Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (335) / 2017

Paweł Kaczmarski,

PRZAŚNOŚĆ PASAŻY (DOMINIK BIELICKI: 'PAWILONY')

A A A
Najpierw pozbądźmy się z drogi oczywistości. „Pawilony”, tom wierszy Dominika Bielickiego wydany niedawno nakładem Fundacji Karpowicza, to modelowy przykład powtórnego debiutu. Bielicki wszedł na scenę poetycką blisko dekadę temu, zbiorem „Gruba tańczy” w 2008. Pierwsza książka została przyjęta przez krytykę dość ciepło, ale bardzo oszczędnie – był to debiut niezły, ale zdecydowanie nieprzebojowy – a że w kolejnych latach nie poszła za nią druga, wielu czytelników zdążyło o Bielickim zapomnieć. I chociaż między „Gruba tańczy” a „Pawilonami” widać wyraźne łączności (podobnego rodzaju skupienie na przedmiotach, podobna przejrzystość i narracyjność, podobne poczucie humoru), to – zgodnie z niepisanymi zasadami krytyki poetyckiej – tak długa przerwa uprawnia autora niejako do ponownego startu, do traktowania jego drugiej książki raczej jako początku czegoś nowego niż przedłużenia istniejącego projektu. Zaś owo „coś nowego” jest w przypadku Bielickiego bardzo ekscytujące, świeże i ciekawe.

Ryzykując pewne uproszczenie, pokusić można by się o tezę, że te „nowe głosy” w poezji, które zostają usłyszane, dostrzeżone i docenione przez krytykę, wpisują się zwykle w jedną z dwóch kategorii. Są debiuty (i drugie książki) brawurowe, decydujące się na jakiś konkretny przełamujący konwencje krok (na prowokację, mocny koncept, językowe szaleństwo etc.); i są te przemyślane, które nic w punkcie wyjścia otwarcie nie łamią i nie zrywają, stawiają za to na precyzję i wielowarstwowość. Korzystając z tej prowizorycznej opozycji, łatwo popaść w różnego rodzaju straszne stereotypy, nieświadomie reprodukując romantyczne z ducha przekonania o naturalności talentu poetyckiego i tak dalej; jeśli jednak zaznaczyć, że nie chodzi wcale o geniusz czy talent – książki przemyślane mają go często pod dostatkiem, te brawurowe nierzadko są zaś efektem długotrwałej, mozolnej pracy – tylko o rodzaj językowego temperamentu, owe dwie kategorie pozwalają doraźnie zlokalizować debiutanta na dynamicznej mapie nowej literatury.

„Pawilony” lokowałyby się więc zdecydowanie po stronie wierszy przemyślanych. Książka Bielickiego jest lekka i błyskotliwa, nienachalna i dowcipna, czytelna; a jednocześnie niesłychanie skondensowana, jeśli chodzi o liczbę zawartych w krótkich przecież utworach spostrzeżeń, komentarzy, pytań. To książka stawiająca kilka bardzo interesujących diagnoz dotyczących współczesnej polskości – co to znaczy być Polakiem, przebywać wśród Polaków, i jak nasze rozumienie tych kategorii zmieniło się przez ostatnie parę dekad. Owe diagnozy wydają się zaś oparte nie na wybiórczych momentach olśnienia, pojedynczych trafnych metaforach czy analogiach, ale na wielkim zbiorze drobnych, błyskotliwych obserwacji, które po pieczołowitym procesie selekcji, zestawiania i przycinania przekute zostały w gęste wiersze „Pawilonów”. Nie pojedyncze więc „genialne wglądy”, ale lata wyczulonej, wyćwiczonej, wrażliwej językowo obserwacji.

„Pawilony” są jednocześnie tomem dość dostępnym, przyjaznym czytelnikowi, chętnie wykorzystującym narracyjne formy – i choćby dlatego nietrudno wskazać ogólne obszary poetyckich zainteresowań Bielickiego, a także jego ulubione tematy. „Pawilony” to książka, jak już wspomniałem, o (współczesnej) polskości. Można tę tezę doprecyzować: to książka o luksusie w Polsce, i o tego luksusu braku; albo jeszcze precyzyjniej: to książka o polskości widzianej przez pryzmat naszego rozumienia luksusu. A skoro tak, to mowa tu i o próżności, i o biedzie, i o naszych rodzimych mitologiach sukcesu:

Dżinsy Odra

Gdyby hipsterzy byli bardziej obecni

lub gdyby nie byli w ogóle obecni,

do dziś nosiłbym dżinsy Odra,

ale poszedłem po spodnie

i kupiłem fabrykę dżinsów.



