteligent uchodzi tu za zamkniętego w sobie, niepotrafiącego nawiązać dialogu artystę.

Spotkanie dwóch panów, chociaż nie wynika bezpośrednio ze sposobu prowadzenia fabuły, sprawia wrażenie nieuchronnego. Jego widmo ciąży na opowieści. Kiedy do niego dojdzie, na wierzch wychodzą różnice w sposobie ich zachowania. Jeden jest ekstrawertyczny, uśmiechnięty, jakby spotkał swojego idola, a drugi introwertyczny, zamknięty w sobie i nieśmiały. Obaj do swojej pozycji doszli jednak tą samą drogą: poprzez cierpienie będące tematem eseju. Zgodnie z nim szczęście jest dla artystów jedynie nieosiągalną mrzonką. Nieważne więc, jaką dziedzinę sztuki pragnie się uprawiać: aby tworzyć, trzeba czuć ból.

Przez cały film zacierana jest granica między rzeczywistością a artystyczną kreacją. Poczucie realności wzmagają paradokumentalna forma i ciągłe zwracanie się narratora czy poszczególnych postaci wprost do kamery. Burzenie czwartej ściany ma na celu sprawić wrażenie podobne do tego, jakie towarzyszyło muzykowi, kiedy czytał „Rester vivant”. Poszczególne epizody nawiązują do uniwersalnego poczucia bycia pokrzywdzonym, mają nam uświadomić, że na jakimś etapie życia przechodziliśmy przez podobne bolączki, jakie dotykają bohaterów.

W filmie zaprezentowano historie postaci wyjętych wprost z tekstu, czyli dziecka z pełnymi pieluchami, którego młoda matka wychodzi na imprezę, czy nastoletniego chłopaka oglądającego ukochaną w ramionach innego. Prezentowane są na przemian z wątkami osób niemających swoich odpowiedników w oryginale. Te ostatnie niestety wypadają blado, stanowiąc najsłabszy element produkcji. Losy zmagających się z depresją Anne Claire, Jérôme’a czy Roberta są mało interesujące, ale pozwalają uwiarygodnić stawiane przez pisarza tezy.

Reżyserzy uciekają od poetyckości, aby przedstawić najważniejsze cechy oryginalnego tekstu. Przetłumaczyli esej na język filmu, chcąc uczynić go jak najbardziej przystępnym nawet dla widzów, którzy nie mieli wcześniej styczności z twórczością pisarza. Ciężar mrocznego i nihilistycznego przekazu niwelują kontrapunkty pod postacią jazzowego tła muzycznego czy subtelnych żartów. W jednej ze scen Iggy Pop użala się nad losem cierpiącego artysty, stojąc obok pięknego Rolls Royce’a. Produkcja nasączona jest ironią, a jej moc oparta została na kontrastach. Z tego powodu nie mamy do czynienia z pseudointelektualnym bełkotem, będącym bolączką ekranizowanej przez samego Houellebecqa „Możliwości wyspy” (2008). Adaptując własny tekst, autor tak bardzo pragnął oddać jego klimat, że jasny na papierze przekaz na ekranie stał się nieczytelny.

Punkt kulminacyjny losów bohaterów ma miejsce na końcu filmu, kiedy w utopijnej wręcz wizji idą ręka w rękę z narratorem rzucającym morałem w twarz publiczności. W ten sposób tercet twórców zdaje się mówić widzom, że w swoich cierpieniach nie są osamotnieni. Podobnie jak pisarz proponują, aby cały ból przemienić w swoją siłę i artystyczne działania. Bo tylko w ten sposób możemy nadać sens złu, jakie nas spotkało. Przyczynkiem do tworzenia może być nawet dawno zapomniana i pozbawiona większego znaczenia krzywda. Nie ma więc co rozpaczać – trzeba zacząć działać.

„Przeżyć: metoda Houellebecqa” pod względem tematycznym jest bardzo spójnym filmem. Arno Hagers, Erik Lieshout i Reinier van Brummelen łączą oryginalne elementy „Rester vivant” z wątkami dopełniającymi, tworząc ekranowy, poetycki zbiór porad dla niespełnionych artystów. Tani dydaktyzm niwelują odpowiednim dystansem do stawianych tez. Dzięki zastosowanym zabiegom podnoszą na duchu „wszystkich, którzy zamierzają się poddać”. Dlatego kiedy słyszymy, jak tuż przed napisami końcowymi Iggy Pop każe nam tworzyć, to nie ma innego wyjścia i trzeba dać wyraz swojemu bólowi. Chociażby lepiąc coś z plasteliny.
„Przeżyć: metoda Houellebecqa” („To Stay Alive: A Method”). Reżyseria: Arno Hagers, Erik Lieshout, Reinier van Brummelen. Scenariusz: Erik Lieshout. Zdjęcia: Reinier van Brummelen. Obsada: Iggy Pop, Michel Houellebecq i in. Produkcja: Holandia 2016, 70 min.