Wydanie bieżące

1 listopada 21 (333) / 2017

Magdalena Piotrowska-Grot,

Z TĘSKNOTY... (JAN POLKOWSKI: 'GDY BÓG SIĘ WAHA. POEZJE 1977-2017')

A A A
Wydawałoby się, że spoglądanie na dorobek poetycki z pewnego oddalenia umożliwia literaturoznawcy rozgoszczenie się w strefie historycznoliterackiego komfortu. Posiada podstawy, zapis recepcji danej twórczości, ogląd całościowy. Opracowanie strategii lektury, wspartej kontekstem historycznym i społecznym, jest niezaprzeczalnie procesem wymagającym, zmusza do uruchomienia wielu filologicznych narzędzi, ale w pewnym stopniu generuje także modelowy sposób analizy. Oczywiście stałej obserwacji aktualnych zjawisk literackich nie krępuje stan badań. Upraszczając te rozważania, można powiedzieć, że na tym polega podstawowa różnica pomiędzy historią literatury a krytyką literacką. Obie dziedziny należy połączyć, kiedy zajmujemy się dorobkiem aktywnego aktualnie poety, który debiutował, jak Jan Polkowski, czterdzieści lat wcześniej. Niezwykle łatwo bowiem zagubić równowagę pomiędzy świadomością, że nie tylko zmieniła się poetyka twórcy, ale przede wszystkim ewoluowały potrzeby i oczekiwania czytelników.

Działalność publicystyczna Polkowskiego oczywiście wpłynęła także na lekturę poezji, która nadal porusza podobne tematy. Zmienił się jednak społeczny kontekst lektury tych tekstów, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że zarówno czytelnicy reprezentujący poglądy prawicowe, przywiązani do tradycji, jak i odbiorcy liberalni przypisują samej twórczości poetyckiej jakości semantyczne, których w niej nie ma lub nie pełnią przypisywanej im funkcji. Jan Polkowski zdecydowanie nie jest poetą jednowymiarowym, czytelnik spotka się w słowach poszczególnych wierszy z licznymi rozdźwiękami, kontrastowymi zestawieniami, ambiwalentnym stosunkiem człowieka z wiersza do wielu z opisywanych zjawisk.

„Świat to tylko powietrze…”

Wydawcy tomu „Gdy Bóg się waha. Poezje 1977–2017” umożliwili nam prześledzenie kolejnych etapów rozwoju poezji Polkowskiego, warto więc rozpocząć właśnie od tego gestu. Przede wszystkim należy wyliczyć prymarne dla tej twórczości kręgi tematyczne, jakie od samego początku, czyli publikacji książki poetyckiej „To nie jest poezja”, stanowią fundamentalną problematykę dzieł Polkowskiego. To przede wszystkim etyka i metafizyka, rozumiana wyraźnie nie tyle jako możliwość poznania prawdy o istocie świata czy sensie istnienia, ale przede wszystkim jako możliwość konstruowania pytań dotyczących tych kwestii oraz poszukiwania odpowiedzi. W poezji Polkowskiego wiodącą metodą owych dociekań jest przede wszystkim obserwacja świata, ale także uruchomienie perspektywy jednostkowej, próba zbadania własnego wnętrza i możliwości konstrukcji, opartych na tej autoanalizie, prawd uniwersalnych: „Choć rośnie świat wciąż mniejszy jest od kropki / I nie wiem co w ostatnim zdaniu mi powiedział” (s. 335).