Mimo to nie czułem się wolny.

Miałem poprawkę z polskiego.

Kiedy wy jechaliście nad morze,

ja czytałem Ludzi bezdomnych.

Po maturze



musiałem natychmiast

postawić fabrykę na nogi.

Nawiązałem kontakty z Zachodem.

Do dziś mam parę spodni,

których nigdy nie nosiłem.

Inny modernizacyjno-neoliberalny mit – o tym, że tak naprawdę we współczesnym świecie „każdy ma (równie) trudno”, biedny i bogaty, pracownik i pracodawca – rozmontowany zostaje w wierszu „CEO”, rozpoczynającym się słowami „CEO także jest biedny, / bo ma na głowie akcjonariuszy / i umówili mu ludzi z kablówki, / gdy jego druga żona, straszna raszpla, / zgubiła się i odnalazła w studiu tatuażu / chłoptasia jej siostry.” Kablówka, raszpla, chłoptaś – przerysowana potoczność i groteska języka naraz obśmiewają wynaturzoną pseudosolidarność z tytułowym CEO (liberalny slogan „wszyscy jedziemy na tym samym wózku”), jak i podkreślają ostateczną przaśność jego egzystencji.

Przaśność wydaje się zresztą dla „Pawilonów” kategorią kluczową. W codziennej polszczyźnie (okazjonalnie – w debacie publicznej) to słowo funkcjonuje jako fragment „insajderskiego” kodu Polaków, zwięzły wyraz pewnego trudnego do nazwania wrażenia kiczu, beznadziei, próżnego wysiłku czy zacofania. Bielicki problematyzuje ją jednak i przekuwa w kategorię krytyczną. Na myśl przychodzi tu na przykład opis mieszkania z wiersza „Mieszkalnictwo bohaterów”:

Mieszkalnictwo bohaterów

Bohaterowie polskich seriali kryminalnych

mieszkają w mieszkaniach po babci.



Dobrze się przypatrzcie.

Linda w mieszkaniu po babci.



Dorociński, Radziwiłłowicz

poturbowani wracają do domu.



Macki sprawy sięgają niebezpiecznie wysoko.

Odsunięci od sprawy, niewygodni,



wchodzą do przedpokoju. Niedbale

zatknięta za boazerię stara



widokówka. Skrzypi parkiet

pod ich podeszwami



w ścisłym centrum (czterysta

pięćdziesiąt złotych miesięcznie



plus media). Ich kuchnie,

w których gotowały babcie,



a oni tylko zdjęli ze ścian

te wsiowe chochle.



Rzucają klucze na stół

i piją wódkę albo muszyniankę,



wcale się nie ciesząc.

Przedstawienie przaśności w „Pawilonach” to już nie prosty komentarz o braku czy „niedorobieniu” rodzimej estetyki, nie próżne narzekanie. Przaśność, o której mowa u Bielickiego, stanowi jakby pryzmat, przez który wszyscy – chcąc nie chcąc – spoglądamy na własne marzenia i ambicje (zbiorowe, osobnicze). Mówi coś i o przemianie pokoleniowej, i o relacjach władzy; o modernizacyjnych marzeniach i o desperacji tych, którzy do przekroczenia przaśności aspirują. To przaśność stematyzowana, naraz estetyczna, ekonomiczna, polityczna; jakiś zasadniczy element polskiej kondycji – rama, z której nie możemy się wyrwać, albo raczej podstawa zbiorowej tożsamości. Niedbale położony fundament, na którym nabudowujemy nasze sukcesy i luksusy, ale o której przez to nigdy nie możemy zapomnieć. Przaśność według Bielickiego jest czymś głęboko wspólnotowym, pewnym wspólnym mianownikiem dla bogatych i biednych, polskich haves i have-nots; ale właśnie przez to, że jest ostatecznie taka sama dla wszystkich, pomaga nam zobaczyć, co nie jest dla wszystkich takie samo, w którym momencie zdolności i interesy tych, „co mają”, zderzają się z interesami tych, co mieć nie mogą. Wszystkie społeczne różnice, zwłaszcza zaś różnica klasowa i częściowo zbiegająca się z nią różnica pokoleniowa, wyostrzone zostają tam, gdzie ktoś z przaśnością się zmaga, gdy próbuje ją przekroczyć. Sny bogatych to nie aspiracje biednych; przaśność starych to nie do końca przaśność nowych:

Rzeźnia w wolskiej Gamie

Pięć trupów między krzesłami.

