Wydanie bieżące

1 listopada 21 (333) / 2017

Grzegorz Mucha,

KONTRREWOLUCJE LIDERÓW, CZYLI O ROCKOWYCH MROŻONKACH

A A A
Myślę, że prawie każdy względnie zorientowany słuchacz muzyki rockowej jest w stanie z łatwością rozpoznać okres, z jakiego dane nagranie pochodzi. Różnice stylistyczne, jak i techniczna strona nagrań są wyraźne. Ale jest coś jeszcze…

Otóż czym nowsze nagranie, tym bardziej wydaje się precyzyjne. Jest to, poza obróbką studyjną, także kwestia umiejętności instrumentalistów. Krótko mówiąc, muzycy rockowi grają coraz lepiej. Można zatem powiedzieć, że rock się rozwija i wszystko idzie we właściwym kierunku. Ale czy na pewno? Nie jestem pewien. Bo czymże jest rock, jeśli nie muzyką buntu, albo przynajmniej pewnej przekory – pójścia pod prąd. A co obecnie dostaje słuchacz? Najczęściej biegle wykonaną, znaną już sobie muzykę. Ale nie będę w tym tekście biadolił nad eskapistycznym podejściem większości aktualnych grup rockowych. To jest zagadnienie na kilka odrębnych, sążnistych referatów. Chcę tylko się na chwilę skupić na stronie wykonawczej. Obecni muzycy grają coraz lepiej, bo często są wyedukowani w szkołach, w których uczy się grać rocka. Zjawisko takie kiedyś było nie do pomyślenia. I tu zaczyna się pewien kłopot. Bo rock u swego zarania był muzyką tworzoną przez amatorów. To amatorzy z gitarami rozbijali wzmacniacze i zastane pojęcia społeczne. Oczywiście w latach 70. doszło do wielu zmian i przetasowań w spojrzeniu na ów gatunek. Dobrym tego przykładem jest jeden z najbardziej znanych i uznanych zespołów, czyli Pink Floyd. Zaczęli jako eksperymentująca grupa undergroundowa. Przez kilka lat intensywnie rozwijali swoją muzyczną formę, aby dojść do muzyki… ogólnie przystępnej. Bo z pewnością można tak określić, a zarazem wytłumaczyć spektakularny sukces albumu „Dark Side of the Moon”, który zresztą zawiera świetne utwory, wyznaczające grupie na kilka lat pewien pułap. Na razie wszystko jest w porządku. Ale kilka lat później poprzez nieznaczną woltę stylistyczną PF odnieśli kolejny spektakularny sukces, którym był album „The Wall”. No i zaczęły się kłopoty. Roger Waters uznał się bowiem za lidera i postanowił zrobić odpowiedni porządek. Następny album realizował według własnego pomysłu z małą pomocą dwóch już tylko kolegów z zespołu (Richarda Wrighta samozwańczy lider uznał za zupełnie zbędnego) oraz wybranymi muzykami studyjnymi. Przypuszczam, że ci drudzy mieli większy wpływ na kształt całości. Powstał album „The Final Cut”, który słuchaczom przyniósł głównie watersowski lament, nie mający wiele wspólnego ze stylistyką Floydów. Grupa oczywiście w przeszłości nie raz zaskakiwała, ale były to zaskoczenia wynikające z sięgania po nowe rozwiązania. Tu ich zabrakło, bo całość przypominała zaledwie dodatek do słynnego „The Wall”. Piszę o tych odległych sprawach, bo moim zdaniem ów album był punktem zwrotnym w rockowych dziejach. To wtedy zaczęła się tendencja do coraz częstszego wynajmowania muzyków studyjnych. Pamiętajmy, iż nieco wcześniej ze Stanów Zjednoczonych zaczęła promieniować nowa stylistyka, niosąca dla rocka swoistą truciznę. Pierwsze tryumfy święciły takie grupy, jak Supertramp, Steely Dan czy Toto. Zwłaszcza muzycy z tej ostatniej wkrótce zaczęli być coraz częściej wynajmowani do grania gościnnego. Nagle, po pewnych charakterystycznych dla lat 80. zmianach stylistycznych, okazało się, że bez muzyków studyjnych nie da się już niczego zrealizować. Grupy komercyjnego rocka zza oceanu zaczęły odnosić coraz większe sukcesy, teoretycznie „podnosząc” go na wyższy instrumentalny poziom. Ale wychwalane pod niebiosa albumy realizowane z udziałem muzyków (ba! wręcz gwiazdorów jazzu) przynosiły na ogół rock idealny do przysłowiowego kotleta, albo raczej hamburgera. Zresztą w innej stylistyce muzycy jazzowi by się nie sprawdzili. Kiedy ów trend pojawił się w Wielkiej Brytanii, siła rocka zdecydowanie osłabła. Wspomniany album „The Final Cut” był tego zjawiska zwiastunem. Szkoda tylko, że Waters nie zauważył wówczas własnych słabości, bo ani basistą, ani nawet wielkim wokalistą nie był i nie jest. Gdyby chciał zachować się godnie, jak na Anglika przystało, powinien wtedy także podać się do dymisji, czyli zwolnić siebie samego. Dwa lata później kolejnym pamiętnym krokiem w tym niechlubnie „profesjonalnym” kierunku był album Micka Jaggera „She’s the Boss”. Lista płac przyprawiała o zawrót głowy, a przecież piosenki Micka były bardzo zbliżone do tych zrealizowanych z kolegami z macierzystego zespołu. To tak, jakby London Symphony Orchestra grała kompozycje napisane dla Emerson String Quartet.

Później nazwa zespół zaczęła być coraz bardziej umowna. Nawet tak sympatyczna grupa, jak The Waterboys, po wydaniu kilku albumów, za sprawą charyzmatycznego lidera Mike’a Scotta, oderwała się od swoich korzeni. Zamiast kolegów w zespole coraz liczniej zaczęli się pojawiać muzycy, którzy potrafią zagrać wszystko. Z czasem doszło do zjawisk kuriozalnych. Inna niezła grupa, od początku reprezentująca jednak lekką brygadę rocka, czyli Tears for Fears, poszła dalej. Zaczęła karierę jako duet (Orzabal, Smith) plus kilku gości, aby z czasem dojść do sytuacji duet (albo wyłącznie Orzabal) plus szwadron gości. W latach 90. doszło do wielu przetasowań, mających na celu powrót do chlubnej przeszłości rocka, ale bezwzględna producencka machina stale domagała się ofiar. I dziś już nikogo nie dziwią niekończące się listy płac drukowane we wkładkach do płyt. Warto dodać, iż są to często, niezależnie od stylistyki, te same nazwiska. A potem jest tak, iż któryś z owych mistrzów sprawności instrumentalnej wpada na pomysł, aby powoła do życia własny zespół. Na ogół zyskuje od razu sporą reklamę, która nie raz „nakręca” nawet starych rockowych wiarusów. Ale kończy się to zawsze tak samo – wiejącą chłodnym powiewem nudą, której każdy dźwięk przemienia słuchacza w klienta mrożonek z muzycznego supermarketu.