Wydanie bieżące

1 października 19 (331) / 2017

Zofia Bałdyga,

Z WIZYTĄ U SĄSIADEK (PRZYPISY TŁUMACZKI)

A A A
Uważam, że żeńskie pisanie nie istnieje, a kiedy słyszę zwrot liryka dziewczyńska, demonstracyjnie opuszczam salę obrad. Nie wierzę w poezję kobiecą, ale bardzo chcę promować poezję kobiet, co zresztą już od kilku lat staram się robić na miarę swoich kompetencji i możliwości.

Samo tłumaczenie młodych, dobrych, świeżych czeskich wierszy, niezależnie od tego, kto jest ich autorem, wydaje mi się niezwykle istotne, bo wierzę we wspólnoty regionalne i czwórkę wyszehradzką.

W regionie, w którym kwitnąłby dialog pomiędzy sąsiadami, wszystkim żyłoby się lepiej. Tym bardziej że ze względu na bliskość kulturową oraz tradycje bohemistyczne i polonistyczne w obu krajach nie musimy się sobie przedstawiać, wystarczy tylko, że będziemy podtrzymywać rozmowę, wymieniać się spostrzeżeniami i tłumaczyć teksty. Nie po pięćdziesięciu latach. Nie czekajmy na to, kiedy będą mieć pozłacane miejsce w kanonie. To trzeba robić dziś, teraz. Im więcej, tym lepiej.

W 2013 roku wzięłam udział w pracach nad antologią „Portret kobiecy w odwróconej perspektywie. 12 poetek z Czech, Słowenii i Ukrainy”, która stanowi próbę prezentacji poetek z różnych obszarów Słowiańszczyzny na polskim gruncie. Od tamtej pory temat pogrywa mi w głowie jako swego rodzaju leitmotiv.

Od wspomnianego lata 2013 roku sporo się zmieniło. Na przykład w kraju południowych sąsiadek ukazało się kilka bardzo dobrych debiutów napisanych właśnie przez młode autorki: Zuzana Lazarová, Marie Iljašenko, Alžbeta Stancaková, Olga Stehliková, Alžbeta Michalová, Marie Feryna, Nátalie Hajková-Paterová, Kristina Láníková czy (dosłownie przed chwilą) Jana Orlová. Niedługo powinien się ukazać także debiut Anny Prstkovej, na który czekam z nerwową niecierpliwością.

Nastąpiło coś w rodzaju drobnej klęski urodzaju, co oczywiście sprawia mi ogromną radość translatorską i czytelniczą. Rzecz jasna, nie samymi debiutami człowiek żyje. Muszę więc wspomnieć m.in. o tym, że trzeci tomik Jitki N. Srbovej „Les” („Las”) był dla mnie (i wielu krytyczek&krytyków) największym poetyckim wydarzeniem ubiegłego roku w Czechach, choć z niejasnych dla mnie względów pominięto ten zbiór przy nominacjach do prestiżowej nagrody Magnesia Litera, odpowiednika polskiej nagrody Nike. No cóż, nagrody i rynek nie decydują o poezji. Poezja powinna decydować sama o sobie.

Tyle tylko, że nie zawsze tak jest. I tutaj trzeba wrócić do mojego uporu, jeśli chodzi o prezentacje autorek urodzonych w latach 70., 80. i 90. Pojęcie poezja kobieca (czy ženská lyrika) jest w Czechach traktowane z przymrużeniem oka i wzruszeniem ramion. Jego konotacje są chyba jeszcze bardziej karykaturalne niż w Polsce (tak, to jest możliwe).

Ostatnią rzeczą, której chcę, jest pozwolenie na przyklejanie moim autorkom krzywdzących nalepek, od które one same się odżegnują. Dlatego mówię o poezji kobiet (pisanej przez kobiety), a nie o pisaniu kobiecym (łączonym z określonymi tematami, formami, patosem, sentymentem, odami do różowych bobasków oraz prywatną, pierwszoosobową liryką miłosną utrzymaną w odpowiednio egzaltowanej konwencji). Wiersze, które przedstawiam w niniejszej prezentacji, którą oddaję w ręce czytelników z ogromną dumą i radością, to (moim zdaniem) liryka no label.

Wiem, że spytacie, dlaczego w takim razie prezentuję autorki w czystej, sterylnej, dla nich tylko przygotowanej przestrzeni. Poezja no logo nie powinna przecież potrzebować rezerwatu. I byłaby to najwyższa prawda, gdyby nie to, że funkcjonowanie literatury regulują normy pozaliterackie, relacje międzyludzkie i, niestety, stereotypy związane z płcią czy relacjami.

Mówiąc bardzo krótko, bardzo dokładnie pamiętam, jak się czułam, kiedy debiutowałam w warszawskim i polskim życiu literackim, mając lat osiemnaście. Wiem, jak się czuję teraz, kiedy udzielam wywiadów, w których rozmaici utytułowani krytycy i publicyści przepytują mnie jako „młodą i piękną” autorkę i tłumaczkę. Wszyscy wiemy, jak wyglądają statystyki, jeśli chodzi o udział kobiet w festiwalach i imprezach literackich, ich reprezentacjach w antologiach, pismach. Jestem pewna, że są w Polsce centra kultury i ośrodki badawcze, które byłyby w stanie zorganizować i przeprowadzić cykl debat o poezji kobiecej, rzecz jasna wyłącznie z udziałem panelistów płci męskiej. Autorki są traktowane przedmiotowo, upupiane, seksualizowane.

Ta sterylna przestrzeń, w której umieszczam grupę autorek, jest (ma być? aspiruje do bycia?) środkiem, za pomocą którego gołą dłonią można przebić szklany sufitu, który mamy nad głowami nie tylko w życiu codziennym, ale również literackim, gdzie w moim odczuciu jest on bardzo skondensowany, solidny, niełatwy do skruszenia. Nic jednak nie zwalnia nas z tego obowiązku.

