Wydanie bieżące

1 października 19 (331) / 2017

Marek Bochniarz,

TWARZĄ KU ZIEMI. PODBÓJ KOSMOSU W SZTUCE I NAUCE (FESTIWAL PRZEMIANY: CZYJ JEST KOSMOS?)

A A A
„Filmy science fiction są głęboko moralizatorskie. Ich typowe przesłanie stanowi kontrast między właściwym, czyli ludzkim, zastosowaniem osiągnięć naukowych a zastosowaniem wypaczonym, obsesyjnym. (…) Nauka, oceniana bez ambiwalencji, oznacza skuteczną odpowiedź na zagrożenie. Bezinteresowną ciekawość intelektualną rzadko natomiast ujmuje się inaczej niż w karykaturze – jako maniakalną demencję, która odgradza od normalnych relacji międzyludzkich. Podejrzliwość ta jest jednak zwykle skierowana przeciw naukowcowi, a nie jego badaniom. Kreatywny badacz może paść ofiarą własnych odkryć – przypadkowo lub z powodu nadmiernego uporu – lecz sugeruje się nam, że inni ludzie, o mniejszej inwencji twórczej (krótko mówiąc: technicy), potrafiliby wykorzystać to samo odkrycie w sposób lepszy i bezpieczniejszy. Stosunek do naukowca jako intelektualisty oddaje tu głęboko zakorzenioną współczesną nieufność wobec intelektu” (Sontag 2012: 290).

W przedwcześnie wychłodzonej i deszczowej Warszawie końca lata odbył się VII Festiwal Przemiany. Flagowa impreza Centrum Nauki Kopernik łączy współczesną sztukę z popularyzacją nauki. Tegoroczna odsłona stawia pytanie „Czyj jest Kosmos?” – przypominając o jednym z ambitniejszych marzeń ludzkości, które w czasie zimnej wojny nierzadko przyjmowało formę groteskowego wyścigu o podbój przestrzeni pozaziemskich. A jak jest obecnie?

Sprzeczne odpowiedzi wyłaniają się chociażby z filmów krótkometrażowych, które przygotowała nowojorska fundacja Imagine Science Film Festival. Najbliżej tematu podboju kosmosu był blok „Poszukiwania na krańcu świata”. W „Podróżnikach” Santiago Menghini mierzy się z przeszłością – dumną (i z dzisiejszej perspektywy nadmiernie idealistyczną?) ekspedycją sond Voyager. Ten film jest określony jako dokument animowany, co może przynieść niezrozumienie, z czym tak naprawdę mamy do czynienia – bo na pewno nie z obrazem obiektywnym. Misja NASA została przez Menighniego wizualnie zrekonstruowana w oparciu o archiwalia i możliwości animacji komputerowej, również przy wykorzystaniu języka kina, a przez to uległa rekontekstualizacji.



Fot. kadr z filmu „Podróżnicy” (reż. Santiago Menghini)

W ścieżce dźwiękowej „Podróżników” usłyszymy fragmenty muzyki poważnej, którą Amerykanie zebrali i wysłali na sondzie, aby obce cywilizacje mogły jej posłuchać. Obrazy stworzone i zestawione przez Menghiniego z dźwiękami to wyraz zarówno podziwu, jak i żalu za światem, w którym takie czyny wydawały się jak najbardziej racjonalne. Dlatego fragment II Koncertu Brandenburskiego towarzyszący „odpaleniu” Voyagera porusza i jeży włosy na karku. Fragmenty arii Królowej Nocy z „Czarodziejskiego fletu”, towarzyszące momentowi, w którym Voyager doleciał do Jowisza, metaforycznie komentują karkołomne ambicje człowieka. Stare archiwalia z „ery analogowej” z podnieconymi pracownikami NASA osobliwie nie pasują do precyzyjnych animacji kosmosu, który przemierza sonda.

