Wydanie bieżące

15 października 20 (332) / 2017

Paulina Zięciak,

CZŁOWIEK CZŁOWIEKOWI WILKIEM (ILUSTRACJE MATTA KISHA DO 'JĄDRA CIEMNOŚCI')

A A A
„Żyjemy tak jak śnimy – samotni” – mówi w „Jądrze ciemności” Joseph Conrad, który pewnie nie spodziewał się, że stworzone przez niego, u schyłku wieku XIX symbole, odrodzą się w wieku XXI, w nasyconym makabrą, widmowym widowisku wizualnym, przygotowanym w 2013 roku przez amerykańskiego ilustratora Matta Kisha, jako dopełnienie noweli.

Matt Kish podobnie jak Joseph Conrad operuje znakiem. Znakiem odczytywanym w równie szerokim kontekście, co metaforyczno-literacki symbol stworzony przez pisarza. Znakiem mającym budować kontrasty. U Conrada – ład kontra barbarzyństwo, biali kontra czarni, delikatność kontra makabra. U Kisha są to kontrasty wizualne – czerń kontra biel, monochromatyzm kontra kolor, linia kontra jednolita plama barwna.

Artysta tworzy serię całostronicowych ilustracji towarzyszących równolegle tekstowi, kreując swoiste pary słowa i obrazu, mimo silnej niezależności i indywidualności własnej wyobraźni i tym samym kreacji wizualnej. Kish nadaje „Jądru ciemności” metafizyczny wymiar. Jego humanoidalne postaci nie są ani ludzkie, ani zwierzęce. To widma nie z tego świata, doskonale oddające nastrój grozy odczuwany w prozie Conrada. To stworzone przez artystę „coś” znajduje się pomiędzy maską a czaszką, pomiędzy surrealizmem a groteską. Czytelnik, wepchnięty przez Conrada w krąg niszczycielskiego inferno, pozostaje osaczony wizualizacją najgorszego koszmaru sennego, w którym prym wiodą „oklapłe, kłamliwe, bladookie diabły drapieżnego i bezlitosnego szaleństwa”, które w wizji Kisha mają puste oczodoły, wydłużone nozdrza i silne, mocne szczęki.

Powracający u Conrada motyw światła, kreowanego jako zestawienie ciemności i jasności, czyli sprzeczności, różnic i kontrastów, widoczny jest u Kisha w sposobie przedstawiania. Po monochromatycznych, czarnobiałych planszach pojawiają się obrazy barwne, ale tworzone jedynie przy użyciu palety podstawowej. Tutaj prym wiedzie kontur – mocna czarna linia jest wyznacznikiem, do którego dostosowuje się jednolita plama żółci, zieleni, czerwieni bądź błękitu.

U Conrada ciemność i jasność to moralność, ale również i rasa. Biali i czarni są tutaj przeciwnikami. Tylko biali są gatunkiem ludzkim – nieskazitelnym, wymuskanym, eleganckim. Tylko człowiek biały jest człowiekiem myślącym, a wręcz nadnaturalnym bóstwem, które „przyszło z grzmotem i błyskawicą” i żyje jak „zaczarowana księżniczka śpiąca w bajkowym zamku”. Taka gloryfikacja jest kłamstwem, dlatego u Kisha tego podziału nie ma. Każdy jest takim samym monstrum, widmem samego siebie, cieniem, którego nawet odbyta w głąb własnej duszy podróż nie jest w stanie uratować. Wrastając w dżunglę, człowiek podporządkowywany jest naturze niezależnie od stopnia (i poczucia) własnego zdziczenia. Tu drzewa mają oczy, a ludzkość jest tylko żyjącym w ich cieniu robakiem.

U Conrada opisywana podróż ma przede wszystkim wymiar duchowy. Nie ma określonego czasu akcji, nie ma spójnego przebiegu ani konkretnego miejsca. Nie ma również indywidualności. Padające imiona są metaforą, uosobieniem wszystkiego – ogółem. Pozostaje za to wymiar uniwersalny. Wykorzystuje go również amerykański artysta, nadając światowi przedstawionemu czasami wymiar kosmiczny – kreując ilustracje na miarę przestrzeni międzygalaktycznej „Gwiezdnych wojen” lub „Valeriana i Miasta Tysiąca Planet”, czasami technologiczny – dając bohaterom atrybuty, zbroje i czołgi, którymi nie pogardziłby niejeden bohater popkulturowego świata superbohaterów.

Uniwersalna jest również śmierć. Obecna nie tylko jako widmo czarnych ciał zawieszonych na stalowych łańcuchach bądź w czaszce przeszytej strzałą. Niedosłownie przedstawiające agonię obrazy nie ustępują tym werystycznym w odczuwaniu trwogi, histerii czy grozy. Bojaźń rodzi się w innych elementach tych wizji – w sposobie przedstawiania wynaturzenia istoty ludzkiej. Właśnie ten brak człowieczeństwa prowadzi do odczuwania rychłej zagłady, a nawet masakry gorszej niż sama śmierć, gdyż pochodzącej z ręki człowieka, uznającego się za cywilizowanego, a dającego zapłatę drutem bez żadnego pożytku, potęgując jedynie głód i udrękę życia w piekle.

Dreszczem napawają te sceny – wizualnie piękne, ale nasycone jeszcze większą dawką obawy i niepokoju, gdy uświadomimy sobie, że te pozbawione jakiegokolwiek wymiaru ludzkiego postaci są obrazem nas samych. Obrazem człowieka. Dreszczem podobnym do tego, który owładnął Marlowem na myśl, że owi obserwowani przez niego dzicy dysponują takim samym człowieczeństwem jak on, a być może nawet pokrewieństwem.

Przerażająca w tych wyobrażeniach jest cisza. Niemy krzyk uchodzący z „twarzy” w pełni zdominowanych przez ogromne, mocne szczęki bądź czaszki świecące pustymi oczodołami. Zatracić się można w ich ciemnej, niekończącej się otchłani, prowadzącej donikąd. Prowadzącej w próżnię. Ta bezbarwność i anonimowość postaci jest gorsza niż możliwość posiadania przez nie indywidualnego oblicza. Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka – zwykło się mawiać. Kish tworzy swoje obrazy tak, że śmierć anonimowych postaci przeraża jeszcze bardziej.

Literatura:

J. Conrad: „Heart of Darkness”. Nowy York 2013.