Wydanie bieżące

15 października 20 (332) / 2017

Maciej D. Woźniak,

SUROWE PIĘKNO. O KINIE KRZYSZTOFA KRAUZEGO I JOANNY KOS-KRAUZE

A A A
Czy w Polsce da się nakręcić film o życiowym dramacie zwykłej rodziny, który przykuwa do ekranu niczym najlepszy thriller? Czy da się stworzyć czarno-biały film o romskiej poetce tak piękny w słowie i obrazie, że jego pojedyncze kadry zostają w pamięci na zawsze? Da się. Ale trzeba się nazywać Krzysztof Krauze. Albo Joanna Kos-Krauze.

Pierwszy wymieniony tytuł to „Plac Zbawiciela” przedstawiający brutalny w swojej prawdziwości obraz toksycznych relacji rodzinnych łączących teściową, synową i jej męża. Był to pierwszy film, który „oficjalnie” nakręcili razem Krzysztof Krauze i jego żona Joanna Kos-Krauze. Wcześniej Kos-Krauze była de facto współtwórczynią „Mojego Nikifora”, jednak przy pracy nad tym filmem formalnie pełniła funkcję drugiego reżysera. Choć „Plac Zbawiciela” powstał jedenaście lat temu, do dziś poraża dosadnością i namacalnością ludzkich dramatów. Był to ogromny sukces artystyczny Krauzów. Film obsypano nagrodami na czele ze Złotymi Lwami w Gdyni i czterema Orłami.

Drugi z wymienionych filmów to „Papusza” – ostatnie dzieło, przy którym Krauzowie pracowali razem. W historii romskiej poetki, odkrytej przez pisarza Jerzego Ficowskiego, udało im się zawrzeć prawdziwe piękno obrazu i odmalować czarno-białymi plastycznymi kadrami unikatowość, a zarazem nieprzystępność romskiej kultury. Podczas produkcji kolejnego filmu, „Ptaki śpiewają w Kigali”, Krzysztof Krauze był w bardzo zaawansowanym stadium choroby nowotworowej i choć brał udział w przygotowaniach do produkcji, na planie pojawił się zaledwie na kilka dni. Jednak i w tej, zgoła odmiennej historii, podobnie jak w „Papuszy”, „Placu Zbawiciela”, a także „Moim Nikiforze” i jeszcze wcześniejszym „Długu”, można rozpoznać kilka powtarzających się motywów oraz charakterystyczny sposób prowadzenia narracji, który stanowi filmowy testament Krauzego.

Ze względów formalnych „Dług” z 1999 roku właściwie powinien zostać pominięty, bo skoro mowa o dziełach reżyserskiego małżeństwa, pod uwagę należałoby brać tylko te, przy których pracowali oboje. A jednak „Długu” pominąć nie sposób, bo to właśnie w tym filmie Krauze ostatecznie odnalazł artystyczną drogę, po której później kroczył wespół ze swoją żoną. Rozedrgana kamera, niepokojąca muzyka smyczkowa, plener, zima, chłodna tonacja obrazu. Tak witają widza pierwsze kadry „Długu”, zapowiadające podróż pełną emocji i mocnych wrażeń. Po sensacyjnym początku, w którym policjanci rozprawiają o zwłokach wyciągniętych z Wisły, następuje jednak zwrot i naszym oczom ukazują się główni bohaterowie – Adam i Stefan, zwykli faceci w okolicach trzydziestki. Wiodą spokojne życie, myślą o założeniu rodzin, rozkręcają własny biznes. Proste obrazki z prostego życia. Ale dalej kadrowane w zbliżeniach, z podobnym inscenizacyjnym chłodem i wyjątkowo naturalnie brzmiącymi dialogami, jakby żywcem wyjętymi z zasłyszanych rozmów.

Cisza i spokój trwają nadal, ale bohaterowie spotykają na swej drodze Gerarda, z którym wchodzą w nieudany interes. Sytuacja rychło przemienia się w burzę, gdy grany przez Andrzeja Chyrę biznesmen okazuje się zwykłym naciągaczem i szantażystą wpędzającym Adama i Stefana w szaloną spiralę gróźb i lęku, zaciskając coraz mocniej psychologiczną pętlę na ich szyjach. Co ciekawe, klimat filmu zaczyna ciążyć ku psychologicznemu thrillerowi, ale wcale nie zmienia się sposób prezentacji świata. Surowe ujęcia oraz równie powściągliwe sceny dialogowe trwają, jednak ich charakter zmienia się w coraz bardziej mroczną serię pułapek i sytuacji bez wyjścia. Wszystko pokazane w sposób prosty, a jednak tak skomplikowany, oszczędny w słowach, akcentujący trudny do wyobrażenia ból i dramat śmiertelnego potrzasku.



