Wydanie bieżące

15 listopada 22 (334) / 2017

Natalia Kaniak,

RĘCE DO GÓRY! TO JEST SZTUKA (SADBOI)

A A A
Berliac jest twórcą skrzętnie dbającym o swoją prywatność i niezależność. Jego komiksy oraz ilustracje publikowano w najciekawszych i najbardziej prestiżowych magazynach na świecie: od niszowego „McSweeney’s Quarterly” (dizajnerskiego kwartalnika ilustracyjno-komiksowego), przez popularnego „Vice’a”, po takie tytuły jak „New York Magazine” czy „Le Monde diplomatique”. To również autor krótkich, wydawanych własnym sumptem zinów, minibooków i powieści graficznych. Liczący 140 stron „Sadboi” jest, jak dotąd, najobszerniejszym albumem urodzonego w Buenos Aires artysty.

Oryginalnie komiks miał zostać wydany przez Drawn & Quarterly, komiksową oficynę, która co roku publikuje albumy otrzymujące Nagrodę Eisnera. Pech sprawił, że Berliac w 2015 pochwalił się na swoim blogu transfobią i brakiem dystansu wobec krytyki. Za tę internetową dramę został solidnie zrugany, płacąc niemożnością publikacji w naprawdę cenionym wydawnictwie.

Tytułowy Sadboi to gniewny nastolatek, którego traumatyczne dzieciństwo i nieskuteczna interwencja opieki społecznej pokierowały w ramiona gangsterki i recydywy. Po wielu latach przestępczego życia protagonista postanawia przekuć swoje kryminalne CV w artystyczne portfolio, a kuratora sądowego zamienić na kuratora wystaw. Jego największy performance, od którego zaczyna się cała opowieść, ma miejsce na rozbuchanym medialnie wernisażu, w obecności władz miasta oraz lokalnych elit. Chłopiec, za przyzwoleniem wszystkich zgromadzonych w muzeum, odgrywa najprawdziwszy napad rodem z „Pulp Fiction” (1994) Quentina Tarantino, w dodatku przy „akompaniamencie” ognia i dymu.

Niestrudzenie wisząca pod okiem Sadboia czarna łezka to oczywiście jeden z wielu znaków, który uzupełnia nam ikonografię nieletniego zbira. Poza gustownym tatuażem chłopak nosi fryzurę na rekruta i czapkę z daszkiem. Te wszystkie grubo kreślone wskazówki, które mają zbliżyć Sadboia do typowego osiedlowego „dresa”, są jedynie wzmocnione sposobem, w jaki Berliac rysuje twarze swoich bohaterów. Sam artysta pisze o absolutnej fascynacji mangą, jednak to nie ona jest w jego stylu najbardziej intrygująca, lecz twarze bohaterów, będące w zasadzie lekko podrasowanymi emojis. Zabieg ten, przypominający może i kilka kroków wstecz wobec historii komiksu, jest w gruncie rzeczy bardzo odważnym eksperymentem i bezpretensjonalnym czerpaniem z estetyki internetu.

Braku odpowiedniego podejścia do medium i researchu nie można zresztą Berliacowi zarzucić. Tworząc „Sadboia”, przez dwa lata wcielał się w sytuację swojego bohatera-emigranta i zrezygnował z paszportu oraz ubezpieczenia zdrowotnego. Można w albumie wyczuć tę nutę poświęcenia, jednak podobnie jak w przypadku wspomnianej wcześniej blogowej dramy, również w „Sadboiu” brakuje odrobiny dystansu i samokrytyki. To pozowanie na genetowskiego rzezimieszka nabiera bardzo niefortunnego kształtu. Berliac wychodzi na niedojrzałego artystę, który z dnia na dzień może sobie pozwolić na rezygnację ze wszelkich przywilejów i odgrywanie niegrzecznego chłopca – po to, by w każdej chwili móc wrócić do społecznego obiegu, wydając przy okazji komiks.

Potencjał drzemiący w temacie, jakim jest nieudolność aparatu państwowego w zderzeniu z rzeczywistymi ludzkimi emocjami i nieprzewidywalnym charakterem człowieka, okazał się dla Berliaca obezwładniający. Podsunąwszy nam bardzo klarowną historię rodzinną i nałożywszy na nią gotowy publicystyczny komentarz (będący rozprawą o granicach etyki i estetyki), artysta nie zostawił żadnego pola do interpretacji. Berliac nie dołożył również wiele do toczącej się debaty na temat kryzysu emigracyjnego, a opowiedziana przez niego historia przypomina zmagania Joe’a Gibbonsa: mężczyzny, który w 2015 napadł na jeden z nowojorskich banków właśnie w ramach performance’u. Owo działanie nie przekonało jednak ani wymiaru sprawiedliwości, ani bezlitosnej krytyki.
Berliac: „Sadboi”. Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski. Wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy. Warszawa 2017.