Kolejnym ważnym motywem omawianej twórczości jest oczywiście kwestia językowego narzędzia. Forma tej twórczości zdradza oczywiście sprawność w operowaniu stylistycznymi zabiegami, nieprzypadkowość leksemów, przemyślane struktury form i odniesień. Polkowski nie korzysta z zabiegów lingwistycznych, prób „przechytrzenia” narzędzia komunikacji i poetyckiego wyrazu. Rozważania te czyni właśnie możliwie najbardziej transparentnymi, formułuje wnioski, które czytelnik może zaakceptować lub nie, ale wyłożone są one w wierszach w formie pewnych ogólnych prawd i praw funkcjonowania w tej twórczości idei języka jako narzędzia komunikacji. Ta zaś związana jest wyraźnie z wiarą, biblijnej proweniencji, w kreacyjną i ocalającą moc słowa: „Świat to tylko powietrze / świetliste sypkie przezroczyste rzeczy / […] Bardziej dotykalne jest bezdźwięczne słowo | niż drewno mur ciało…” (s. 36). W omawianych wierszach nie powstaje jednak nowy, alternatywny, prywatny świat (choć nie zabraknie w niej także akcentów osobistych, niemal intymnych). Mamy do czynienia z próbą reprezentacji życia społeczeństwa i jednostki, różnych ról, które odgrywać musi człowieka wpływu otoczenia na ukształtowanie jednostki (co zostało fantastycznie ukazane w tomie „Głosy”), ale zawsze jednostki funkcjonującej we wspólnocie. Świat powstający w wierszach, wykreowany przy pomocy myśli i wspomnień ubranych w słowa, nie przynosi jednak wizji optymistycznej. Poezja Polkowskiego jest poezją niepokoju. W pierwszych tomach owa poetycka wrażliwość prowadzi przede wszystkim do „współbrzmienia z politycznym i duchowym klimatem czasu” jak pisze Marian Stala [1990: 47]. Pamiętać jednak należy, iż twórca, który w latach osiemdziesiątych stał się wyraźnym głosem opozycji, pisarzem drugiego obiegu, nie ogranicza się jedynie do poetyckiej walki o wolność. Polkowski, poeta drugiego oddechu pokolenia ’68, jak stwierdza Dariusz Pawelec, nie zawaha się przed zadawaniem pytań dotyczących nie tylko sytuacji politycznej Polski przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Pyta także i docieka znaczenia wartości fundamentalnych – wolności, człowieczeństwa, wiary. To poeta doświadczania różnych wymiarów życia, niestroniący od przedstawiania człowieka w relacji z Innym, jego współistnienia ze światem przyrody i, oczywiście, ludzkich poszukiwań Boga.

„O czym we śnie zapomniał Bóg…”

Metafizyczne rozważania, które właściwie stanowią fundament poezji Polkowskiego, nie są pozbawione dociekań dotyczących natury ludzkiej wiary, potrzeby dążenia do Absolutu, rozważań o możliwości istnienia Boga. Właśnie rozważań w niepewności. Śledząc sposoby zjawiania się Boga w poetyckim świecie Polkowskiego, najwyraźniej dostrzec można procesy pewnej ewolucji. Choć wiara pojawia się zwykle ze znakiem zapytania, na przestrzeni tomów z różnych lat, to do roku 1989 towarzyszy słowom podmiotu zdecydowanie większe przekonanie o istnieniu Siły Wyższej – choć nie zawsze wprost (bardzo często jest to forma zwrotu do zapisywanego wielką literą, pozornie niedookreślonego, lirycznego „Ty”), to w warstwie metaforycznej wierszy nie sposób nie dostrzec, iż prośby o wsparcie, siłę, pomoc, ocalenie są właśnie do Boga kierowane: „Nadejdzie Zbawiciel […] Cierpiący narodzie” (s. 99). Od roku 2009, tomu poetyckiego „Cantus”, nie zabraknie chęci i potrzeby wiary, ale pewność zostaje już wyraźnie wystawiona na próbę. Polkowski stosuje ciekawy zabieg poetycki, Bóg bowiem pojawia się w różnych elementach opisywanego świata – pod postacią powietrza, ptaków, drzew; pozostaje więc „wszystkim we wszystkim”, będą jednocześnie wielkim nieobecnym współczesnej kultury. Pozostaje silna potrzeba wiary, ale pojawia się wątpliwość, wyartykułowana choćby w warstwie leksykalnej, więcej w niej odniesień do pustki i nicości, pytań o drogę, którą należy zmierzać, samotnych wyborów, gdyż: „Bóg się waha / czy świat ma istnieć / czy nic” (s. 330). To oczywiście także skutek oceny współczesnej kultury, konsumpcjonizmu, każdy bowiem Bogiem chce zostać, nikt nie poszukuje zaś, według słów poety, prawdziwego wymiaru wiary. W omawianej twórczości nie można owym poszukiwaniom odmówić pewnej odwagi. Polkowski niejednokrotnie wykorzystuje bowiem w tym celu metafory oparte na odniesieniach somatycznych. Poszukuje Boga w człowieku, rozważa tajemnicę wcielenia. Dociekania tajemnicy kenozy, przeplatają się w słowach podmiotu z rozważaniami o człowieczeństwie, zaangażowanie w pewne idee oddawane jest zwykle przy pomocy właśnie metafory fizycznego kontaktu – uścisku, splecenia, objęcia. Są to relacje czułe i akty przemocy, czasami zabarwione erotycznie, innym razem wynikające z platonicznego oddania się. Bez względu na dodatkowe semantyczne pola otwierane w tych zestawieniach, za prymarne należy uznać stwierdzenie, iż w poezji autora „Drzew” ciało i dusza pozostają nierozerwalną jednią.

