Wydanie bieżące

1 października 19 (331) / 2017

Grzegorz Mucha,

ROCZNICA W STYLU FOLK

A A A
Całkiem niedawno z okazji sto pięćdziesiątych drugich urodzin miasta Katowice wysłuchałem i obejrzałem dwa plenerowe koncerty z muzyką luźno powiązaną z folkiem. Wiem, że taka twórczość ma swoje grono zwolenników, ale ja do nich nie należę. Mimo to byłem ciekaw owego wydarzenia. Zadawałem sobie pytanie, co dziś można jeszcze z folkiem zrobić? Czy połączenie z innymi gatunkami może nadal stwarzać nową jakość?

Odpowiedź na te pytania mogły mi dać występy artystów różnych i oryginalnych zarazem. Miasto Katowice zorganizowało imprezę plenerową z udziałem estońskiego tria Trad. Attack! i kolejnego tria, tym razem z USA, czyli KTU. Stawiłem się pod sceną wraz z pojawieniem się na niej Trad. Attack! Zaznaczyłem to, gdyż słuchaczy na początku występu było niewielu. Lider grupy nawet sobie z tego żartował, ale jak słusznie zauważył, publiki z każdą chwilą przybywało. Zdążył się też pochwalić, że grupa odwiedziła Polskę już po raz szósty. Przy okazji padło ze sceny pytanie, czy ktoś ze słuchaczy był już w jego ojczyźnie. Zgłosiła się jedna osoba. Cóż… Najbliższe kraje są czasami tymi najdalszymi. Ale wszystko do nadrobienia. Tymczasem ze sceny na publiczność spadały kaskady skocznych melodii, które grane z rockowym rytmem i w szybkich tempach dosyć szybko skupiły uwagę. Estończycy bowiem postawili na tempo, ale także na precyzję. Lider śpiewał i grał na gitarach, obok niego zaś śpiewała, grała na ludowych instrumentach (rodzaj dud, flety) i obsługiwała samplery utalentowana dziewczyna. Trio uzupełniał perkusista, który mógłby zasilić niejeden solidny zespół rockowy. Dali w zasadzie świetny występ, ale mam pewne zastrzeżenia. Otóż muzycy przywieźli z sobą wiele nagrań archiwalnych, nierzadko pochodzących od ich bliższych lub dalszych krewnych, wszak Estonia to kraj o niewielkiej liczbie mieszkańców. Używali tych nagrań wielokrotnie, co oznaczało połączenie muzyki mechanicznej z tą graną „na żywo”. Z czasem straciłem rozeznanie, skąd wydobywały się poszczególne nuty. Wszystko było z sobą idealnie stopione, ale występ byłby chyba ciekawszy, gdyby muzycy pozostali sami ze swoimi, niemałymi zresztą, umiejętnościami. Poza tym kompozycje były do siebie zanadto podobne, ale może to tylko moje, nienawykłe do skocznego folku ucho, nie wyłapywało różnic.

Po czterdziestu minutach przerwy na scenę wyszli: Kimmo Pohjonen, Trey Gunn i Pat Mastelotto, czyli trio KTU. Jako słuchaczowi wciąż śledzącemu poczynania instrumentalistów powiązanych z Robertem Frippem i jego flagowym pomysłem na muzykę, jakim jest grupa King Crimson, występ ów jawił mi się jako spora ciekawostka (Gunn grał w tym zespole w latach 1994 do 2003, a Mastelotto od 1994 roku do teraz). Ciekaw byłem tym bardziej, że pomimo powyższej deklaracji, nie znałem ich nagrań studyjnych. Dość szybko wyszło na jaw, iż Fin Kimmo Pohjonen jako lider formacji to człowiek nieco szalony, po którym można się było spodziewać wielu nieoczekiwanych muzycznych (i nie tylko) zachowań. Jest on bez wątpienia wirtuozem akordeonu, używał go bowiem na różne niekonwencjonalne sposoby, a przecież trzeba pamiętać, iż jest to wciąż instrument kojarzony z „tanią rozrywką”. Pohjonen także śpiewał, albo raczej wydawał z siebie szamańskie tony. O dziwo dużo bardziej opanowany był Amerykanin Trey Gunn. To muzyk dysponujący pewnym i masywnym brzmieniem instrumentu. Korzystał przy tym wyłącznie z Warr Guitar (jej konstruktorem jest Mark Warr), tym razem zupełnie nie sięgając po słynny Chapman Stick. Mniej ciekawie przy kolegach wypadł rodak Gunna Pat Mastelotto. Dość szybko okazało się, że poza grupą King Crimson, kiedy nie czuwa nad nim Robert Fripp, ów perkusista zdaje się popadać w mało efektowną, a nawet chaotyczną grę. Nie imponował ani pomysłowością, ani precyzją. Od lat wydaje się, że Mastelotto ma wyłącznie szczęście do współpracy z interesującymi muzykami, co wciąż nie przekłada się na jego grę. Muzyka prezentowana przez KTU to konglomerat wszystkiego. Grupa tworzy mieszankę zgarniającą w swoje szranki zarówno swoistą wersję elektroniki, jak i neoprogresywne partie, aż po zmutowany folk. Poza tym wiele było scenicznych gestów pod efektowne show, które to zabiegi czasem były aż nadto dziwaczne. Muzycznie najciekawsze były solowe popisy Gunna, który potrafi zadziwić paletą barw, jakie wydobywa ze swojej Warr Guitar, często używając techniki gry zwanej tappingiem oburęcznym. Poza tym był to jeden z tych występów, podczas którego muzycy, w celu przypodobania się publiczności, potrafią sięgnąć po najbardziej popularny repertuar. Tym razem, podobnie zresztą jak wcześniej Estończycy, solowo na akordeonie odegrana została polka, nazbyt często kojarzona jako wyłącznie polski taniec. Był to rzecz jasna najbardziej wirtuozerski moment koncertu, który jednak nic nowego nie wniósł. Tak więc pod górą wszelkich stylistyk i nieoczekiwanych gestów kryła się pustka.

Ale ogólnie dobrze się stało, że tak różni muzyczni goście zjechali się do Katowic. Może przy takich okazjach „nowa muzyka świata” ma sens. Z pewnością spełnia zadanie łączenia ludzi. A jednak wciąż zastanawiam się nad odpowiedziami na zadane na wstępie tekstu pytania. Bo przecież wszelki folk nie powinien popadać w zapomnienie, a z kolei nadmierny szacunek nie zawsze daje dobre wyniki. Zatem można by sądzić, że obie grupy dobrze się spisały, ale mam wątpliwości, czy tego wieczoru nie wykorzystano folku nazbyt nomen omen instrumentalnie.
152 urodziny miasta; 9 września; godzina 19.00 i 20.30; Strefa Kultury; Katowice.