Wydanie bieżące

15 października 20 (332) / 2017

Magdalena Kempna-Pieniążek,

DZIWNE LOSY ANNE SHIRLEY (ANIA, NIE ANNA)

A A A
Najnowsza serialowa adaptacja „Ani z Zielonego Wzgórza” może nie dzieli widzów na obozy zwolenników i przeciwników, ale z pewnością budzi kontrowersje, których siła wydaje się wprost proporcjonalna do przywiązania do literackiego oryginału. Jak to zwykle bywa w przypadku ekranizacji utworu uznawanego za kultowy – a powieść Lucy Maud Montgomery, zaczytywana przez kolejne pokolenia dziewczynek, z pewnością do tej grupy należy – kryterium wierności literze i duchowi tekstu odgrywa znaczną rolę w ocenie nowej realizacji; w tym konkretnym przypadku może tym istotniejszą, że twórcy „Ani, nie Anny” programowo owemu duchowi nie ufają, a literę z wszelkich sił próbują nadpisać.

To, że mamy tu do czynienia ze spektakularną twórczą zdradą, jest sprawą oczywistą. Autorzy serialu wykorzystują elementy świata stworzonego przez kanadyjską pisarkę, by zbudować własną opowieść. Niby w ich adaptacji sporo jest z literackiego oryginału, ale poszczególne wątki ulegają daleko idącej rekonfiguracji. Mówiąc krótko: z każdym odcinkiem coraz bardziej oddalamy się od powieści i coraz bardziej oczywiste staje się, że „Ania z Zielonego Wzgórza” to dla twórców pretekst, punkt wyjścia uruchamiający refleksję na temat tego, jak dzisiaj można byłoby opowiedzieć historię rudowłosej sieroty, która przybywa do Avonlea.

Pierwsza z nasuwających się odpowiedzi na owo „jak?” brzmi: bez ogródek. „Ania, nie Anna” nie jest serialem dla małych dziewczynek. Chociaż wciąż opowiada o nadprzeciętnie inteligentnej pannicy, która przez przypadek trafia na Wyspę Księcia Edwarda i tam znajduje dom na farmie Maryli (Geraldine James) i Mateusza (R.H. Thomson) Cuthbertów, to jednak ukazuje historię tytułowej bohaterki jako mroczną, niepozbawioną co prawda chwil szczęścia, lecz także naznaczoną poczuciem zagrożenia. I chyba to właśnie – a nie rozmaite fabularne naddatki i dopowiedzenia – stanowi o zasadniczej różnicy dzielącej „Anię, nie Annę” zarówno od powieści, jak i od wcześniejszych adaptacji. Wszystko tutaj zdaje się podporządkowane logice „i tak, i nie”. Tytułowa bohaterka jest wrażliwą marzycielką, ale i w jakimś sensie nią nie jest, skoro jej fantazje to w gruncie rzeczy desperacka próba odseparowania się od świata, spychającego ją na skraj psychicznego załamania. Możliwość zamieszkania w Avonlea to spełnienie jej marzeń o posiadaniu rodziny, ale i wręcz przeciwnie: realizacja koszmarów o społecznym ostracyzmie. Ania (Amybeth McNulty) niby nieustannie buja w obłokach, ale i zarazem wcale tego nie robi, twardo stąpając po ziemi: poradzi sobie z agresywnym psem, pomoże ugasić pożar, uratuje chore dziecko, na dworcu kolejowym sprytnie wywinie się nagabującemu ją mężczyźnie, a swoje krasomówstwo i znajomość literatury będzie potrafiła przekuć w środek do zdobycia pieniędzy na wybrany cel.

Reinterpretacja, jakiej twórcy serialu poddają literacki oryginał, odbywa się częściowo w duchu realizmu: zamiast bajki o sierocie, która szczęśliwym trafem odnalazła swój dom, „Ania, nie Anna” ma opowiadać historię obciążonej traumami dziewczynki, mozolnie szukającej swojej życiowej drogi. Drobne dziwactwa protagonistki, kultywowane przez nią rytuały i skłonność do marzycielstwa przestają bawić, kiedy zostają zaprezentowane jako idiosynkrazje z pogranicza nerwicy natręctw. Wspomniany realizm nie jest jednak bezwarunkowy. Chociaż bowiem wizja Wyspy Księcia Edwarda i panujących na niej stosunków społecznych okazuje się w serialu zdecydowanie mniej słodka niż w powieści, to jednak twórcy zastępują jedną konwencję drugą i sięgają po schematy narracji typu coming of age, o czym zresztą informuje estetycznie odcinająca się od diegezy, uwspółcześniona czołówka. W centrum opowieści usytuowana zostaje zatem tożsamość, a w zasadzie jej poszukiwanie, czego sygnałem jest tytuł realizacji, pomijający element przypisania bohaterki do konkretnej przestrzeni („z Zielonego Wzgórza”), za to akcentujący sposób, w jaki próbuje się ona dookreślić. Angielski tytuł „Anne with an E” nawiązuje do zapisu imienia bohaterki, preferowanego przez nią samą, równocześnie sytuując ją jako buntowniczkę niegodzącą się na bycie określaną przez zewnętrzne okoliczności, samodzielnie budującą swoją osobowość. Zmiana tytułu sygnalizuje zmianę problematyki: to nie zagadnienie przynależności jest tutaj istotne, lecz kwestia samostanowienia.