W wierszach Polkowski zadaje więc serię pytań: „Nikt niemo patrzy z mdłych neonów / Choć obok stoi Bóg ja wierzę // Że odszedł Bóg? Wierzę mu? […] Choć stoję tu Bóg mi nie wierzy / Odłamkiem ciszy mnie zastąpi / Pustych kościołów pochód śnieży” (s. 335). Oczywiście podmiot tych wierszy przemawia z głębi własnego doświadczenia, przeważa tu liryka bezpośrednia, pierwszoosobowa forma wypowiedzi, nie tylko świat jest więc tutaj poddawany ocenie.

„Otworzyć okno i przewietrzyć pokój…”?

Pisząc o poezji Jana Polkowskiego, nie sposób nie wspomnieć o wierszu Marcina Świetlickiego, który swoją kontrowersyjną wówczas, nie dla wszystkich zrozumiałą, formułą wzniecił zajadłą dyskusję wokół powinności i tematycznych granic polskiej poezji. Oczywiście ówczesna debata nie wydaje się dziś aktualna. Można raczej wykorzystać stanowisko czasowego i emocjonalnego dystansu, by stwierdzić, które tendencje zwyciężyły, jakie nie zdołały się utrzymać. W kontekście lektury tomu „Gdy Bóg się waha”, nie sposób jednak nie zwrócić uwagi na poruszane wówczas zagadnienie ogólnie opatrzone etykietą miejsca poezji w życiu współczesnego człowieka, obowiązków poety. Z przekonania, iż język jest narzędziem, które pozwala, przynajmniej niektórym jednostkom, wyrazić siebie, ból, dookreślić ludzkie emocje, wyrasta w twórczości Polkowskiego także dość wyraźnie artykułowana pewność, że poeta zajmuje w społeczeństwie miejsce szczególne: „Kim bowiem byłem jeśli nie jednym ze słów / Boga…” (s. 104); „Bawiliście się poeci zapominając że z czułością / i bólem trzeba stwarzać świat” (s. 117). Trudno nie dostrzegać w tych wierszach śladów paradygmatu romantycznego: wizerunku poety jako jednostki czułej na niewidoczne znaki, w pewnym sensie wyjątkowej, odizolowanej przez to od ogółu społeczeństwa. Nie chodzi jednak o postawę czy światopogląd autora, ale o kształt jego poetyckiej dykcji, figurę poety i wizerunek poezji, które wyłaniają się z poszczególnych obrazów.

