Wydanie bieżące

15 października 20 (332) / 2017

Natalia Kaniak,

JABŁKO W KONSERWIE (KWAŚNE JABŁKO)

A A A
Wspaniale poprowadzona kampania reklamowa, jakiej dotychczas mało było na polskim rynku, zwiastowała komercyjny hit i ważny głos w sprawie wciąż aktualnego problemu społecznego. Tytułowe kwaśne jabłko to oczywiście nawiązanie do lekko trącącego myszką epitetu, kojarzonego z czasami przedszkola i pierwszymi bójkami w piaskownicy. W zasadzie cały album Jerzego Szyłaka i Joanny Karpowicz można podsumować właśnie tym skojarzeniem: jest to bowiem opowieść o przemocy w wersji retro. Historia, którą można było usłyszeć lub być jej świadkiem kilkadziesiąt lat temu. I oczywiście mogą się podnieść głosy sprzeciwu, mówiące o tym, że ten problem istnieje dalej i pozostał w wielu domach w niezmienionej formie i entourage’u. Ale pozwolę sobie na obranie absolutnie subiektywnej perspektywy, w której nie zamierzam bronić każdej kobiety. I zrobię to nie dlatego, że nie żal mi tych wszystkich katowanych żon, bo byłoby to nieludzkie z mojej strony. Zrobię to zwyczajnie z troski o dobrą historię. W dodatku w iście roszczeniowym tonie, który może wywołać falę nerwów równie mocną jak moja frustracja w trakcie lektury rzeczonego dzieła.

Joanna Karpowicz estetykę „Kwaśnego jabłka” zbudowała w oparciu o cukierkowość monideł i niemal socrealistyczne malarstwo. Twarze postaci są gładkie i bezosobowe jak wołające do pracy komunistyczne plakaty, a jednocześnie świetliste i płaskie niczym zretuszowane zdjęcia. To właśnie obrazy opowiadają o zakłamaniu i wstydliwym sekrecie. I chyba nie przez przypadek dominującym kolorem w kadrach jest barwa kosmetycznego podkładu, którym zakrywa się bolesne siniaki. Niestety, scenarzysta albumu, Jerzy Szyłak, mimo najlepszych chęci obrał niefortunny sposób narracji.

Modlitwa jego bohaterki to modlitwa tego rodzaju kobiety, której nie lubią przede wszystkim inne kobiety. Doprawdy kuriozalne jest wydawanie kolejnej opowieści o poziomie szantażu emocjonalnego telewizyjnych produkcji z cyklu „Prawdziwe historie”. Wszyscy znamy opowieści o gospodyniach domowych katowanych przez swoich nienagannie ubranych, przepracowanych mężów na stanowiskach kierowniczych. Tym czego brakuje w dyskursie o przemocy wobec kobiet i przemocy domowej w ogóle, jest typ narracji mówiący o kobietach z pozoru niezależnych oraz o ich (z pozoru wyemancypowanych) partnerach, którzy między jednym freelancerskim zleceniem a rzemieślniczym piwem nie panują nad swoimi emocjami, wykorzystując swoją kulturową i fizyczną przewagę do zabawy w zwierzęcą dominację.

Protagonistka opowieści graficznej Jerzego Szyłaka i Joanny Karpowicz jest piękna, na swój sposób silna i do złudzenia przypomina bohaterki filmu „Zjednoczone Stany Miłości” (2016) Tomasza Wasilewskiego. Jest jednak zamknięta w klatce tej dewiacyjnej odmiany patriarchatu, przez którą całą swą energię i determinację kieruje przeciwko sobie. To bohaterka, której patową sytuację można bez trudu zrozumieć, ale której sposób kształtowania równie trudno zaakceptować. Mamy bowiem do czynienia z kolejną postacią budzącą skrajne politowanie i przemożną chęć interwencji – a dla mnie to już jedynie chłodna kalkulacja ze strony twórców albumu.

„Kwaśne jabłko” to modlitwa zapędzonej w kozi róg ofiary, która z perspektywy czytelniczki niezależnej, nowoczesnej czy po prostu świadomej może wydać się nierozumiana. Bohaterki, od której ucieleśnienia wiele kobiet przez lata uciekało i z którą to kobietą nie chcą mieć wiele wspólnego. Bo wiemy już, że modlitwa nie działa w ten sposób. Wiemy też, że nasza rola w małżeństwie się zmieniła. W końcu wiemy, że owo małżeństwo nie musi trwać wiecznie. Dlatego publikacja takiego albumu na fali Czarnego Protestu wydaje się zagraniem wysoce cynicznym.
Jerzy Szyłak, Joanna Karpowicz: „Kwaśne jabłko”. Wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy. Warszawa 2017.