Miłość vs nauka

Trudno o lepsze uzupełnienie „Podróżników” niż pokaz „Hotaru” Williama Laboura. Francuski film to już zupełna fantazja, gdyż dotyczy wysłania Marthy, pogrążonej w wiecznym śnie dziewczynki, w daleką przestrzeń. Francuzka to żywy/martwy pojemnik organiczny – rozwinięcie koncepcji Voyagera z myślą, że mózg człowieka – zawierający olbrzymie ilości wspomnienia – stanie się o wiele lepszym nośnikiem danych – i będą go mogli odczytać obcy. Labour przypomina z jednej strony o okrucieństwie programów kosmicznych (o wszystkich kosmonautach, którzy zginęli w wypadkach, czy o nieszczęsnych zwierzętach wysłane na pewną śmierć przez Rosjan), a z drugiej stawia pytanie o to, czy podbój kosmosu to nie samookłamywanie się, uzewnętrznienie pragnień tak bardzo ludzkich, że niemogących oderwać się od ziemi.

Świat wspomnień Marthy, która jest obdarzona rzadką zdolnością pamięci doskonałej, ulega w miarę upływu dekad zaburzeniom. Dziewczynka – wspominając spotkanie z tytułowym japońskim chłopcem – nadaje mu dodatkowe znaczenia i obciąża pierwiastkiem miłosnym. Uczucie dosłownie niszczy „dane”, którymi została naszpikowana przez naukowców – co zostaje wyrażone za pomocą animacji z błędami pikselów i obrazami, których rozdzielczość stopniowo maleje i które nakładają się na siebie, tworząc absurdalne, surrealistyczne kompozycje.

Labour wykorzystuje niskiej rozdzielczości grafiki, aby ukazać za ich pomocą ograniczone możliwości naszej pamięci, w której – składując wspomnienia – tworzymy uproszczone obrazy oddające w ograniczonym stopniu to, co zarejestrowaliśmy (wybiórczo) z otaczającej nas rzeczywistości. Być może jest to w „Hotaru” o wiele bardziej interesujące niż sam aspekt podróży kosmicznej (zresztą Martha tak naprawdę nie widzi niczego, bo pogrążona jest w czymś w rodzaju snu). Cóż – podobnie jak wiele innych projektów zaprezentowanych na festiwalu – film Laboura uświadamia, że stawiając pytanie „czyj jest Kosmos?”, tak naprawdę moglibyśmy dopytać: „do kogo należy wyobrażenie o tym, jak wyglądać ma Kosmos?”.

Jaki piękny koniec świata!

W „Czerni” Tomasz Popakul sięga z kolei po konwencję kina postapokaliptycznego, aby ukazać samą absurdalność idei kosmicznych podbojów, skonfrontowanej z ofensywną rzeczywistością geopolityczną, uniemożliwiającą podróże poza Ziemię. W fabule przyjmujemy perspektywę swoistej bańki mydlanej, która oddziela bohaterów od reszty świata. W międzynarodowej stacji kosmicznej dwójka japońskich astronautów – ona i on – obserwują z „boskiej” perspektywy nuklearną zagładę, uwięzieni w metalowej konstrukcji, której celem miało być rozszerzenie świata (nie tylko fizyczne – także tyczące się wiedzy). Ona zajęta jest prowadzeniem płonnego w kontekście wydarzeń ziemskich eksperymentu związanego z rozmnażaniem jaszczurek w stanie nieważkości. On jedynie rejestruje obrazy katastrofy – odnotowując rozszerzanie pola tytułowej czerni, w której pogrąża się ziemski glob pod ich stopami.



Fot. kadr z filmu „Czerń” (reż. Tomasz Popakul)

Popakul – co dla niego charakterystyczne – sięga po wieloznaczność symboliki chrześcijańskiej (ona i on są niczym Adam i Ewa, jaja jaszczurek symbolizują nowe życie, a stacja kosmiczna jest rodzajem Edenu?), tyle że obarcza te metafory pewnym szyderstwem, związanym z brakiem możliwości dalszego rozwoju. Kosmonauci nie staną się przecież zalążkiem nowej ludzkości, a ograniczone możliwości stacji uniemożliwiają im opuszczenie orbity i podróż w kierunku nowych światów. Młode jaszczurki rodzą się w finale jakby na próżno i bezcelowo – jako puenta jednego z wielu eksperymentów, które ludzie przeprowadzają w celu zbadania nowych obszarów, ignorując zarazem problemy związane z otaczającą ich „doczesnością”. „Czerń” niechcący staje się przez to moralną opowiastką – przypominając swą naturą biblijne przypowieści (tyle że brak w niej zupełnie aspektu boskiego).

