Wydanie bieżące

1 października 19 (331) / 2017

Marek Bochniarz,

WIELKIE MAŁE KINO: MARCIN BORTKIEWICZ PERTRAKTUJE Z HISTORIĄ ('NOC WALPURGI' - PREMIERA DVD)

A A A
„Kto cię nasłał? Jesteś jakimś neofaszystą, może antysemitą? Przyszedłeś tu jak szpieg ze swoim czystym antysemickim polskim akcentem i wydaje ci się, że podwiniesz mi kieckę, zerżniesz bo uwielbiam chłopców takich jak ty – niemieckich nordyków o długich fallusach. Że będziesz mnie bił, spuszczał się na twarz, pokazywał ile taki byczek czystej krwi potrafi. Jesteście zgrupowaniem, macie bandę aryjską?” – mówi do młodego Roberta diwa operowa („Noc Walpurgi”).

W „Nocy Walpurgi” – pełnometrażowym debiucie Marcina Bortkiewicza – skupiają się jak w soczewce motywy znane z jego poprzednich filmów. Zamiłowanie do (nie zawsze oczywistych) kinofilskich cytatów i żartów, a także podwajania obrazów fotograficznych i filmowych, zderzanie osobistej przeszłości z wielką historią, przeciwstawienie sobie bohaterów z różnych światów, położenie nacisku na pracę z aktorami czy wreszcie dobrze rozumiana teatralność sprawiają, że to dzieło, który podejmuje temat Holokaustu w sposób bardziej absorbujący i oryginalny niż większość polskich filmów.

gadające głowy



Kadr z filmu „Cisza. Ćwiczenie szóste” (operator Radosław Ładczuk)

U Bortkiewicza uwagę zwraca dobra współpraca z aktorem oraz nacisk na sposób pokazania go w filmie. Widać to już w szkolnej etiudzie dokumentalnej „Cisza. Ćwiczenie szóste” (2003), w której reżyser wraz z operatorem Bartoszem Ciesielskim wyłapują miny i gesty żałobników – z jednej strony zasłuchanych w muzykę (graną na cmentarzu na żywo), a z drugiej pogrążonych w myślach i wspomnieniach. Nie jesteśmy jednak zdegustowani atakiem sentymentalnych ujęć zapłakanych ludzi, bo młodego reżysera korci akcentowanie tego, co przełamie sztampę przedstawienia. Oczywiście – rytuał żałobny rozbijają dzieci, które być może nie do końca zdają sobie sprawę z tego, co się dzieje, a trochę się już na cmentarzu nudzą (zwłaszcza że złota polska jesień kusi i rozprasza). Ten ludzki pierwiastek rozsadza ceremonię. Ostatecznie również i my – widzowie – za pośrednictwem Bortkiewicza podglądamy żałobników, a to ćwiczenie z patrzenia staje się głównym tematem filmu.

W „Nocy Walpurgi” przez większość czasu aktorów jest zaledwie dwójka – Małgorzata Zajączkowska i Philippe Tłokiński. Ona gra diwę operową pochodzenia żydowskiego, a on – młodego kompozytora podszywającego się pod dziennikarza muzycznego. Cały szkopuł w tym, aby zainteresować postaciami widza, żeby ten nie przysnął już po kwadransie psychologicznej gry prowadzonej przez duet. Zamknięci w przestrzeni garderoby operowej aktorzy mają też trudne zadanie rozprawienia się z dialogami zgoła teatralnymi i długaśnymi, bo rozpisanymi przez reżysera i Magdalenę Gauer na podstawie jej słynnego monodramu „Diva”.

W „Nocy Walpurgi” Bortkiewicz niepostrzeżenie i zręcznie wymyka się przykurzonej formule niskobudżetowych ćwiczeń krótkometrażowych czy toporności teatru telewizji. Owszem, teoretycznie nie ma na podorędziu za wiele, by nas rozerwać. Jednak w jego filmie napięcie ma posmak starych kryminałów (także i tych telewizyjnych). Reżyser zresztą korzysta również ze zdjęć monochromatycznych.

miejski chłopak w foczej szkółce



Kadr z filmu „Nauczanie początkowe” (operator Wojciech Ostrowski)

Być może „Noc Walpurgi” poległaby nawet z dobrym aktorstwem, gdyby nie estetyczne obsesje Bortkiewicza każące mu poszukiwać „najpiękniejszych” ujęć (słowa „piękno” używam tu bez ironii). Czarno-biała tonacja wydawać się może dzisiaj nieco banalna, ale nie w tym filmie, bo służy bardzo pragmatycznym celom. We współczesnym kinie na gruncie wypracowywania precyzyjnej estetyki – pod względem zdjęć współpracownika Bortkiewicza, nadal niedocenionego Andrzeja Wojciechowskiego – „Nocy Walpurgii” sprostać może chyba tylko przefiltrowana przez kamerę Marcina Koszałki toporna socrealistyczność w „Rewersie” Borysa Lankosza.

