Wydanie bieżące

1 października 19 (331) / 2017

Zofia Bałdyga, Olga Stehlíková,

WIERSZE

A A A
olga

trzydzieści pięć tysięcy czterdziesty drugi dzień życia

olga długo wstaje

ostrożnie przykłada staw do stawu



oddycha



szwedki po czesku oparte o zatłuszczony zagłówek

oddaje im pełną wagę dziewięćdziesięciu sześciu lat

zastąpione ciało

endoproteza biodra

te na serce, to na oddychanie, tamto na trawienie

leki na śmierć

totalną namiastką w środowym urzędzie zaskoczy

dziewczęcym ruchem przesuwane po drabince nosa okulary

najnowszy odcinek emerytury aż na górze w szafie

feuchtwanger odpoczywa na szafce nocnej



nie pytają, o czym myślę

krzyczą na mnie o drobnostki

odpowiadam spokojnie

jestem taka zmęczona

der briefordner

die drahtheftmachine

myślę o swojej portmonetce

czy tam jeszcze jest

ale gdzie?

to ich poczucie, że się ucieszę, jak dzieci mi coś zaśpiewają

w której klasie jest ta prawnuczka

niech no sobie przypomnę

ta, której zdjęcie postawili mi kiedyś na komodzie, gdzie zawadza

czyje to oczy františku?



brakuje jeszcze jedzenia

          wykreślanek

                  supermarketu z osobą towarzyszącą

pozostać damą za wszelką cenę

mówi torebunia

pójdę głosować

szeleszczą chusteczki do nosa wciśnięte w rękawy koszuli

po małżonku

milczy

ogromne, ogromne pieluchy

         františek

na balkonie popielniczka z kiepami z lat siedemdziesiątych



codziennie popołudniu

– odziana w brązowy sos o zapachu menażki –

podejrzanie dzwoni pomoc charytatywna

znowu ryż



środa, dzień kąpieli

już nie będę się wstydzić

przed tym trzydziestolatkiem

ten straszliwy wysiłek

za ich czas dla staruszki

kto mówi że jeszcze chcę tu być

františku



popołudniu drobny sen

sen

wieczorem znowu sen

w nocy leki na sen

sen

fanuszku



jeździmy do niej w weekendy

wypełniamy starą przestrzeń

zmarła jej sześćdziesięcioletnia córka

jesteśmy głośni



życie było puste

(typowy I)

zawsze je chciała

ze strachu przed tym, że mogłaby ich nie chcieć

chciała za mocno



życie bez dzieci było puste

dużo spała

jadła regularnie

jeździła na piękne wycieczki

chodziła na uczelnię i do pracy

miała trochę zainteresowań

urządzili sobie mieszkanko

nagle wszędzie się wyroiły:

na ulicy, w metrze, w shopie

okrągłe, zadowolone brzuszki

napisała wiele życiorysów

zamężna, bezdzietna – jakby sama siebie widziała

nie miała już zbyt wiele czasu

ślub mieli ładny

pas do pończoch schowała dla córki

dwie kreski to o tyle więcej niż jedna

korespondowała z innymi mamami

które nie mogły nimi zostać

czekaczka82: znów nic

starajątko pardubice: doczekasz się, musisz tym

spermijkom pomóc

teraz ma córkę

życie jest puste

córa jest piękna

te nóżynki...

strasznie się naspacerowała z wózkiem

wysypywała z bucików piasek

czasami myślała o wycieczkach

kiedy córka szła do przedszkola

poszła na pół etatu

żeby tak zupełnie nie wypaść z obiegu

później mieli jeszcze honzíka



dorosną

sroka pod brzozą jest jak panda na szachownicy

jak gazeta na przejściu

tak strasznie zbyteczna

jeszcze parę lat i będziesz je prosić, żeby

trochę pokrzyczały w domu

na razie trzymasz je w kochającym zaciszu

do którego nie dochodzą te ohydne dźwięki

na które jeszcze reagują

skwapliwie przykrywasz odepchnięte myśli

nie osuwaj się pod ławę możliwości

na cmentarzach jest pełno bohaterów

lepsza już nie będziesz, ale jeszcze wciąż masz niewątpliwą rację

z przyjaciółmi wymieniasz uśmiechy pełne współczucia, choć bez zrozumienia

mimo że oczy wciąż mają takie same

ta uległość i sugestywność czasu

na przykład to, kiedy powinny zakwitać grządki

a pies lśnić sierścią z trawnika jak grzybolbrzym

czas na gorący pamiątkowy kubek

docenisz drzewa, ptaki, niebo

choć tam w górze zygzakiem haftuje nietoperz



***

jakie nadzieje muszą żywić sukienki wiszące w twojej szafie

staram się chłonąć ich tajemniczy zapach

w tych oto drzwiach zderzają się o poranku twoi synkowie

delikatne, jeszcze nieuczesane głowy

odsypiasz nocną zmianę

niemal je czuję, brzemię twojego ciała

szukają torby na wf

tymczasem z kuchni czyjąś delikatną reką

układają się plasterki sera



tutaj jesteś?

w kapciach pod łóżkiem, tych z odciskami palców

w wydechu piżamy przerzuconej przez oparcie krzesła

w wąsach strząśniętych nad umywalką

wśród bieliźnianych kół

które uprała powiesiła zdjęła uprasowała złożyła

twoja żona twoja córka twoja matka albo ja



Publikowane wiersze pochodzą z tomiku „Tygodnie” („Týdny”).
Przełożyła Zofia Bałdyga

Fot. Ladislav Zedník