Podróże wyobrażone

Pierwszego dnia festiwalu w Planetarium Niebo Kopernika odbył się pokaz animacji sferycznych – prac studentów Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych, stworzonych pod opieką Olgi Wroniewicz. Wyjątkowość technologiczna polegała na projekcji obrazu w kopule, która – jeśli wykorzystamy jej możliwości i skalę – oferuje publiczności o wiele więcej niż typowy, prostokątny obraz kinowy. Podczas projekcji „Spheredom” obszar zajmowany przez „wideo” jest też o wiele bardziej naturalny dla człowieka, co pozwala twórcom na lepsze wykorzystanie efektów związanych ze złudzeniami optycznymi. Sferyczność ludzkiego widzenia – przeniesiona na sferyczność projekcji – sprawiła, że pozornie proste zabiegi wizualne nabrały w „Spheredom” większej mocy. Zwłaszcza że seansowi towarzyszył też dodatkowy zabieg w postaci dymu, który – kawałkując i stopniując odległość części obrazu od widowni – dostarczał dodatkowych efektów 3D.

„Spheredom” to jakby ziszczenie marzeń Oskara Fischingera, bo studenci – podobnie jak ten wybitny reżyser filmów animowanych – korzystają z prostych efektów graficznych opartych na efekcie immersyjności obrazu. Zbiorowy projekt przypomina też o tym, że animacje, grafiki towarzyszą nam na co dzień – a przez to stają się dla nas często przezroczyste – bo liczą się komunikaty, a nie forma przekazu. W tym przypadku projekcja dawała możliwości zbliżone do okularów VR – a więc zaspokajała potrzebę przenoszenia się w inne światy.



Fot. pokaz animacji „Mezofaza”, Olga Wroniewicz

„Czyj jest Kosmos?”. Przez chwilę należał też do Niny Mikulskiej, która w imponującej pracy dyplomowej „Mezofaza” spróbowała – jak w mikroskopie – odwrócić perspektywę widzenia. Jak czytamy w jej objaśnieniu: „Mezofaza to stan przejściowy między ciekłym a stałym stanem skupienia. W mojej pracy chciałam, na zasadzie kontrastu, zestawić makroprojekcje z mikroświatem – światem, którego nie widać, a który zobaczony pod dużym powiększeniem ukazuje nam swoje piękno. Inspiracje do pracy zaczerpnęłam z dziedzin ścisłych takich jak biologia, chemia czy fizyka, co wynika z moich zainteresowań. W tej animacji przede wszystkim chcę żeby widzowie poczuli, że zanurzają się w nowy nieznany wymiar”.

W kopule był też wyświetlony – niestety w tradycyjnym prostokącie – mockumentalny projekt Jasmina Blasco „The First Human Born in Space” złożony z ośmiu etiud. Reżyser w wyrafinowany sposób korzysta z formy wideo, rozwijając akcję od dnia (tak jakby) obecnego ku futurystycznej przyszłości – która futurystyczna tak naprawdę nie jest. Za punkt wyjścia służą mu śmieszne i często bardzo trywialne kulisy z życia kosmonautów na stacji kosmicznej (dotyczące na przykład kwestii posiłków czy konfliktów wywołanych ksenofobią) znane z różnych materiałów dokumentalnych. Kiepska jakość i przypadkowość kadrów, w które zawsze wchodzi „nieestetyczna” aparatura stacji, zostają wykorzystane w taki sposób, że kolejne etiudy-epizody sprawiają wrażenie jak najbardziej realnych i rzeczywistych – choć rozgrywają się w takich lokacjach jak kolonia na Marsie. Blasco rezygnuje z pompatycznej narracji o podboju kosmosu znanej z kina science fiction na rzecz codzienności i banalności ludzkich doświadczeń. „Niesamowite” miejsca tak naprawdę niczego nie zmieniają – mieszkając na Marsie bohater jest sfrustrowany na przykład tym, że sąsiedzi w kubiku na górze organizują hałaśliwe i uciążliwe imprezy.

Po co człowiek w Kosmosie?

