Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (336) / 2017

Agnieszka Wójtowicz-Zając,

TYLKO KONI ŻAL... (ELIZABETH LETTS: 'KOŃ DOSKONAŁY')

A A A
„Ułani, ułani, malowane dzieci”... Koń w kulturze polskiej zajmuje szczególne miejsce, dzięki tradycji husarsko-ułańskiej i malarstwu Kossaków podniesiony do rangi towarzysza i kompana. Deklarujemy szczególne przywiązanie do tych zwierząt, ze względu na tradycje właśnie, co nie przeszkadza nam zarazem być jednym z największych eksporterów koniny. Jeszcze niedawno sprawą zmian kadrowych w stadninach koni arabskich w Janowie Podlaskim i Michałowie żyła cała Polska. Wydawać by się mogło, że „Koń doskonały. Ratując czempiony z rąk nazistów” Elizabeth Letts (w przekładzie Joanny Gilewicz) doskonale trafi w gusta i upodobania czytelników. Niestety, temu reportażowi wiele można zarzucić.

Po pierwsze, kiczowatość czy, delikatniej, hollywoodzkość. Letts tworzy galerię postaci doskonale skrojonych pod hollywoodzki film wojenny – surowy, dystyngowany, oddany i prawy Alois Podhajsky, olimpijski medalista i kierownik Hiszpańskiej Szkoły Jazdy w Wiedniu, Hank Reed, krzepki i szorstki miłośnik koni, amerykański kawalerzysta, który wiele ryzykując, ratuje europejskie konie w wojennej zawierusze, generał Patton, nieco rubaszny, ale o złotym sercu, oddani hodowcy i weterynarze w mundurach Wehrmachtu i gdzieś na drugim planie Andrzej Krzyształowicz, próbujący ratować araby ze stajni w Janowie Podlaskim. Gdyby któryś z reżyserów miał ochotę nakręcić Spielbergowskiego „War Horse’a” w dekoracjach z II wojny światowej, śmiało może sięgać po książkę Letts jako materiał na scenariusz. Wyciskająca oceany łez z nastoletnich miłośniczek koni scena z „War Horse’a” (polski tytuł: „Czas wojny”), w której żołnierze z wrogich okopów wychodzą ratować konika na pasie ziemi niczyjej, może zostać z powodzeniem zastąpiona tą, w której żołnierze Wehrmachtu i amerykańska zmotoryzowana kawaleria wspólnie ratują stadninę w Hostau.

Pod hollywoodzki scenariusz stworzone zostały chyba też tego rodzaju opisy, których w książce nie brakuje: „Po drugiej stronie globu, w kalifornijskiej Pomonie, Witeź galopował ścieżką po zboczu wzgórza, wydmuchując po każdym kroku maleńkie obłoczki pary. Miedziana sierść błyszczała niczym płomień, a powiewający czarny ogon przypominał ciągnącą się za nim smugę dymu. Na grzbiecie Witezia jechał w westernowym stylu, trzymając splecione wodze jedną dłonią, jego opiekun i ujeżdżacz Joe Benes w kowbojskim kapeluszu ocieniającym oczy przed ostrym słońcem Zachodniego Wybrzeża. Poniżej rosły cytrusowe drzewka i rozciągały się ozdobne różane ogrody. Za plecami jeźdźca wyrastały ośnieżone wierzchołki pasma San Gabriel. Można by pomyśleć, że opłynąwszy pół świata, arabski ogier znalazł się w końskim raju” (s. 278; Witeź II został wyhodowany w Janowie Podlaskim, nigdy nie został zwrócony do stadniny, popłynął do USA jako łup wojenny).

