Wydanie bieżące

15 października 20 (332) / 2017

Krzysztof Grudnik,

PSYCHOANALIZA NIE ISTNIEJE (STEPHEN A. MITCHELL, MARGARET J. BLACK: 'FREUD I INNI')

A A A
W czasach pracy akademickiej zauważyłem, że studenci dość beztrosko szafują etykietką „buddyzm”, przypinając pod nią wiele zjawisk, które były dla ich wywodu w danej chwili wygodne. Wiele razy tłumaczyłem, że ich argumentacja jest poprawna, ale tylko w obrębie tej czy innej odmiany buddyzmu. Że Zen, Jungdrung Bön czy Shingon nie są ze sobą tożsame i pewne zjawiska zachodzące w obrębie danego odłamu nijak mają się do innego. Tymczasem na Zachodzie „buddyzm” często używany jest jako swego rodzaju termin-parasol, będący mylącym skrótem myślowym.

Wspominam o tym, ponieważ podobne wrażenie wyniosłem z lektury książki Stephena A. Mitchella i Margaret J. Black „Freud i inni. Historia współczesnej myśli psychoanalitycznej”. Brnąc przez kolejne rozdziały, poświęcone poszczególnym szkołom psychoanalitycznym, łatwo dojść do przekonania, że z dzisiejszej perspektywy psychoanaliza jako taka nie istnieje. Że jest to zawsze jakaś psychoanaliza – psychoanaliza kleinowska, psychoanaliza lacanowska, psychoanaliza interpersonalna itd. Ich założenia po pierwsze odbiegają nieraz znacząco od pierwotnych stanowisk Freuda, po drugie różnią się między sobą do tego stopnia, że bardzo trudno wskazać na jakiś „psychoanalityczny rdzeń”, zestaw elementów (obraz aparatu psychicznego, terminologię, praktyki kliniczne), które pozwalałyby określić istotę psychoanalizy i uzasadnić, dlaczego tak różne szkoły i tak różne podejścia noszą nazwę psychoanalizy (jeśli akurat ją noszą, niektóre rezygnują z tego nazewnictwa).

Problem jest złożony i z różnych perspektyw dostrzegany również przez autorów omawianej książki. Wskazują oni na przykład na daleko idącą specjalizację psychoanalityków w obrębie poszczególnych odłamów: „Obecnie bardzo trudno spotkać psychoanalityka, który dokładnie znałby więcej niż jeden kierunek psychoanalizy (…). Literatura każdej ze szkół jest obszerna, a każde podejście kliniczne dopracowane w szczegółach, co stanowi nie lada wyzwanie dla analityka, który chciałby to wszystko opanować, tym bardziej że studia interdyscyplinarne w tej wszechnicy nie cieszą się popularnością” (s. 269-270). Ostatnia część tego twierdzenia, rzucona trochę mimochodem, prowadzi nas do kolejnej obserwacji: brak ujęcia interdyscyplinarnego, rozumianego tu jako „psychoanalityczna komparatystyka”, bierze się głównie z silnego przywiązania psychoanalityków do danego nurtu. Tego typu relacja ma w psychoanalizie długą tradycję, bo moglibyśmy nie bez racji stwierdzić, że już Freud gromadził nie tyle uczniów, co wyznawców, a metodologiczne sprzeciwy czy choćby odmienne poglądy traktował jak herezje (vide przypadek Junga czy Reicha). Postawa ta przetrwała wśród ideowych (i, w jednym przypadku, biologicznych) dziedziców Freuda, była widoczna w stosunku Anny Freud do badań Melanie Klein, uczniów Anny Freud do uczniów Melanie Klein oraz całych pokoleń freudystów do innowatorów.