W poetyckiej drodze autora „Głosów” pojawia się znacząca, dwudziestoletnia luka. W opublikowanym w 2009 roku tomie „Cantus” powraca do czytelnika nieco zmodyfikowany głos poetycki, wyraźnie zmieniona forma, inaczej rozłożone zostają akcenty. Jednak pod wieloma względami ów poetycki idiom, tak charakterystyczny dla tego twórcy, pozostaje niezmienny. Nasilają się wizje apokaliptyczne („Ołowiana mgła pije różową krew doliny / powstrzymuje narastającą panikę wśród ludzi i zwierząt. Ich skłębiony tłum jak przerażone pszczoły / oblepia widnokrąg aż po kres światła”; s. 172); przepełnione lękiem o los współczesnego człowieka i tworzonego przez niego świata. Wciąż zadawane są pytania o istnienia i obecność Boga, możliwość wiary, próbę zachowania pewnego, dawno już zaniechanego, porządku społecznego. Wyraźnie klasycyzujący ton przynosi próbę ocalenia pewnych, dziś odbieranych jako dość anachroniczne, struktur mentalnych, nie sposób jednak wymagać od współczesnego czytelnika pragnienia uczestnictwa w owym procesie. Poezja przemawiająca z „parnasu” siłą rzeczy trafić musi na czytelniczy opór, czy wręcz odpór. Po doświadczeniach wielu poetyckich czy, ujmując rzecz szerzej, kulturowych rewolucji, czytelnicze oczekiwania skierowane są już na inne tory. Jeżeli poezja ma być sztuką uczestniczącą, to raczej w codziennym doświadczeniu, jeśli mówi o metafizyce, musi poszukiwać nowej dykcji. Z poezji Polkowskiego odbiorca i jego potrzeby został nieco wyrugowany – jeżeli jest dla niego miejsce, powinien spełniać określone wymogi, dostosowywać się do głosu poety, nieco mentorskiego, zdradzającego brak akceptacji wobec zastanej rzeczywistości, operującego nieco zużytymi, choć wciąż oczywiście wartościowymi i bogatymi semantycznie, obrazami: „W mojej epoce już wymieram / Na dno niczego kamień toczę / Jak żarna gorzko opowiadam / Gdy wąż i popiół splotą dłonie” (s. 334). Nie można oczywiście odmówić Polkowskiemu świadomości gestu dokonywania właśnie takiego wyboru, poeta bowiem kategorycznie stoi po stronie pewnych wartości i sposobów poetyckiej kreacji, wyraźnie wbrew nurtom dominującym. Kiedy w tej poezji „otwiera się okno”, to jest to gest zapraszający jedynie dla wybranych elementów: wolności, wiary, narodu, ojczyzny, odbudowywanej wspólnoty (nie tylko narodowej, także bliższej – rodzinnej, sąsiedzkiej); dla pewnych przemian, nurtów i tendencji wstęp wyraźnie pozostaje zakazany. Jest to świadomy gest wyboru, do którego oczywiście nie można odmówić twórcy prawa, ale który także jest apriorycznym wyborem grypy odbiorców owej twórczości. To ewidentnie poezja klasycyzująca, operująca pewnymi schematami kulturowego myślenia, jak w przypadku zacytowanego powyżej fragmentu, w którym kluczowa metafora została oparta na odwróconym micie Syzyfa. Sporo w słowach Polkowskiego tęsknoty: za przeszłością, także tą kulturową i poetycką, nieprzepracowanych wciąż rozliczeń, co zauważalne choćby w intertekstualnych odwołaniach („Czas sczezł lecz ja słyszę śpiew i rżenie koni / w celi ciała z nieludzko zamkniętej / Zapadł dzień więc muszę skończyć zdanie o wolności / i ziemię rodzinną na wszelki wypadek | zwinąć w rulon…”; (s. 336); za poetycką moralistyką (choć świetnie unika bezpośredniego dydaktyzmu). Człowiek z wierszy Polkowskiego zanurzony jest w wydarzeniach dawnych, ukazując je jako coś, co nigdy się nie skończyło, żywo i (miejscami) afektywnie reagując na owe bodźce z (niedomkniętej) przeszłości. Wolność pojawia się zawsze w kontekście niepewności, jak gdyby nigdy nie została odzyskana (w kontekście ojczyzny) i wciąż była wartością zagrożoną (w ujęciu szerszym, wolności człowieka współczesnego). Wszystko to sprawia, iż nad poetyckim światem tej twórczości unosi się ciężar tonu apokaliptycznego. Dawny świat wymiera, wszelkie próby ocalania spełzają na niczym: „Choć rośnie świat wciąż mniejszy jest od kropki” (s. 335).