Samoświadomość i bezkompromisowość należą do najbardziej ujmujących cech osobowości Ani. Twórcy serialu wykreowali bohaterkę bez wątpienia charyzmatyczną: silną, wręcz niezłomną, ale zarazem wrażliwą i skłonną do autorefleksji. Co jednak najistotniejsze, jest to bohaterka pewna swojej wartości. Mimo iż świat często traktuje ją z pogardą, wpychając w ten czy inny stereotyp, Ania nieustannie pamięta, kim jest, a siła, z jaką potrafi przeciwstawić się otoczeniu, budzi szczery podziw. Nic dziwnego, że niemal od pierwszej chwili zawraca w głowie Gilbertowi (Lucas Jade Zumann), który – pozbawiony uprzedzeń – jako jeden z pierwszych dostrzega siłę jej charakteru i intelektualny potencjał. Ania to jednak także osobowość jeszcze nie w pełni ukształtowana – snująca plany dotyczące tego, co osiągnie i jaka będzie, zmieniająca się pod wpływem kolejnych wydarzeń. Dynamikę wpisaną w tę postać silnie wzmocniła bardzo trafna decyzja obsadowa: Amybeth McNulty kreuje Anię Shirley zupełnie inaczej niż na przykład Megan Follows, która w znanym telewizyjnym serialu (1985-2000) zaprezentowała postać ładnego, czarującego, charakternego rudzielca o nadaktywnej wyobraźni. Rola McNulty jest zdecydowanie bardziej złożona. Jej bohaterka nie wydaje się szczególnie atrakcyjna, ma jednak niebywały temperament, przy czym jej marzycielstwo i egzaltacja czasem ocierają się o histerię, a jej pewność siebie graniczy ze wściekłym uporem. Co więcej, McNulty gra Anię w bardzo współczesnym stylu: oto ubrana w kostium z epoki dzisiejsza nastolatka – (nad)wrażliwa, zadziorna, raz po raz strojąca „fochy”, czasem wręcz opryskliwa, doświadczająca burzy hormonów.

W końcu „Ania, nie Anna” jest serialem o dojrzewaniu – i to nie tylko o dojrzewaniu Ani, lecz także – na przykład – o dojrzewaniu Gilberta, który na własną rękę próbuje wytyczyć swoją życiową ścieżkę. Z kolei Maryla i Mateusz dojrzewają do tego, by zostać rodzicami Ani. Ich początkowy dylemat, związany z tym, czy pozwolić dziewczynce zostać na Zielonym Wzgórzu, szybko ustępuje miejsca znacznie bardziej ważkiemu zagadnieniu: jak wychować to niezwykłe, lecz obarczone dużymi problemami dziecko? Dopiero z biegiem czasu bohaterowie zaczynają rozumieć, że Ania nie jest i nigdy nie będzie „taka jak inne dziewczynki” – co wydaje się szczególnie istotne w kontekście feminizującej perspektywy, w jaką celują twórcy. Właśnie: celują, ale czy na pewno trafiają?

Wśród reżyserów kolejnych odcinków znalazły się między innymi Patricia Rozema, znana ze znakomitej adaptacji „Mansfield Park” (1999) Jane Austen, a ostatnio również z feministycznego apokaliptycznego dramatu „Głusza” (2015), oraz Niki Caro – autorka nagradzanego „Jeźdźca wielorybów” (2002) opowiadającego o maoryskiej dziewczynce reinterpretującej patriarchalny mit o legendarnym przywódcy lokalnej wspólnoty. Wybór to z pewnością nieprzypadkowy, sugerujący dążenie do wydobycia z powieści Montgomery niuansów związanych z płcią kulturową. Problem w tym, że twórcy serialu najwyraźniej nie mogli się zdecydować na obranie jednoznacznego kursu. Z jednej strony włączają w opowieść rozmaite wątki, w których poddają refleksji status kobiet w patriarchalnym społeczeństwie, z drugiej jednak kontrują ową refleksję upartym trzymaniem się w gruncie rzeczy klasycznych konwencji. Ciekawe są te fragmenty, w których pozwalają młodym bohaterkom serialu na ekspresję swoich przemyśleń związanych z kobiecością. W czasie przerw w lekcjach Ania i jej koleżanki, odgrodzone od świata chłopców, rozmawiają o menstruacji, o upinaniu wysoko włosów i o tym, dlaczego ich ojcowie od niedawna otwierają przed nimi drzwi.