Pomiędzy tymi grupami przebiega najbardziej wyraźna linia podziału psychoanalizy. Nie znaczy to jednak, że tradycja postfreudowska pozostaje jednolita. Choć Mitchell i Black twierdzą: „Na jednym krańcu psychoanalitycznego kontinuum znajdują się ci, którzy pozostali wierni tekstom Freuda w ich kanonicznej formie. Ortodoksyjni (»rygorystyczni« freudyści próbują zachować jego koncepcje jako wystarczającą i wyłączną podstawę współczesnej praktyki klinicznej. Na drugim krańcu są ci, którzy stawiają sobie za cel wbudowanie klinicznej intuicji i odkryć Freuda w nowo powstający gmach własnej teorii, przy czym często najważniejsze elementy teorii Freuda zastępują całkiem odmiennymi, własnymi koncepcjami” (s. 230-231), to trzeba zaznaczyć, że pierwsza z opisanych grup ma często charakter rewizjonistyczny (tak zresztą zatytułowany jest jeden z rozdziałów książki: „Współcześni freudowscy rewizjoniści”), a w koncepcjach jej przedstawicieli – Otto Kernberga, Roya Schafera, Hansa Loewalda i Jacques’a Lacana – trudno wskazać wspólne elementy. Zasadne pozostają więc pytania powracające w zakończeniu książki: „Czy krótsze terapie, rzadsze sesje i kontakty twarzą w twarz można jeszcze uważać za psychoanalizę? Czy raczej pojęcie psychoanalizy należy zarezerwować dla terapii według tradycyjnych zasad formalnych, a szerokie spektrum praktykowanych dzisiaj modyfikacji określać nazwą psychoterapii?” (s. 320). Pytania te nie muszą znajdować rozstrzygających odpowiedzi. Szukanie takich jest zresztą praktyką bardziej polityczną niż teoretyczną, co widać chyba najwyraźniej w historii rozwoju instytucjonalnych struktur psychoanalitycznych we Francji pod wpływem działalności Lacana. Ważniejsze wydaje się Heideggerowskie uznanie wartości pytania i problemów, do których ono odsyła.

* * *

Publikacja „Freud i inni. Historia współczesnej myśli psychoanalitycznej” ukazała się w 1995 roku. Od tego czasu „książka ta stała się podstawowym podręcznikiem dla psychologów, pracowników socjalnych, psychoterapeutów i psychoanalityków, a także przybliżyła pojęcia współczesnej psychoanalizy rzeszy zainteresowanych nieprofesjonalistów” (s. 30). Doczekała się wielu wznowień i przekładów. Do Polski dociera stosunkowo późno, co stawia kolejną ważną kwestię: aktualności. Mimo zapowiedzianych we wstępie uzupełnień czytelnik bardziej zorientowany w dzisiejszej psychoanalizie dostrzeże być może pewne braki. Autorzy pominęli (a przynajmniej zmarginalizowali) psychoanalityków kontrowersyjnych, których poglądy znacząco odstawały od linii freudowskiej, jak choćby Carla Gustava Junga czy jego spadkobiercę, Jamesa Hillmana (pierwszy wspomniany jest raptem dwa razy, drugi nie pojawia się wcale), bardziej jako ciekawostka funkcjonuje też Wilhelm Reich. Choć jeden podrozdział omawia część koncepcji Lacana, to przemilczano całą tradycję, jaką zapoczątkował – Julia Kristeva przywołana zostaje jako autorka powieści (indeks nazwisk wskazuje, że pojawia się jeszcze raz na stronie 266, ale jej nazwiska na tej stronie brak), Slavoj Žižek czy Mladen Dolar nie są nawet wspomniani.

Trudno więc rozstrzygnąć, co oznacza „współczesna myśl psychoanalityczna”, pojawiająca się w tytule (w org. Modern Psychoanalytic Thought). Gdzie zaczyna się, a gdzie (lub: czy) kończy współczesność psychoanalizy? Czy istnieje jakaś przed-współczesna psychoanaliza? Bartłomiej Dobroczyński próbował zrekonstruować przedfreudowskie koncepcje nieświadomości w książce „Ciemna strona psychiki” (1994), Adam Crabtree szukał innych tropów w „From Mesmer to Freud” (1993), wydaje się jednak, że opisane w tych książkach procesy z historii idei jedynie prowadzą do wyłonienia się faktycznej psychoanalizy, stanowią jej prehistorię, nie zaś jakąś przed-współczesną (przed-nowoczesną?) psychoanalizę.