Szlachetne i prawe charaktery żołnierzy alianckich i niemieckich (bo bohaterowie tej książki to osobistości bez skazy i zmazy; nawet jeśli nosiły nazistowskie mundury, to pod przymusem i właściwie w celu ratowania bezcennych koni, w zasadzie to pogardzali nazistami, a jakakolwiek dwuznaczność czy ambiwalencja nie mieści się w konwencji hollywoodzkiego kina wojennego), chwytające za serce najpiękniejsze konie Europy, oddanie i pasja,. Jeśli do tego dodamy wzruszające opisy szczególnej więzi między końmi i ludźmi, mistyki klasycznego ujeżdżenia, niezwykłych końskich bohaterów o cechach zarazem Pegaza, Bucefała, Kasztanki, Cienistogrzywego i Flicki oraz plastyczno-poetycko-natchnione opisy w guście przytoczonego powyżej, otrzymamy nieco podrasowaną wersję szczególnego gatunku literatury, jaką jest literatura o koniach, adresowana do młodych miłośniczek i amatorek hippiki*. Każda literatura ma swojego odbiorcę, ale czy każdą powinno wydawać Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego?

Po drugie, „Koń doskonały” nie wytrzymuje porównania z innym reportażem o pokrewnej tematyce, czyli „Czystą białą rasą. Cesarskimi końmi, genetyką i wielkimi wojnami” Franka Westermana (którą miałam przyjemność również recenzować). Zarówno Letts, jak i Westerman w głównej mierze zajmują się lipicanami, choć Letts koncentruje się wyłącznie na drugowojennym epizodzie, a Westerman traktuje sprawę szerzej – i nie chodzi tu tylko o ramy czasowe. Dla twórcy „Czystej białej rasy” historia tańczących białych koni stanowi impuls do rozważań o genetyce, kondycji człowieka, historii Europy. Dla autorki „Konia doskonałego” – do ukazania wzruszającego epizodu wojennego i podkreślenia „ludzkiego” wymiaru nieludzkiej wojny. Zachwyt nad końmi w reportażu Westermana jest także mniej czułostkowy, bardziej dojrzały, mniej obliczony na wywołanie w czytelniku wzruszeń, a raczej motywujący do zadawania sobie pytania – po co właściwie ludziom tańczące konie?

Po trzecie, książka w polskim wydaniu ma wiele znaczących usterek. Pierwszą jest zniekształcenie tytułu w tłumaczeniu. Oryginał zatytułowano „The Perfect Horse: The Daring U.S. Mission to Rescue the Priceless Stallions Kidnapped by the Nazis”, polskie tłumaczenie – „Koń doskonały. Ratujący czempiony z rąk nazistów”. Pominięcie w tłumaczeniu „porwania przez nazistów” i zamiana na „ratowanie z rąk nazistów” są, po pierwsze, niezgodne z prawdą historyczną i narracją autorki, po drugie – sugerują, jakoby naziści pragnęli bezcennym czempionom wyrządzić jakąś krzywdę. Było wprost na odwrót – III Rzesza miała specjalny plan hodowlany, zakładający stworzenie nowej rasy koni wojskowych, które przyczynią się do potęgi Rzeszy. Konstruktorzy i pomysłodawcy tego planu pracowali nad nim już przed rozpoczęciem wojny, mając doskonałe rozeznanie, kto i gdzie w Europie posiada interesujące i wartościowe okazy. W trakcie wojny przejmowano kolejne stadniny państwowe i prywatne z okupowanych terenów, tworząc sieć niemieckich stadnin hodowlanych na zajętych terenach. I tak w Hostau na terenie Czech znalazły się lipicany z całej Europy i niektóre okazy ze stajni w Janowie Podlaskim. Koniom nie działa się krzywda, wręcz przeciwnie, otoczono je należytą i fachową opieką. Samo tytułowe ratowanie odbywało się już podczas ofensywy alianckiej, w samej jej końcówce, przy współpracy niemieckiego zarządu stadniny i żołnierzy Reeda, jak wielokrotnie podkreśla Letts, a miało na celu wywiezienie zebranych w Hostau koni, aby nie dostały się w ręce Rosjan i Armii Czerwonej. I to nie dlatego, jak pisze wydawca na czwartej stronie okładki, że „Armia Czerwona gotowa była bez wahania posłać czempiony na rzeź”. Jak zauważa sama Letts, zdobyczne i wartościowe konie Rosjanie transportowali w głąb kraju, do swoich stadnin, w celach hodowlanych (czyli robili mniej więcej to samo, co Niemcy w czasie swojej ofensywy; pisze o tym także Westerman).