Główna bohaterka szybko natrafia na opozycję między pragnieniem samorealizacji a dostrzeganym u rówieśniczek pędem do zamążpójścia – dylemat, z którym pomaga się jej oswoić (najprawdopodobniej homoseksualna) ciotka jej najbliższej przyjaciółki, Diany (Dalila Bela). Takie wątki wydają się dobrze zintegrowane z fabułą. W innych przypadkach dyskurs związany z emancypacją wtłaczany jest w powieść w sposób nieomal nachalny – oto Maryla zostaje przez scenarzystkę, Moirę Walley-Beckett, wysłana na spotkanie (rzekomych) aktywistek mówiących o zrównaniu praw kobiet i mężczyzn, a nudny pastor zmuszony do wygłoszenia poglądu, że Ania, która w odruchu buntu i strachu przestała uczęszczać do szkoły, wcale nie musi się uczyć, równie dobrze może przecież zacząć przygotowywać się do roli żony i matki. Wykalkulowana obecność tego typu motywów wydaje się nieszczera, a już na pewno skażona pewną niekonsekwencją. To prawda, że Ania intuicyjnie i bez ideologicznego zadęcia, za to z determinacją, udowadnia światu, że – mimo iż jest dziewczyną – umie wykonywać typowo męskie prace, a Gilbert pokazuje, że nie tylko potrafi sprostać obowiązkom mężczyzny (rąbie drewno, broni słabszych, gasi pożar, a kiedy sytuacja tego wymaga, wda się nawet w bójkę), lecz także manifestuje „kobiecą” wrażliwość (troskliwie opiekuje się chorym ojcem, przygotowuje posiłki). Okazuje się jednak, że to tylko powierzchnia, elementy czysto tekstualne. Ukryty przekaz „Ani, nie Anny” dość łatwo zdemaskować – na przykład oglądając scenę konkursu ortograficznego.

Wątek ten – w powieści istotny dla Ani rywalizującej z Gilbertem, do którego żywi śmiertelną urazę – w serialu zostaje ukazany w zupełnie innym kontekście. Uczniowie stoją pod tablicą, podczas gdy nauczyciel, spacerując po klasie, zadaje im kolejne słowa do przeliterowania. Słowa te nie są przypadkowe – nauczyciel z ich pomocą zaleca się bowiem do jednej z najstarszych uczennic. Co ciekawe, wybrane przez niego określenia antycypują dalsze (przynajmniej te książkowe) losy Ani i Gilberta. Wkrótce, po mniej lub bardziej sromotnych porażkach swoich kolegów i koleżanek, protagoniści zostają jedynymi rywalami na placu boju. Literując kolejne słowa, Ania i Gilbert wymieniają spojrzenia – z jej strony raczej ukradkowe, z jego zdecydowanie bardziej otwarte. Ania próbuje ignorować Gilberta, skupiona na walce i na czymś zgoła dla niej nieoczekiwanym – bólach rozpoczynającej się właśnie pierwszej miesiączki. Tak oto tylnymi drzwiami do „feminizującej” adaptacji wkrada się niespodziewany przekaz. Montaż sekwencji skłania przecież do wniosku, że to nie tyle naturalny porządek rzeczy, lecz spojrzenie zainteresowanego nią chłopaka, którego jest świadoma i które budzi w niej mieszane uczucia, stopniowo wydobywa z Ani jej kobiecość.

Podobnie dwuznaczna jest jedna z wcześniejszych sekwencji, kiedy to Gilbert, który – zanim nazwie ją marchewką – próbuje kilku bardziej dżentelmeńskich sposobów na zwrócenie na siebie jej uwagi, oferuje Ani jabłko z rodzinnego sadu. Czy to świadoma gra z biblijnym motywem Ewy kuszącej Adama? I tak, i nie. Jabłko w dłoni Gilberta w istocie jest dla Ani zakazanym owocem – dziewczyna wie, że przyjmując je, skazałaby się na ostracyzm ze strony koleżanek, już i tak obrażonych na nią z powodu tego, że obudziła zainteresowanie najbardziej pożądanego chłopca w szkole. Z drugiej jednak strony, trudno uznać ten motyw za ideologicznie neutralny: w końcu to dorastający chłopak oferuje dziewczynie stającej się kobietą owoc (za)poznania…