Inna sprawa to drugi koniec „współczesności” psychoanalizy. Czy rzeczywiście istnieje? Czy mielibyśmy do czynienia z wyłonieniem się psychoanalizy ponowoczesnej? Być może, zwłaszcza jeśli uznamy, że przeobrażenia psychoanalizy, jakie opisali Miitchell i Black, w dużej mierze przesuwają ją w stronę postmodernizmu. Modele podmiotowości, jakie wyłaniają się u późniejszych przedstawicieli rozmaitych szkół psychoanalitycznych, prezentują często podmiotowość rozproszoną, tak jak u filozofów postmodernizmu: „Psychoanaliza odegrała główną rolę w kształtowaniu złożonego, zdecentralizowanego i kontekstowego rozumienia, co to znaczy być sobą. (…) Choć wydaje się nam, że mamy jaźń na kształt obiektu wewnętrznego, to jednak częściowo stwarzamy siebie na różne sposoby przez wspomnienia i przeczucia w dany momencie, zależenie od kontekstu interpersonalnego, w którym się znajdujemy. Choć doświadczamy siebie jako jednostki, w rzeczywistości działamy za pomocą wielu samoorganizacji dostosowujących się do doświadczeń innych, z którymi wchodzimy w interakcje” (s. 129-130). Podobnie pojawiające się wraz z rozwojem psychoanalizy przekonanie o symbolicznym charakterze języka zbliża psychoanalizę do postmodernizmu. Nie chodzi tu oczywiście o język symboliczny rozumiany jako tworzenie (nieświadomych) struktur symbolicznych w języku (jak na przykład przy pracy marzenia sennego), lecz o zrozumienie, że język psychoanalizy, używany do opisu wewnętrznej organizacji życia psychicznego, jest sam w sobie symboliczny. Że – wbrew wczesnym marzeniom Freuda – nie istnieje organiczna gospodarka libido, że jego koncepcje nie znalazły swoich substancjonalnych odpowiedników w ludzkim organizmie (choć niektórzy mogliby wskazywać na pewne zbieżności z gospodarką hormonalną, to nie są to relacje, o które chodziło Freudowi). Ostatecznie więc „Id i ego nie są konkretnymi miejscami ani narządami; stanowią pojęcia porządkujące nasze myślenie o niezwykłej złożoności doświadczeń człowieka” (s. 195). Jako pojęcia zaś są redefiniowalne i wymienialne.

Czymże więc jest współczesność psychoanalizy, skoro cały jej rozwój można w zasadzie zamknąć w obrębie XX wieku? Być może faktycznie udałoby się wskazać pewną cezurę między „modernistyczną” (modern) i „postmodernistyczną” (postmodern) psychoanalizą, jednak omawiana książka nie podejmuje tego tematu.

* * *

Jednym z założeń „Freuda i innych” jest brak wstępnej wiedzy czytelnika. To nieco dziwne, jeśli bowiem zadaniem publikacji było przybliżenie historii rozwoju psychoanalizy, to założeniem dość naturalnym wydaje się raczej zorientowanie w temacie. Nie sięgalibyśmy przecież po książkę opisującą historię koszykówki, chcąc poznać jej podstawowe zasady (nawet jeśli wprowadzenie błędu 24 sekund jest równie ważne dla obu tych perspektyw). W konsekwencji otrzymujemy tekst, który jest całkiem przystępny dla niezorientowanego czytelnika, ale… dlaczego historia psychoanalizy miałaby być przystępna?

A dlaczego nie? Ponieważ takie rozwiązanie skutkuje tłumaczeniem dość prostych pojęć. I przy zaledwie 300 stronach, na których poznajemy podstawowe koncepcje jak libido czy id, brakuje miejsca na wspomnienie o jouissance czy obiekcie małe a, nie mówiąc już o ich wyjaśnieniu.

Przy tak szerokim materiale, jakiego dostarcza historia psychoanalizy, selekcja jest oczywiście czymś koniecznym i w pełni usprawiedliwionym. Moje zastrzeżenia dotyczą jedynie kryteriów owej selekcji. Dlaczego kierować się przystępnością tekstu dotyczącego dziedziny mało popularnej? Jeżeli pierwotną grupą odbiorców mieli być psychologowie i psychoterapeuci, czyli ludzie wykształceni, i to wykształceni kierunkowo, to czy przystępność tekstu jest tu potrzebna?