Jako tłumaczka młodej poezji czeskiej czuję się podwójnie zobligowana do tego rodzaju chałupniczej partyzantki. U sąsiadek jest bowiem dokładnie tak samo. Bezpieczna przestrzeń jest rozwiązaniem tymczasowym. Wyjdziemy z niej, kiedy nie będziemy już gatunkiem zagrożonym, kiedy będziemy mogły odetchnąć. A teraz – złotą jesienią 2017 roku – poezja pisana przez kobiety w krajach Czwórki Wyszehradzkiej powinna być uznana za lirykę mniejszościową.

Jestem więc samozwańczą tłumaczką mniejszości kobiecej z obszaru Słowiańszczyzny Zachodniej. Myślę, że zostało to już dostatecznie wyjaśnione. Teraz możemy z czystym (czystszym) sumieniem przejść do omówienia samych wierszy, które możecie przeczytać w „artpapierze”.

Nawet jeśli w wierszach autorek średniego, młodego i najmłodszego pokolenia pojawia się pewna wspólnota tematów i motywów,czy nawet podobieństwa w sposobie używania języka, nie zgadzam się na definiowanie poezji kobiecej jako zależnej od większościowej, męskiej. Nikt nie doszukuje się rysów wspólnych w pisaniu męskim. Nie róbmy więc tego kobietom.

Starałam się postawić na różnorodność. Liczba autorek przedstawionych w prezentacji jest przypadkowa i wynika w dużej mierze z czasu przestrzeni, jakie były nam przy tej okazji dane. Starałam się tylko o zachowanie równowagi wiekowej przy jednoczesnym wielogłosie stylistycznym. Czytając, należy ją traktować jako pierwszy odcinek serii, która będzie się ukazywać w różnych momentach na różnych platformach. Moja praca na pewno się w tym momencie nie skończy, mam też cichą nadzieję, że dołączą do mnie inne tłumaczki i inni tłumacze.

Wybrałam mistyczną, tajemniczą, zanurzoną w kanonie i archetypach Zuzanę Lazarovą obok prowokacyjnej, pełnej protestu i niezgodny na współczesną rzeczywistość liryki Alžběty Stancakovej i intymnych utworów Alžběty Michalovej budowanych wokół doświadczenia przemocy, trudnego dzieciństwa, świadomego rodzicielstwa, bólu, zazdrości, niewypełnionej pustki po ojcu i niezrośniętej blizny po matce. Całkowicie osobnym głosem jest tutaj Jitka Srbová ze swoim kameralnym, biopoetyckim projektem, w którym pierwsze skrzypce gra szumiący las. Jeszcze inna jest Kristina Láníková, której abstrakcyjne obrazy pełne są bardzo osobistych emocji, mają charakter prywatny, a czytelnik może w nie wejść tylko do pewnego stopnia. Jeśli zaś chodzi o wybór wierszy Olgi Stehlíkovej, z premedytacją sięgnęłam po teksty opowiadające o macierzyństwie, rodzinie, starzeniu się, wiersze, które biorą pod mikroskop świat rodzinnych tabu oraz ilustrują ogromne problemy społeczne ujęte w mikroskali, na podstawie jednej, dosadnie i barwnie opowiedzianej historii (np. w wierszu „olga” podejmującym problem starzenia się społeczeństwa, samotności osób starszych, pokoleniowych rozłamów wewnątrz rodzin, pewnego rodzaju nieprzystawalności osób do narzuconych układów). O podobnej potrzebie z innej strony opowiada indywidualistyczna poezja Simony Rackovej, w której przewijającym się motywem jest podróż i niemal obsesyjne pragnienie wolności przebijające się przez uporządkowaną codzienność.

Mimo tej odmienności pewne tematy powracają. Najwyraźniejszym chyba wspólnym mianownikiem (choć nie jest on obecny u wszystkich przedstawianych twórczyń), jest relacja matka–córka (dziecko)–siostra. Autorki z różnych pobudek, różnymi językami, używając odmiennych obrazów, analizują i dekonstruują domową wspólnotę kobiecą. Wspomniany motyw jest obecny w młodej poezji czeskiej dużo mocniej niż u polskich sąsiadek. Nie jestem pewna dlaczego, choć mam pewne podejrzenia.

Śmiem twierdzić, iż nie chodzi tutaj wyłącznie o silniejszą potrzebę dokumentowania typowo kobiecych doświadczeń, świadomego barykadowania się w rozpoznanej bezpiecznej przestrzeni domu. Rodzina nuklearna, związki z jej członkami, szczególnie z osobami tej samej płci, skupiają w sobie tabu i problemy trzęsące fundamentami całego społeczeństwa w rzeczywistości post-transformacyjnej. Te wiersze, na pierwszy rzut oka intymne i właśnie „kobiece”, powinny być czytane jako społecznie wrażliwe wypowiedzi pokoleniowe.

Wybrany przez mnie zestaw nie jest reprezentatywną próbką czeskiej poezji kobiet, jest czymś więcej. To po prostu wybór z czeskiej poezji najnowszej, moja osobista lista przebojów, na którą zaprosiłam niektóre ze swoich ulubionych autorek. Nie ogranicza się on do żadnego sterylnego rezerwatu, nie jest też niszowy, jeśli nie zmuszamy się do tego, by go tak postrzegać.

Ze względu na obecną sytuację na scenie literackiej w obu krajach należy się spodziewać ciągów dalszych.
Część przekładów powstała w ramach Wyszehradzkiej Rezydencji Literackiej w Pradze, finansowanej przez Fundusz Wyszehradzki.

Fot. Nareg Tokatlian