Na tym tle tym bardziej może dezorientować pompatyczny ton filmu Annelie Boros i Very Brückner „Coraz bliżej Marsa”, który był prezentowany na pokazach przygotowanych przez Imagine Science Film Festival. Bohaterami są ochotnicy, którzy zgłosili się do udziału w misji Mars One – kolonizacyjnej podróży na Czerwoną Planetę w jedną stronę. Przed kamerą wypowiadają się ci, którzy przeszli już kilka etapów selekcji spośród ponad 200 tysięcy zgłoszeń. Dzieląc się swoimi refleksjami, sięgają po wiele górnolotnych sformułowań. Jeden z ochotników informuje widzów, że nawet jeśli misja się nie uda i jej uczestnicy umrą w drodze na Marsa – niech to nie przerwie eksploracji kosmosu, niech ich ofiara nie pójdzie na marne [sic!]. „Pogodziliśmy się z tym, że nie wrócimy. Jesteśmy prawdziwymi pionierami. Pierwszymi ludźmi na innej planecie. Teraz jesteśmy międzyplanetarni” – słysząc to, trudno jednak nie poczuć „ważkiej chwili”, którą projektują na przyszłość poważni uczestnicy selekcji do Mars One. Boros i Brückner – podobnie, jak Santiago Menghini w „Podróżnikach” – odwołują się do trochę marzycielskiej i idealistycznej natury człowieka. „Coraz bliżej Marsa” – zamiast jednak prezentować „niesamowite” widoki obcej planety – atakuje nas pięknymi zdjęciami Ziemi.

Czy warto wyruszać w tak niebezpieczną podróż, aby trafić na brzydkiego i nieprzychylnego człowiekowi Marsa? Te i inne pytania powstają podczas seansu niepokojącego filmu, w którym brakuje odpowiedzi na to, po co „podbijać Kosmos”. Warto w tym miejscu wspomnieć Macieja Drygasa, który w dokumencie „Stan nieważkości” (1994) zebrał różne materiały archiwalne z radzieckiego programu kosmicznego i posadził przed kamerą jego uczestników. „Nie rozwiązaliśmy najważniejszego problemu. Uporaliśmy się z techniką – jak latać w kosmos, jak tam pracować, jak stamtąd wracać. Ale nie znaleźliśmy konkretnego celu, który uzasadniałby działalność człowieka na orbicie w warunkach nieważności. Być może sprawią to dalsze działania naukowe, eksperymenty. Ale na razie nie ma sensownego uzasadnienia dla działalności człowieka w kosmosie – i jest to moją osobistą porażką” – mówi w finale Konstantin Fieoktistow, rosyjski konstruktor rakiet i inżynier pokładowy.



Fot. Festiwal Przemiany, Wojciech Surdziel/wosu.pl

Poza koncertami muzycznymi, którym towarzyszyły też wizualizacje, podczas Festiwal Przemiany można było zwiedzać w Centrum Nauki Kopernik wystawę „Powrót na Księżyc”. Jak czytamy w słowie wstępu o ekspozycji autorstwa Rafała Kosewskiego, zamieszczonym w katalogu festiwalu: „Tytułowy powrót należy rozumieć dwojako. Plany budowy stałej stacji badawczej na Księżycu, umieszczone w centralnym punkcie wystawy, to zarazem symboliczny akt humanizacji Kosmosu – przestrzeni dla rozwoju naszej wiedzy i wrażliwości. Dlatego wracając na Srebrny Glob wracamy jednocześnie do marzeń o sprawiedliwszym i bardziej demokratycznym społeczeństwie. Wystawa czerpie zarówno z doświadczeń nauki, jak i sztuki, nie dzieląc jej twórców według zastałych kategorii. Zgodnie z myślą Rogera Maliny, astronoma i wieloletniego promotora projektów typu art&science, przyszłość należy do Nowych Leonardów – innowatorów, łączących w sobie doświadczenie różnych dziedzin. Być może to właśnie Księżyc stanie się ich domem” (Kosewski 2017: 65).

LITERATURA:

Sontag. S.: „Katastrofa w wyobrażeniu”. W: „Przeciw interpretacji i inne eseje”. Tłum. M. Pasicka, A. Skucińska, D. Żukowski. Kraków 2012.

Kosewski R.: „Powrót na Księżyc”. W: „Czyj jest Kosmos?” (katalog). Warszawa 2017.
Festiwal Przemiany, Warszawa, 14-17.09.2017