Jeżeli chodzi o stronę edytorską, należy zwrócić uwagę na kilka błędów redakcyjnych. Pojawiają się literówki, nie zostały zamieszczone wszystkie utwory, które znamy z poprzednich wydań. Zmiany te mogą wynikać z przeoczenia ze strony wydawcy lub stanowią wynik decyzji poety, warto jednak przyjrzeć się tym różnicom. Pojawiają się także błędy w posłowiu, zamieszczonym na końcu tomu przez Wydawcę (na przykład wśród imion wymienionych badaczy, zajmujących się poezją Jana Polkowskiego). Tonacja tej noty także wzbudza pewne podejrzenia, gdyż przedstawia twórczość autora „Drzew”, wyraźnie ograniczając perspektywę badawczą, skupiając  się jedynie na tematach wspólnoty, polskości i polszczyzny, metafizyki. Lektura tych wierszy pozwala dostrzec zdecydowanie większe zróżnicowanie prezentowanej poezji.

Wracając do samej twórczości, trzeba przyznać, że Polkowski pozostaje niezwykle czuły na piękno, nie brakuje w tej poezji wykorzystania hypotypozy, opisu ożywczych barw przyrody: „A ponad serdecznym zagięciem horyzontu / nasycony wszystkimi barwami podniebny korowód” (s. 209). Wszystko jednak spowite jest ciszą, opisane z nutą sentymentu, jak gdyby i ów opisywany obraz, i świat, który potrafił docenić tak pojęte piękno, nie istniały. Tony te dominują zwłaszcza w dwóch ostatnich tomach poetyckich, co oczywiście jest związane także z dojrzałością twórcy. Choć pewne zasady konstrukcyjne i światopogląd wyłaniający się z tekstów poety pozostają niezmienne, to, jak już zaznaczałam we wstępie, nie brakuje w niej ambiwalencji, rozterek: „Wdycham słodkie powietrze i przychodzi gorzka godzina” (s. 338), choć oczywiście odpowiednio sprofilowanych, nie zawsze zgodnych z estetyką i światopoglądem odbiorcy w XXI wieku. Pozostaje chyba otwartym pytanie, czy ewentualne nieporozumienia powstające w procesie odbioru tak konstruowanego poetyckiego języka przełamywać powinien twórca czy czytelnik, która ze stron powinna wyjść drugiej naprzeciw. Jedno jest pewne, Jan Polkowski pozostał poetyckim głosem swojego pokolenia, silnie związanym z pewnymi prymarnymi dla człowieka (według jego poezji) wartościami i fundamentalnymi pytaniami dręczącymi ludzkość.

LITERATURA:

D. Pawelec: „Debiuty i powroty. Czytanie w czas przełomu”. Katowice 1998.

M. Stala: „Polkowski, Machej, Świetlicki, Tekieli…”, „Teksty Drugie” 1990, nr 1.
Jan Polkowski: „Gdy Bóg się waha. Poezje 1977–2017”. JMR Trans-Atlantyk. Kraków 2017.