Tyle zostało z mafii wołomińskiej.



Dopiero co jedli pierogi,

jak mogli dać się tak podejść?



Żadne krzesło nawet nie upadło,

ale w wódce roztopił się lód.



Wieszali plazmy nad kominkiem

i ich miliony utonęły w obciachu.



Ich drogie auta nie doczekały żółtych blach.

Nastali radni z zarządów developerów,



którzy nie potrafią obchodzić się z bronią

ani nawet przyjąć kulki,



trysnąć juchą, wyrzucając ramiona,

którzy wożą chore prostaty do Baden-Baden,



którzy zamiast zdrowo pierdolić książki,

kochają Sapkowskiego, znają się na winie.

Jedzących pierogi wołomińskich mafiozów zastępują domorośli koneserzy wina leczący prostaty w Baden-Baden; przaśność inna, ale przecież ta sama. Bielicki dużo uwagi poświęca procesom zmiany i transformacji, również skutkom transformacji ustrojowej; polskość jest w „Pawilonach” dynamiczna, zmienia się społeczeństwo i zmieniają się znajomi narratora, realizują się zarówno aspiracje i ambicje, jak i najgorsze prognozy. Kształtuje się nowa, potransformacyjna, wielkomiejska klasa średnia, wyżywiona focaccią i zbiorową nerwicą:

Focaccia

Tortilla, tarta, focaccia.

Jak zawsze dowiaduję się o nowym daniu

od tych, co jedzą je codziennie

od kilku pokoleń. Mój Boże,

focaccia to podstawa!

Świeży rozmaryn! Dlaczego tak długo

mówili o wszystkim, tylko nie o tym?

Chcieli ją mieć tylko dla siebie?

Ktoś ich kochał? Samochód

miał basowy wydech?

Dzieciaki mleczaki jak kły?

Dlaczego właśnie dzisiaj

mają usta pełne focaccii

i grzmią, wymachując sztućcami?

Czy coś się stało?

A we wszystkim tym: narrator, zawsze jakoś samotny, zanurzony we wspomnieniach, ale nieodmiennie szukający (wbrew autoironicznym odruchom) głębszego kontaktu, zawiązujący kolejne znajomości; popadający w desperację czy beznadzieję, ale przewrotnie dowcipny.

Jeśli na poziomie tematu, przedmiotu czy problemu „Pawilony” organizuje zainteresowanie przaśnością, to na poziomie bardziej formalnym jej bezpośrednim odpowiednikiem byłaby groteska. Owszem, Bielickiego weapon of choice jest cięty dowcip, ów dowcip rzadko jednak daje się zredukować do tradycyjnej poetyckiej ironii; towarzyszy mu bowiem nie tylko jasne poczucie celu, ale i zestaw afektów na ironię zwyczajnie zbyt wyrazistych: z jednej strony wrażenie desperacji, beznadziei, repulsji, wstrętu, z drugiej – specyficzne równoważące je wszystkie współczucie, balansująca czasem na krawędzi infantylizmu czułość. Przede wszystkim idzie zaś Bielicki w absurd i dziwność, intensywne kontrasty; może nie wszechobecne, raczej punktowe, ale przez to mocniejsze i bardziej nośne. Na przykład mniej więcej w połowie książki natkniemy się na wiersz o Kermicie:

Kermit

Czy wiemy, kim naprawdę był Kermit?

W swoim życiu? Jak wyglądała

jego starość, samotność w wielkim domu

przy Pięćdziesiątej Drugiej ulicy?

Z szafą pełną dżinsów,

którymi go

zasypywali Levi’s, Klein, Diesel?

Z zamkniętym fortepianem,

ciężkimi zasłonami w oknach?

Z tymi wszystkimi zdjęciami,

które robił sobie z nim każdy

aktor, piosenkarka? Z czułym

portretem od Warhola, który

odszedł? Miał wielu przyjaciół,

ale o ich losach wiemy równie mało.