Podobnymi sprzecznościami nacechowana jest cała struktura „Ani, nie Anny”. O ile główny wątek – za sprawą reinterpretacji literackiego oryginału i ekspresji młodych aktorów – przemyca współczesne wyobrażenie o dorastaniu, o tyle już na przykład opowiedziane w retrospekcjach historie miłosnych porażek Mateusza i Maryli nabierają kształtu konwencjonalnych, sentymentalnych narracji – ot, trochę w stylu opowiadań Lucy Maud Montgomery. Być może zresztą jest to celowy zabieg twórców: w końcu Maryla i Mateusz reprezentują starsze pokolenie, świat odchodzący w przeszłość, podczas gdy Ania i Gilbert są już rzecznikami nowej wrażliwości i innego podejścia do kształtowania własnego losu. Stąd pomieszane z podziwem zdumienie Mateusza, kiedy Gilbert oświadcza, że – mimo iż posiada gospodarstwo – nie chce być farmerem, i stąd konsternacja Maryli, która co prawda zgadza się przyuczyć Anię do roli pani domu, ale jednak z oporami, jak gdyby wyczuwała, że w tym pomyśle jest coś niewłaściwego.

Zastosowana przez twórców „Ani, nie Anny” strategia dopowiadania, nadpisywania i zniekształcania wątków może razić, trzeba jednak przyznać, że ma ona swoje zalety, choćby takie, że zasadniczo poszerza docelową grupę odbiorców oraz pozwala tchnąć nowe życie w historię nieco już niewspółczesną. Doprawdy trudno mieć twórcom za złe, że pozwalają Ani znacznie szybciej niż po całych latach szkolnej rywalizacji wybaczyć Gilbertowi jego niefortunne zachowanie: przecież oboje mają tyle prawdziwych problemów na głowie – trzeba uratować jakąś farmę, zaopiekować się chorymi lub niedomagającymi dorosłymi, zmierzyć się ze śmiercią w rodzinie, a jeszcze do tego znieść całe to dorastanie z ledwo rozbudzoną świadomością pierwszego romantycznego zawrotu głowy. Równocześnie jednak czytanie „Ani z Zielonego Wzgórza” wbrew intencjom oryginału czasem wydaje się nie do końca szczere. Chodzi tutaj zwłaszcza o kwestię wprowadzenia konwencjonalnych wątków, które mają udramatycznić przebieg wydarzeń, takich jak samotna wyprawa Ani do dużego miasta czy przybycie do Avonlea typów spod ciemnej gwiazdy. Rozumiem stojące za tą strategią intencje, ale trudno mi oprzeć się wrażeniu, że przynajmniej niektóre z tych ulepszeń w gruncie rzeczy ulepszeniami nie są.

Część owych zabiegów zdaje się mieć źródło w pomyśle spoglądania na „Anię z Zielonego Wzgórza” z perspektywy „Dziwnych losów Jane Eyre”, książki, którą serialowa bohaterka darzy wielką estymą. W angielskiej wersji językowej każdy kolejny odcinek nosi tytuł zaczerpnięty z tej właśnie powieści, a twórcy raz po raz próbują akcentować podobieństwa między Jane i Anią: sierotami, które w dzieciństwie przeszły piekło, lecz z determinacją przeciwstawiły się wszelkim przeciwnościom. W związku z tym w pozbawioną drastycznych wydarzeń tkankę prozy Lucy Maud Montgomery scenarzyści wpletli co nieco akcji i sensacji, przy okazji dodając też (to akurat nie jest zarzut) trochę charakteru niektórym postaciom, zwłaszcza Gilbertowi, który – wbrew literackiemu oryginałowi – od początku stanowi ucieleśnienie ideałów Ani o romantycznym bohaterze: w pierwszej sekwencji ze swoim udziałem wyłania się z jesiennej mgły, by uratować dziewczynę z opresji, później zaś jawi się jako szlachetny, ale cierpiący chłopak, stojący u progu swojej inicjacyjnej wędrówki. Ostatecznie – oglądane przez pryzmat wątków z powieści Charlotte Brontë – losy Ani Shirley stają się rzeczywiście dziwne: czasem przejmujące w wiarygodnym oddaniu niuansów społecznych i psychologicznych, czasem niepotrzebnie wydumane i sztucznie udramatyzowane. Finał serii zwiastuje utrzymanie tej tendencji w kolejnym sezonie, którego premiera planowana jest na 2018 rok.
„Ania nie Anna” („Anne with an E”). Serial TV. Reżyseria: Niki Caro, Patricia Rozema i in. Scenariusz: Moira Walley-Beckett.  Obsada: Amybeth McNulty, Geraldine James, R.H. Thomson, Lucas Jade Zumann, Dalila Bela i in. Kanada 2017.