Dlatego po latach w dorobku Bortkiewicza broni się nawet „Nauczanie początkowe” (2009), nawet jeśli według widza trąci już myszką. To osobliwa opowieść o młodym i naiwnym Mikołaju, który przyjeżdża na staż w helskiej Stacji Morskiej, aby pomagać w fokarium. Krótka przygoda chłopaka szybko przeradza się w coś więcej, a widz zostaje zasypany powodzią uroczych scen z młodymi fokami. Prawie dekadę temu nie były jeszcze w modzie filmiki z kotkami, niemniej Bortkiewicz z operatorem Wojciechem Ostrowskim unikają popadania w słodycz. Sceny, w których Mikołaj zachwyca się fokami i robi im dziesiątki zdjęć, twórcy przełamują prozaicznością życia na Helu (ukazaną z dużą dozą humoru) czy brzydotą polskiego wybrzeża, choć sięgają kilka razy po bardzo malarskie, klasycznie skomponowane kadry – jak te na zdjęciu.

„zrobisz dokument z babcią – wyjdzie ci operetka”



Kadr z filmu „Portret z pamięci” (operator Malte Rosenfeld)

Wspomnienia z II wojny światowej spędzonej w getcie i obozie zagłady, którymi diwa Nora Sedler dzieli się ze zszokowanym Robertem, podane są widzowi w asyście cytatów filmowych. Nakierowują nas one na problemy bohaterki, która nigdy nie rozliczyła się z przeszłością i już na zawsze pozostała w obozie zagłady, w towarzystwie sadystycznego nazisty, który w czasie wojny uczynił ją swoją niewolnicą i zabawką seksualną. Dlatego też aluzje do innych filmów nie mogą być hermetyczne i niekomunikatywne. Podobnie jak w „Portrecie z pamięci” (uchodzącym za jedną z najlepszych etiud ze Studia Munka), w którym Bortkiewicz przywołuje „Nosferatu – symfonię grozy” F.W. Murnaua, tak i w „Nocy Walpurgi” możemy je bez większego trudu rozpoznać. W warstwie wizualnej odnajdziemy tutaj na przykład nawiązania do „Mefisto” Istvána Szabó czy „Nocnego portiera” Liliany Cavani. Jest ich oczywiście więcej – a uważne poszukiwania mogą czasami przypominać błądzenie na oślep po polach nadinterpretacji, niemniej reżyser szanuje cierpliwość widza na tyle, aby sprawić mu tylko pewien problem z dostrzeżeniem poszczególnych dodatków, nie zadręczając go przy tym ponad miarę.

Autor „Nocy Walpurgi” to przecież kinofil taki jak my. Zależy mu na partnerskim dialogu z publicznością. I trochę też wie, że polscy widzowie są znudzeni kinem asekuracyjnym i oczekują czegoś więcej niż to, czego krajowa kinematografia dotąd dostarczała. Oczywiście w „Nocy Walpurgii” dużo rozgrywa się w sferze erotycznej, która dziwnym trafem pruderyjnym polskim filmowcom zawsze sprawiała sporo kłopotów i przyprawiała o rumieńce. Seksualność Nory Sedler może szokować, bo nie jest sztuczna, ocenzurowana i grzeczna, jak to w polskim kinie bywa. Erotyzm bohaterki jest spaczony, bo funkcjonuje w splocie z traumatycznymi wspomnienia czasu wojny. Może nam się unieść brew, gdy rozpoznamy w tym trop kierujący nas nieuchronnie w świat stalagów – izraelskiej pornograficznej literatury brukowej, w której bohaterowie dręczeni byli przez sadystyczne strażniczki. Obecne w filmie przepracowywanie traumy przeszłości przez jej przeżywanie w formie gry, fantazji seksualnej sprawia, że część widowni może mieć z „Nocą Walpurgi” pewien problem.