I czy nie umiał tylko dawać?

Dawał samym tym, że jest.

Starczyło, żeby wyszedł na scenę

taki, jakim go stworzono,

coś sobie mówił czy śpiewał.

Pamiętacie tę późną chałturę

z Kylie Minogue? A to

jedno z ostatnich zdjęć, na którym

siedzi na krześle przodem do nas,

zapadły w sobie, jakby

przed telewizorem?

Dziwność nie działałaby, gdyby nie jej podwójna relacja z grozą (to wszak wiersz o starości i umieraniu, wariacja na klasyczne skądinąd tematy) i współczuciem – litością czy czułością, które redukują wprowadzony przez absurd i ciętą satyrę dystans. Odpowiednio połączona, ta trójka składa się na wrażenie groteski – to w zasadzie jego modelowa definicja. I dlatego jednym z najbardziej groteskowych obiektów w „Pawilonach”, i zarazem jednym z ulubionych rekwizytów poety, jest galeria handlowa; tutaj przedstawiona już nie jako wzniosła świątynia kapitalizmu, a jako biedne, porzucone zwierzątko:

Dom handlowy

Wszyscy go lubią,

tylko nikt w nim nie kupuje.

Choć wymieniono drzwi

i wyprzedano powierzchnie,

i ma naprawdę miłe toalety.



Gdy będziesz szedł w niedzielę z sankami,

spójrz na dom handlowy.



I spróbuj kiedyś coś w nim kupić.

Groszek, opaskę do włosów,

etui.

(Anegdotycznie warto dodać być może, że niżej podpisany w pierwszej chwili „etui” przeczytał jako „ennui”, i tamten wiersz też mu się podobał.)

Ten rodzaj czułości, to częściowo tylko prześmiewcze współczucie, jest bowiem konstytutywną cechą groteski – przekuwa dziwne i straszne (absurdalne, repulsywne) w pożyteczne i konstruktywne, pozwala nam obserwować dziwność i czerpać z niej wnioski – zamiast fiksować się na nonsensie i makabresce. (Tradycyjnie dydaktyczny czy propedeutyczny wymiar groteskowych scen zasadza się na tym, że sympatyzujemy czy utożsamiamy się z widocznymi na nich postaciami, i przez to traktujemy horror, przez który przechodzą, jako nauczkę i przestrogę.)

Dlatego z Polski „Pawilonów”, złożonej przecież głównie z wołomińskiej mafii (wołomińskiego mafioza, który jest w każdym z nas) i hurtowych ilości focaccii (naszej powszechnej) ostatecznie Bielicki nie wywodzi poezji skrajnie demotywującej, aktywnie zniechęcającej do lektury, bezproduktywnie przygnębiającej. Dzięki grotesce przaśność opisywana przez poetę nabiera raz kampowego, raz karnawałowego wymiaru – fascynuje, ale przede wszystkim pociąga do szukania jakichś innych estetyk, innych możliwych wspólnot czy form życia. Jest w Pawilonach pewien nihilizm, ale nie wyczerpuje on książki.

Jeśli powiedziałem wcześniej, że „Pawilony” są raczej przemyślane niż brawurowe, raczej pieczołowite niż epifanijne, to teraz musiałbym jeszcze zaznaczyć, że właśnie dzięki swojej pieczołowitości i precyzji są w stanie nadać konkretny kształt i konkretny cel temu, co nazwać moglibyśmy bardzo sprawnym afektywnym warsztatem Bielickiego. Poeta posiada niezwykłą wręcz umiejętność doraźnego ewokowania zróżnicowanych (stopniem i rodzajem) emocji, płynnego i wiarygodnego przechodzenia między skrajnie nieraz różnymi afektami; a jego łączenie kpiny z czułością bywa na poziomie najlepszych wierszy Adama Wiedemanna.