Krauze osiąga emocjonalne ekstremum nie poprzez natrętne szokowanie brutalnością czy wulgarnym językiem (jak to mają niektórzy w zwyczaju), ale poprzez umiejętne skonstruowanie akcji dramatycznej, która choć złożona z prostych scen, układa się w skomplikowany układ relacji kat-ofiara, wywołując empatię z nękanymi bohaterami i namacalność odczuwanego przez nich strachu. Przenosząc na ekran wstrząsającą historię Sławomira Sikory i Artura Brylińskiego skazanych za morderstwo na ich rzeczywistym oprawcy, reżyser zrezygnował z jakichkolwiek upiększeń. Pozwolił mówić i oddychać bohaterom takim, jakimi byli, dokonując jedynie drobnych dramaturgicznych korekt. Ta bliskość „Długu” wobec realnych wydarzeń staje się bardzo wyraźna, gdy zestawi się film fabularny z dokumentem „Egzekucja” prezentującym relacje rzeczywistych bohaterów tej wstrząsającej historii. Nie moralizowanie, nie dramatyzowanie, ale uważne przyglądanie się temu, co się stało – na to postawił Krauze w swoim filmie. I to przyniosło mu sukces.

Powrót do „Długu” po niemal dwudziestu latach jest potrzebny, gdy chcemy mówić o późniejszych filmach reżysera, realizowanych już wspólnie z Joanną Kos-Krauze. Bo choć „Papusza” czy „Ptaki śpiewają w Kigali” wydają się dziełami odmiennymi, zachowują tę samą nadrzędną zasadę – prostotę i dystans. Spójrzmy na bohaterów kolejnych historii. W „Moim Nikiforze” poznajemy tytułowego malarza prymitywistę Nikifora Krynickiego i wspierającego go Mariana Włosińskiego. Obserwujemy ich problemy i codzienne życie, próby pomocy Nikiforowi zarówno materialnej, jak i tej związanej z przystosowaniem go do życia w społeczeństwie. Widzimy coraz trudniejsze relacje Włosińskiego z rodziną. Uczestniczymy w procesie powstawania obrazów. Ale znów – wszystko to są proste sceny, proste gesty, zwykłe wydarzenia. Bohaterowie siedzący na ławce w parku, przygotowywanie obiadu… Codzienne zdarzenia, które krok po kroku składają się na niezwykły portret artysty.

Podobnie jest w „Papuszy”, bo choć obraz poetki został ubrany w dopieszczone zdjęcia, reżyserski duet ponownie skupia się na wiernym odtworzeniu doświadczeń – tym razem Jerzego Ficowskiego, obcującego z Romami i poznającego Papuszę. Sceny z życia codziennego pokazują przede wszystkim Romów, ich wędrówki, obyczaje i kulturę, ale także Ficowskiego jako młodego pisarza we wczesnym PRL-u. Zderzenie tych światów prowadzi zarazem do ukazania dramatu poetki – wrażliwej i inteligentnej, lecz zarazem prostej, niepasującej do świata poza jej wspólnotą etniczną, ale nierozumianej także przez współziomków. Wszystko to ukazane jest bez melodramatyzmu, bez pretensjonalności, choć na pierwszym planie nieustannie znajdują się poezja i poetka, jej żywot i osobisty dramat, wiarygodnie sportretowany dzięki stonowanej grze Jowity Budnik.

 

Budnik to mistrzyni w oddawaniu skomplikowanych rysów psychologicznych. Oprócz „Papuszy” stworzyła u Krauzów jeszcze dwie takie kreacje. Pierwszą w „Placu Zbawiciela”, gdzie grała Beatę, młodą matkę dwójki dzieci udręczoną przez otaczający ją koszmar związany z utratą mieszkania (w wyniku oszustwa dewelopera) i pieniędzy, ale przede wszystkim z toksycznym klimatem tworzonym przez jej męża i teściową. Bohaterowie filmu zostają zamknięci w tyglu problemów i wzajemnych uprzedzeń. Dosłownie i w przenośni, bo ciasna przestrzeń małego mieszkania, w której są uwiezieni niczym w klatce, tylko potęguje konflikty. Krauzowie do perfekcji opanowali tutaj sztukę konstruowania prostych scen (często wyglądających niczym quasi-dokumentalne relacje z polskich domów), które kumulowały się w obrazie przepojonym emocjami, odsłaniającym mroczne strony ludzkiej natury i kryzys rodziny. Ponownie bez najmniejszej dozy moralizatorstwa, po prostu z pieczołowitą prezentacją realnych zdarzeń. Budnik, ale także partnerujący jej Ewa Wencel i Arkadiusz Janiczek stworzyli tu postaci tak bliskie widzom, że niemal znajome; wydawałoby się, mieszkające w sąsiednim pokoju. Wszystko dzięki żywym dialogom, które w naturalny sposób kipiały od emocji, oraz scenariuszowi, który przynosił wręcz naturalistyczny obraz polskich rodzin.