Rzecz jasna, przystępność to tyko jeden z elementów organizacji tekstu. Pozostałe wypadają zdecydowanie lepiej. Chociażby spory wybór pełniących funkcję ilustracyjną autentycznych przypadków pacjentów pozwala na obserwację psychoanalizy w działaniu. Co ciekawe, poszczególne przypadki analizowane są często z perspektywy kilku różnych szkół, dzięki czemu widzimy, że tam, gdzie jedno podejście doprowadza do ślepej uliczki, znacznie lepiej sprawdza się podejście alternatywne. To dowodzi także użyteczności psychoanalitycznej komparatystyki, znacznie poszerzającej zakres narzędzi, którymi dysponować może terapeuta.

Choć podstawę organizacji narracji stanowi rozwój historyczny, to łatwo zauważyć, że autorzy skupiają się na dwóch wątkach tematycznych. Pierwszy z nich to psychoanaliza dzieci (gdzie brak Reicha jest wyjątkowo widoczny), w ramach której opisane zostały różne modele wyłaniania się aparatu psychicznego. To czynnik bardzo różnicujący poszczególne szkoły, operujące różnymi wizjami rozwoju niemowląt, co skutkuje odmiennymi stanowiskami na temat tego, w którym momencie i w jaki sposób dochodzi do pewnych nieprawidłowości przeradzających się w późniejszych latach na zaburzenia psychiczne.

Drugi temat, szczególnie ciekawy, to historyczne zmiany relacji między pacjentem a terapeutą. Wiąże się z nią szereg problematycznych zjawisk, takich jak przeniesienie czy przeciwprzeniesienie, oraz odmiennych nastawień względem interakcji z pacjentem. Czy należy pozostawić narrację pacjenta nietkniętą, jak chciał Freud, zajmując jedynie pozycję interpretatora? Czy może ingerencja w opowieść, zadawanie pytań, a nawet regulacja kierunku, w jakim się rozwija, mogą przynieść pozytywne skutki? Czy analityk powinien nawiązywać bliższą relację z pacjentem, by móc zauważyć, co zawodzi przy kontaktach z innymi? Czy wolno empatycznie wczuć się w sytuację pacjenta? Freud wzbraniałby się przed tego rodzaju praktykami, uznając je nie tylko za niepotrzebne, ale i szkodliwe dla psychoanalizy. Jego następcy coraz częściej naruszali wytyczone granice.

Najlepiej wypadają dwa ostatnie rozdziały książki – „Kontrowersje wokół teorii” oraz „Kontrowersje wokół techniki”. Zestawiają one różne podejścia zaprezentowane w poprzednich rozdziałach (tradycyjną psychoanalizę, psychologię ego, psychoanalizę interpersonalną, teorię kleinowską, szkołę relacji z obiektem, psychologię self i rewizjonistów), podkreślając pewną ich niekompatybilność, ale i wartości płynące z tej nieprzystawalności. Jeśli nie możemy dziś mówić o jednej (zwartej, konsekwentnej) psychoanalizie, a zawsze o pewnym nurcie w ramach psychoanalizy (lub na jej pograniczu), to niekoniecznie dowodzi to słabości myśli postfreudowskiej. Mamy przecież do czynienia z bogactwem idei i perspektyw, których „prawdziwość” schodzi na plan dalszy wobec ich skuteczności.

Polski przekład (Joanny Gilewicz) jest przejrzysty i poprawny. Niestety redakcja książki, zwłaszcza korekta (Grażyna Gawryłow), pozostawia więcej do życzenia. W tekście zdarzają się źle zaznaczone cytaty, błędy w indeksie i sporo literówek, które niekiedy – jak na przykład „lęki kastracyjne” zmieniające się w „leki kastracyjne” (s. 304) – wyglądają niczym pomyłki freudowskie.
Stephen A. Mitchell, Margaret J. Black: „Freud i inni. Historia współczesnej myśli psychoanalitycznej”. Przeł. Joanna Gilewicz. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków 2017 [seria: Psychiatria i Psychoterapia].