I tu warto pokusić się o szerszą krytycznoliteracką dygresję. W ostatnich latach w polskiej krytyce poezji, zwłaszcza wśród krytyków i krytyczek młodszych i lewicowo zaangażowanych, narasta jawny sprzeciw przeciwko temu, co widzą (może powinienem powiedzieć: co widzimy) jako przesyt ironią we współczesnej polskiej poezji. Nadmiar ironii, swoisty panironiczny paradygmat, nie tylko nie pozwala mówić o wielu „poważnych” rzeczach, nie tylko rozbraja możliwość poezji zamierzonej w konkretnym (choćby i pozapoetyckim) celu, ale i tabuizuje niektóre słowa, odcina pewne tradycje i rejestry języka. Jednocześnie jego krytykom i krytyczkom nie chodzi przecież o to, by mówić zawsze na poważnie, by pozbyć się ciętych puent, eleganckiej kpiny, momentów zamierzonego śmiechu. Odpowiedzią dla niektórych będzie więc sarkazm (jako politycznie ukierunkowana, „ucelowiona” ironia). „Pawilony” pokazują jednak, że wyjściem poza wszechironię może też być groteska właśnie: ostry dowcip równoważony dziwnością i okazjonalnym współczuciem. To ostatnie w kontrolowany sposób redukuje dystans, na którym ironiści zwyczajowo przesadnie polegają.

Owa groteska, podobnie jak Bielickiego zainteresowanie przaśnością, nie wzięło się oczywiście – jeśli chodzi o literackie inspiracje i wpływy – znikąd. Tym razem najoczywistsze punkty odniesienia wydają się też najbardziej trafne; „Pawilony” czerpią z dykcji Darka Foksa i Miłosza Biedrzyckiego, chociaż zdecydowanie przesuwają pokoleniową perspektywę, podmieniając poszczególne rekwizyty i tematy. Stanowią tych dykcji ciekawe, wiarygodne przedłużenie. W grobowości sarkazmu Bielickiego, w humorze podszytym groteską jest coś, co budzi skojarzenia z poezją Kiry Pietrek; chociaż mówimy tu zapewne o podobieństwie raczej niż wpływie.

Ale jest jeszcze inny rejestr, który łatwo przy lekturze „Pawilonów” przeoczyć, a który mówi o tej książce coś ważnego. Ponownie – trudno powiedzieć, czy w grę wchodzi świadoma inspiracja, czy raczej przypadkowa zbieżność językowej wrażliwości – ale wiele wierszy Bielickiego przywodzi na myśl twórczość Mariusza Grzebalskiego i, może w mniejszym nieco stopniu, Dariusza Sośnickiego. Chodziłoby o połączenie specyficznej narracyjności – przywiązania do konkretnych, pieczołowicie i precyzyjnie naszkicowanych obrazków – ze skupieniem na przedmiotach, z postrzeganiem świata przez pryzmat życia rzeczy. Ta perspektywa często wiedzie młodych autorów na manowce poezji przeteoretyzowanej, nadmiernie socjologicznej, naszpikowanej konkretnymi filozoficznymi koncepcjami i napisanej kodem; ale u Bielickiego, podobnie jak u Grzebalskiego i Sośnickiego, chodzi bardziej o pewne świadomie nabyte intuicje, umiejętność doraźnego priorytetyzowania spojrzenia (późne echa surrealizmu?) niż o ścisłość metody.

Podsumujmy: „Pawilony” to książka lekka i dialogowa, naraz cięta i nienachalna w dowcipie, bardzo spójna i przemyślana, dotykająca kluczowych dla współczesnej Polski i polszczyzny problemów. Za całą tą dynamiczną konstrukcją stoi zaś zaplecze bardzo subtelnego i precyzyjnego języka, przemyślanej formy i, może przede wszystkim, świadomie odbieranych, przetwarzanych, rozgrywanych w wierszu intensywnych emocji. A przecież o tak wielu ciekawych sprawach nie zdąży się – nawet w obszernej recenzji – powiedzieć: o miejskości tych wierszy ([Wszystko, co możliwe…]), o przedstawieniu pracy („Hans, the Oracle expert”), o jednym z najciekawszych w ostatnich latach wierszu z motywem Marksa („Co robił Marks na pana tiszercie?”), o Stevensowskich z ducha komentarzach do teorii reprezentacji („Ketchup Włocławek”). Na niecałych pięćdziesięciu stronach Bielicki zmienił status z zapomnianego debiutanta sprzed dekady na jeden z najbardziej obiecujących młodopoetyckich – relatywnie, rocznik ‘76 – głosów. Imponujące osiągnięcie – i świetne, ważne wiersze.
Dominik Bielicki: „Pawilony”. Fundacja im. Tadeusza Karpowicza. Wrocław 2017.