Kadr z filmu „Noc Walpurgi” (operator Andrzej Wojciechowski)

Zapewne obudzi się też w widzach filmu podejrzenie, że mamy do czynienia z czymś podobnym do reakcji tytułowego bohatera „Zmartwychwstania Adama” Paula Schradera, który – podczas wojny traktowany przez niemieckiego oficera literalnie jak pies – po jej ukończeniu czyni ze swych kochanek „suki”. Na szczęście Bortkiewicz w przeciwieństwie do amerykańskiego reżysera unika scen niesmacznych i emocjonalnie chybionych. Być może powodem jest to, że pracował z wybitną Małgorzatą Zajączkowską, a nie średnio utalentowanym Jeffem Goldblumem. Filmowa Nora Sedler w swoich działaniach nigdy nie sprawia wrażenie sztucznej, a sceny gry erotycznej są pozbawione kiczowatej aury perwersji.

zmysł udziału



Kadry z filmów „Lewa połowa twarzy” (operator Łukasz Żal) i „Noc Walpurgi” (operator Andrzej Wojciechowski)

Pomijając oczywiste atuty w filmach Bortkiewicza zawsze zwraca moją uwagę uzasadnione wykorzystanie motywu zapośredniczonego przekazu – operowaniem urządzeniami pozwalającymi na zapis audio i wideo. Mechanizmy – jeśli już je widzimy – pełnią istotną rolę w fabule. Z pomocą cyfrowej kamery Mikołaj z „Nauczania początkowego” śledzi morze w poszukiwaniu foki, a później sięga po aparat fotograficzny – bo tylko uwieczniając foki, może dać wyraz swym uczuciom do nich (głaskać ich nie może – foki mają zostać wypuszczone na wolność dzikie, aby poradzić sobie w swoim naturalnym środowisku). Z kolei w dokumentalnej „Lewej połowie twarzy” potężny aparat fotograficzny jest narzędziem pracy Leszka Krutulskiego, który od 2010 jeździ po kraju i wykonuje półportrety (jak w tytule – zdjęcia lewej strony twarzy) wszystkim chętnym, a w 2020 roku zacznie fotografować prawe połowy ich fizys.

W „Nocy Walpurgi” taką maszyną staje się dyktafon. To trzeci bohater dramatu – podsłuchujący w ukryciu to, czego Nora nigdy nie powiedziałaby publicznie. To też przedmiot, z pomocą którego Robert pozuje na dziennikarza muzycznego. Wiedza bohaterów o tym, że urządzenie nagrywa i co tak naprawdę oznaczają zarejestrowane słowa, ulega bezustannym zmianom. Pod koniec widz zadaje też sobie pytanie – skoro Robert chce napisać operę „Exodus do Auschwitz” (sic!), po co mu ukrywanie przed Norą tego, że ją nagrywa – gdy już oboje wiedzą, że wywiad był tylko pretekstem do spotkania albo do przeprowadzenia konfrontacji?

„baraki na scenę, błoto z Oświęcimia”



Kadr z filmu „Noc Walpurgi” (operator Andrzej Wojciechowski)

Teatralność filmu to nie tylko kwestia charakteru dialogów, ale i dramaturgii, w której wykorzystane zostały zasady tragedii greckiej. Najbardziej szokujących scen i treści nie widzimy, lecz tylko o nich słyszymy – przez co są tym bardziej wstrząsające. „Greckość” filmu Marcina Bortkiewicza jest też dość „szkolna” – bo wszystko rozgrywa się w jednym miejscu i czasie, przy równoczesnym przywoływaniu przeszłości. Ten „akademizm” przełamuje otwarte zakończenie, z którym widz sam będzie musiał sobie poradzić po wyjściu spod toksycznego uroku „Nocy Walpurgi”. Kondensacja wzmaga siłę przekazu i oczyszczenie, które staje się udziałem odbiorcy.

„Dzisiaj mamy noc Walpurgi. To noc czarownic, duchów, zmarłych. Tak bym chciała, żeby kilkoro z nich było dzisiaj ze mną. W tę noc z 30 kwietnia na 1 maja wszystko jest możliwe. Wysokie łączy się z niskim, góra z doliną. Tak naprawdę to noc karnawałowa, która zrównywała stany, dzieci z rodzicami, królów z poddanymi” – mówi Nora. Choćby częściowo – słowa te dotyczą wszystkich filmów Marcina Bortkiewicza.

Na koniec wypada dodać, że – co zaskakująco rzadkie na polskim rynku – ciekawość widza związana z kulisami powstawania „Nocą Walpurgi” będzie w zupełności zaspokojona przez wydanie DVD. Poza filmem otrzymujemy pokaźny zbiór dodatków: storyboardy, scenariusz, zwiastuny czy materiały z planu filmowego. Publikacja sprawdzi się również jako prezent dla naszych zagranicznych przyjaciół, bo została wydana z napisami w języku polskim, angielskim i francuskim (co oddaje zresztą wielojęzyczność samych dialogów w filmie).
„Noc Walpurgi”. Reżyseria: Marcin Bortkiewicz. Scenariusz: Marcin Bortkiewicz, Magdalena Gauer. Zdjęcia: Andrzej Wojciechowski. Obsada: Małgorzata Zajączkowska, Philippe Tłokiński, Monika Mariotti, Mieczysław Gajda. Produkcja: Polska 2015, 75 min.