Wydanie bieżące

1 października 19 (331) / 2017

Zuzanna Sala,

ŚMIESZNOŚĆ, KTÓREJ SIĘ NIE WSTYDZĘ (MARCIN WICHA: 'RZECZY, KTÓRYCH NIE WYRZUCIŁEM')

A A A
Tuż po lekturze „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” cisnęły mi się na usta złośliwe komentarze. Przepis na książkę, która na pewno się sprzeda – ironizowałam w głowie – to pisać o rzeczach i o transformacji. Jeśli chcesz porwać humanistę aspirującego do bycia na czasie – pisz o ludziach za pomocą przedmiotów. Wyciągaj wnioski z konsumpcji. Jeśli w dodatku okrasisz to wszystko nostalgią właściwą dla narracji o PRL-u, czy – a może zwłaszcza? – latach dziewięćdziesiątych – sukces murowany. Kiedy jednak zastanowiłam się nad tym dłużej, zrozumiałam, dlaczego jestem taka okrutna wobec tej książki, co sprawia, że tak bardzo nie chcę przyznać racji jej wcześniejszym recenzentom piszącym, że to „książka o kontroli nad słowami, którą umieranie zabiera” (Justyna Sobolewska), czy też „znakomita, przejmująca książka o tym, że po wszystkim nie zostaje nazbyt wiele” (Łukasz Najder). Nie chciałam oddać autorowi sprawiedliwości, bo za bardzo osobiście mnie dotknął okrutną uniwersalnością przedstawienia. I nie mam tu na myśli wcale przedstawienia śmierci.

Najnowsza książka Marcina Wichy opowiada nie tylko o odchodzeniu, ale także o pozbawionej instagramowych filtrów codzienności. Oko autora jest precyzyjne jak żyletka – wychwytuje śmieszność, którą przesiąknięta jest rzeczywistość ludzi stale aspirujących do awansu społecznego, stale żyjących poniżej własnych wyobrażeń o tym, jak powinno wyglądać życie. To rzeczywistość trochę jak z powieści „Rzeczy” Georgesa Pereca, pozbawiona jednak oceniającego i spłaszczającego postaci oka narratora. W debiucie mistrza francuskojęzycznej prozy właściwa treść wybrzmiewa jakby poza bohaterami – nie mają oni na nią żadnego wpływu. Są oceniani jako młodzi ludzie pozbawieni wartości, których jedynym motorem do działania jest potrzeba konsumpcji.

Marcin Wicha jest natomiast zanurzony we wszystkim, co opisuje. I to właśnie dzięki temu, że perspektywa zostaje przeniesiona z zewnętrznego, oceniającego narratora na związanego emocjonalnie z wydarzeniami uczestnika tychże wydarzeń, sprawia, że czytelnik ma możliwość szczerze, bez wyrzutów sumienia, utożsamić się z bohaterami opisywanymi w książce. Książka Wichy pielęgnuje bowiem małe, polskie kompleksy, które dodawane jeden do drugiego – jak małe kamyczki zbierane przez książkowego ojca i umieszczane w doniczkach domowych roślin – zaczynają tworzyć trudną do przesiąknięcia skorupę umniejszonej tożsamości. Jest ich wiele i pojawiają się jakby między wierszami, niezauważalnie. Tam, gdzie mowa o różnicy między salonem a dużym pokojem, o księgozbiorze i o książkach na półce. Tam, gdzie świat „Emmy” Jane Austin zderza się ze światem pełnym ekonomicznych niepewności. Tam, gdzie należy wybrać między podróżowaniem i oglądaniem świata, a czytaniem i zdobywaniem wiedzy o świecie, bo ze względów finansowych nie można mieć jednego i drugiego na raz. Tam, gdzie pieniądze ostatecznie wydaje się na książki, ale ponieważ nie tworzą one księgozbioru w salonie, tylko półkę z książkami w dużym pokoju – ostatecznie zostaną ochrzczone makulaturą.

Przewrotnie okrutna jasność przedstawienia i ciągłe balansowanie na granicy autoironii – to podstawowe zabiegi Wichy. Dzięki nim „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” są nie tyle opowieścią o pogodzeniu się ze śmiercią bliskiej osoby czy sentymentalną próbą odczytania wspomnień z pamiątek i zapisania ich w formie intymnej relacji, co raczej trudnym do zaakceptowania opisem zwyczajności śmierci. Tego, że nawet przedmioty nie zostają po zmarłym naprawdę – bo dla żywych są już bezwartościowe.

Marcin Wicha stale balansuje między chłodem i czułością. Narrator opisuje swoją matkę z miłością, lecz jednocześnie skupia się na jej śmiesznawych przyzwyczajeniach, niezrozumiałych rytuałach i fizjologii odchodzenia. To niejednoznaczna relacja i niejednolite stoją za nią afekty, co znajduje świetne odzwierciedlenie w językowej realizacji.

Nie można też nie wspomnieć o kompozycji „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Książka została podzielona na trzy części: „Kuchnia mojej matki”, „Słownik” oraz „Śmiech w odpowiednich momentach”. Pierwsza składa się z krótkich rozdziałów zatytułowanych zazwyczaj jak nazwy rzeczy („Kamienie”, „Makulatura”, „Okładki” itd.), które stanowią pretekst do opowiedzenia jakiejś rodzinnej historii. Druga część książki zaczyna się w momencie, w którym nie potrzeba już konkretnych rzeczy, aby snuć opowieść – staje się ona bardziej abstrakcyjna. W „Słowniku” przeczytać już można nie tylko lekkie anegdotki opisane z humorem i polotem, ale także rozważania nad rodzinną tożsamością. Ostatnia, trzecia część książki, podobnie jak dwie pozostałe, składa się z krótkich rozdziałów, które tym razem jednak pozbawione są tytułów. Zupełnie jakby trudno było zsyntetyzować ich treść do jednego lub kilku słów, jakby nie dało się utrzymać władzy nad pojęciami, a zatem – pozostawało przy milczeniu. To zresztą staje się poetologicznym wyznacznikiem „Śmiechu w odpowiednich momentach”. Edytorskie światło i szerokie marginesy można zauważyć na przestrzeni całej książki, ale dopiero w trzeciej części, gdzie rozdziały stają się coraz krótsze, a ich nagłówków nie zdobi żaden tytuł, rzuca się w oczy, jak białe i puste bywają strony tej publikacji. Nic dziwnego – ta część jest bowiem opisem śmierci matki narratora. Opisem naturalistycznym i bolesnym, nie pomijającym okropniej infantylizacji umierającej staruszki, której karmienie czy zmienianie pampersów przypada obcej osobie, wynajętej Ukraińce.

Nie mam wątpliwości, że nad książką Marcina Wichy nie da się przejść obojętnie. Wiem również, że to jedna z najlepszych książek o nieznośności i czułości codziennego życia, jakie kiedykolwiek czytałam. Balans między doświadczeniem a metaliterackością, między chęcią odcięcia się a potrzebą bliskości, czy też wreszcie – między życiem a śmiercią, to coś, co sprawia, że jest to niebywale sprawnie i prawdziwie poprowadzona opowieść.
Marcin Wicha: „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. Wydawnictwo Karakter. Kraków 2017.