Wydanie bieżące

1 listopada 21 (333) / 2017

Kamila Czaja,

NA JEDEN DZIEŃ (PIERRE LEMAITRE: 'TRZY DNI I JEDNO ŻYCIE')

A A A
Bardzo łatwo zrobić książce krzywdę za wysokim ustawieniem poprzeczki i nadmiernym ukierunkowaniem lektury. Obie te rzeczy stały się udziałem powieści Pierre’a Lemaitre’a „Trzy dni i jedno życie”. Dopisek na okładce: „Zbrodnia i kara. Pokuta, która trwa całe życie” nieuchronnie kieruje uwagę w stronę dzieła Fiodora Dostojewskiego. Wprawdzie popularny francuski autor jest doceniany także poza kręgiem czytelników kryminałów i thrillerów (wystarczy przypomnieć Nagrodę Goncourtów 2013 za „Do zobaczenia w zaświatach”) – ale Dostojewskim nie jest.

Prawdopodobnie nawet bez okładkowej zapowiedzi skojarzenia poszłyby w stronę Raskolnikowa. W „Trzech dniach i jednym życiu” dokonane przez dwunastolatka, Antoine’a, morderstwo małego chłopca, Rémiego, okazuje się punktem zwrotnym, a chociaż zbrodnia przez lata nie zostaje wyjaśniona, sprawca dorasta w jej cieniu, czekając, aż ktoś wymierzy mu sprawiedliwość: „Antoine żył w przeświadczeniu, że wcześniej czy później jego zbrodnia dopadnie go, zniszczy mu życie” (s. 191). Lemaitre wprowadza fragmenty, w których młody zabójca sugestywnie wyobraża sobie różne warianty tego, co na pewno za chwilę się wydarzy. Tego typu wstawki komplikują prostą w gruncie rzeczy historię. Mam jednak wrażenie, że przy dość chłodnej narracji trudno się przejąć losem zarówno ofiary, jak i sprawcy – który sam zmienia się w ofiarę własnych czynów. Jego biografia, romanse, przemyślenia często wypadają blado; zwłaszcza wątki uczuciowe okazują się dość banalne, papierowe, pozbawione napięcia, którego należałoby oczekiwać w kontekście wysokiej fabularnej stawki.

Dużo ciekawszy jest drugi plan. Pisarz bez złudzeń pokazuje, co dzieje się w małą społecznością miasteczka Beauval w obliczu zbrodni. Lata się zmieniają – ludzka natura pozostaje taka sama. Lemaitre ma celne psychologiczne obserwacje. Mieszkańcy słyszą podziękowania za pomoc w poszukiwaniach chłopca w świątecznym dniu – „Dyskretnie odchrząknąwszy, każdy z obecnych poczuł się podwójnie ofiarny i szlachetny” (s. 133). A gdy po latach wychodzą na jaw kolejne fakty, dziennikarze bez trudu zbierają wypowiedzi „sąsiadów, sklepikarzy, radnych, przechodniów, listonosza, nauczycieli, rodziców uczniów, wszyscy byli wzruszeni do łez, miasto delektowało się perspektywą połączenia się w bólu” (s. 240).

Miasto to najbardziej interesujący „bohater” tej powieści; niezmienna, rytualna przestrzeń, w której w 1999 roku dzieci powtarzają opinie rodziców: „Wszyscy mieli podobne miny jak ich rodzice, mówili to, co ich rodzice” (s. 80), by po paru latach zrealizować w pełni swoje przeznaczenie: „Takie właśnie było Beauval, miejsce, gdzie dzieci podobne były do swoich rodziców i czekały, by zająć ich miejsce” (s. 200). Świetnie wypada scena pasterki, gdy msza staje się pretekstem do naszkicowania mikrokosmosu miasteczka. Z podziwem czyta się też o przebiegu huraganu i powodzi (chociaż można odnieść wrażenie, że to materiał na osobną – może lepszą niż ta dotycząca zbrodni – opowieść). Mieszkańcy muszą się zmierzyć z kataklizmem, z gwałtowną zagładą tego, co znają: „Pani Courtin się rozpłakała. Bez wątpienia, podobnie jak Antoine, bała się, ale przede wszystkim płakała nad tym, co od zawsze znała i co teraz na jej oczach z zatrważającą szybkością znikało. Każdy odbierał to nieszczęście jako cios wymierzony w niego osobiście” (s. 162). To w tych momentach najlepiej widać, jak ważnym elementem powieści jest Beauval jako zbiorowość: „O świcie miasto obudziło się i przeżyło szok” (s. 167).

Nie chodzi o to, że „Trzy dni i jedno życie” to zła książka. Czyta się ją płynnie, obserwacje psychologiczne (zwłaszcza te z zakresu psychologii społecznej) przekonują, przebieg akcji nie razi nadmiarem nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, konkluzje są logiczne, ale nie wszystkie z nich łatwo przewidzieć. Konstrukcja wypada interesująco, ponieważ tytułowe trzy dni Lemaitre opisuje szczegółowo, a przeskoki między rozdziałami nie są cięciami, których spodziewa się odbiorca, lecz kolejny fragment zaczyna się w tym samym punkcie, w którym poprzedni został urwany. Nie ma wielu skrótów, czytelnik towarzyszy przerażonemu swoim czynem Antoine’owi w licznych zdarzeniach przełomowych trzech dni. Brakuje jednak czegoś, co wyróżniałoby tę powieść na tle innych. Francuski pisarz, jak ma w zwyczaju, sprytnie prowadzi fabułę do finałowego obrotu sprawy – nie jest to jednak finał na tyle porażający, by mógł dorównać zwrotom akcji ze świetnego kryminalnego cyklu tego autora („Koronkowa robota”, „Alex”, „Ofiara”; zwłaszcza po dwóch pierwszych czytelnik zostaje z poczuciem, że wspaniale dał się wywieść w pole). Tym razem zabrakło efektu olśnienia grami z konwencją i odwróceniem sytuacji. Mamy tu zgrabny pomysł i frapujący obrazek małej społeczności, a całość została porządnie zrealizowana warsztatowo, więc książkę da się bez bólu przeczytać w parę godzin. Ale o ile bohater w swoim „jednym życiu” nie ma szans wyrzucić ze świadomości kluczowych „trzech dni”, o tyle czytelnik po takim jednodniowym lekturowym spotkaniu może o powieści Lemaitre’a bez wielkiego żalu zapomnieć.
Pierre Lemaitre: „Trzy dni i jedno życie”. Przeł. Joanna Polachowska. Muza. Warszawa 2017.