Anna Keller odgrywana przez Budnik w „Ptaki śpiewają w Kigali” przeżywa zupełnie odmienny dramat niż jej bohaterka we wcześniejszym o jedenaście lat filmie. W ostatnim dziele Krauzów polska ornitolog, a także uratowana przez nią z ogarniętej wojną Ruandy Claudine starają się poradzić sobie z traumą, jaką było ludobójstwo. Czy to w ogóle możliwe? Takie właśnie pytanie zadają reżyserzy poprzez samą formę obrazu, jeszcze bardziej surową i ascetyczną niż to, co prezentowali dotąd. Samych scen mordów dokonywanych przez Hutu na Tutsi właściwie tu nie ma (jak mówiła Kos-Krauze – aby nie wpaść w schemat, nie banalizować tragedii, jak zdarza się czasem w amerykańskich filmach na podobne tematy). Jest tylko dramat dwóch kobiet. Dwóch kobiet, które pochodzą z odmiennych światów, ale widziały to samo zło. Przez jakiś czas obserwujemy je podczas prób przystosowania się do życia w Polsce. Potem towarzyszymy im podczas powrotu do Ruandy. Co robią? To, co wszyscy bohaterowie filmów Krauzów. Żyją. Jedzą. Śpią. Płaczą. Krzyczą. Starają się pracować. W tych prostych czynnościach poprzez wyraz twarzy czy gesty uwidacznia się nieopisany ból, którego nie można sobie uzmysłowić. Dlatego też „Ptaki śpiewają w Kigali” to najbardziej surowy film reżyserskiego duetu. Uwagę zwracają w nim rwane ujęcia, często kadrowane „zza winkla”, z kamery mającej podglądać bohaterki, ustawionej w sposób, który sprawia wrażenie przypadkowego. Zarazem widoczna jest moc zbliżeń na twarze Budnik i Eliane Umuhire. Jakby tylko w ich oczach można było szukać odpowiedzi na pytania o rozgrywający się dramat. Brak muzyki. Prostota i cisza. I tylko człowiek pośród tej ciszy.



Człowiek w kinie Krauzego i Kos-Krauze jest nagi, odarty ze wszystkich dramaturgicznych klisz, banałów i frazesów. Mówi językiem naturalnym i prawdziwym, nie przyprószonym sztucznie przez nowomowę czy slang, lecz prostym i zwyczajnym, takim, jakim mówimy my sami w domu, na ulicy, w naszych myślach. Pokazany jest równie surowo, jak surowo mówi – w bliskim planie, bez niepotrzebnego efekciarstwa, w ujęciach, które są statyczne, ale zarazem prezentują ascetyczne piękno wynikające z umiejętności uchwycenia nieuchwytnego. Strachu zaszczutego człowieka. Smutku odtrąconego i niezrozumianego artysty. Rozdzierającego chaosu lęgnącego się w głowie dziewczyny, której świat wali się na głowę. Wrażliwości poety. Koszmaru doświadczenia niewyobrażalnych zbrodni.

Jak ogromnego trzeba wyczucia, by nie przeciągnąć struny, by nie stworzyć filmu pretensjonalnego czy trącącego fałszem. Jak wiele scenopisarskiego i reżyserskiego wysiłku trzeba włożyć, by tak skomplikowane i nienamacalne prawdy oddać na ekranie. A jednak to się udało reżyserskiemu duetowi wielokrotnie. Bo podchodzili do swoich bohaterów i historii z całkowitą szczerością i szacunkiem, unikając pustych gestów i zbędnych znaków. Tym samym udało im się tworzyć kino prawdziwie humanistyczne w tym sensie, że dotykało prawdy o człowieku w jej rozmaitych wymiarach. Krzysztof Krauze już za kamerą nie stanie. Może to zrobić jego żona. Jednak niezależnie od tego, jak ta historia dalej się potoczy, pewne jest, że ich kino pozostanie ponadczasowe. Bo prawda zawsze jest ponadczasowa.