Ponadto na czwartej stronie okładki czytamy o „stadninie, w której ukryto najcenniejsze polskie araby z Janowa Podlaskiego i austriackie lipicany z Wiednia”, a na okładce widnieje głowa konia arabskiego w eleganckiej prezenterce. Owszem, Letts pisze sporo o Janowie Podlaskim tuż przed i w trakcie wojny, a janowski Witeź II jest jednym z najważniejszych końskich bohaterów książki, ale więcej uwagi poświęca autorka lipicanom. Alois Podhajsky to jeden z głównych bohaterów reportażu, Krzyształowicz i reszta janowskiej załogi – bohaterowie drugoplanowi. A głowę lipicana od głowy araba łatwo odróżnić, nawet laikowi, więc trudno mówić o pomyłce w tym przypadku. Kluczem może być komentarz Wojciecha Ducha, redaktora naczelnego Historia.org.pl, zamieszczony w formie blurbu: „To właśnie losy polskich arabów uratowanych przez Amerykanów są tym, co powinno w szczególności zainteresować polskiego czytelnika”. Czyli raz, na narodową nutę!

Zaletą „Konia doskonałego” jest opisanie ciekawego, acz mało znanego epizodu wojennego i szczegółowa rekonstrukcja zarówno samej akcji ratunkowej, jak dalszych, powojennych losów koni, z odchodzeniem w przeszłość bojowego znaczenia koni i kawalerii w tle. Niestety, autorka chyba nadmiernie polubiła bohaterów swojego reportażu, bo spod jej pióra wychodzą postaci mało przypominające autentycznych ludzi, a bardziej hollywoodzkie kreacje aktorskie. Konie są, oczywiście, piękne, szlachetne, odważne i w niemal nadprzyrodzony sposób komunikujące się z człowiekiem, wychodzące na przeciw jego oczekiwaniom, a nawet, w szczególnych przypadkach, dodające człowiekowi otuchy w trakcie bombardowań. Mistyczne wprost uniesienia nad więzią człowieka i zwierzęcia, wyrażającą się w zapierającym dech w piersiach tańcu białych ogierów i brawurowej akcji ratunkowej, okraszone suto wzniosłymi frazesami, a doprawione nie tak znowu drobnymi (i nie całkiem chyba przypadkowymi) usterkami wydawcy tworzą całość niestrawną, dla miłośniczek „Flicki” zbyt „historyczną” i reportażową, dla wszystkich innych – literacko mało sprawną i w gruncie rzeczy niezbyt ciekawą. Szkoda, bo sam materiał historyczny jest fascynujący i nieźle opisany, poprzedzony badaniami i studiami historycznymi. Niestety, „Koń doskonały” dobitnie pokazuje, że dobry temat nie wystarczy, aby powstał dobry reportaż.

* Pozwolę sobie na zwierzenie osobiste. Ta książka nie trafiła do mnie jako recenzentki przypadkiem – Redakcja „artPapieru” doskonale zdaje sobie sprawę z mojego hobby, jakim są konie. Byłam dość podekscytowana możliwością recenzowania „Konia doskonałego”, zwłaszcza, że „Czysta biała rasa” była literacko bez zarzutu i wiele spodziewałam się po kolejnym „końskim” reportażu. Ale jeśli miłośniczka koni i zapalona amazonka, która nie bez wstydu przyznaje się do obejrzenia „War Horse’a” Spielberga tylko ze względu na końskiego bohatera, nie jest w stanie znaleźć wielu słów pochwały dla „Konia doskonałego”, to któż będzie…?
Elizabeth Letts: „Koń doskonały. Ratując czempiony z rąk nazistów”. Przeł. Joanna Gilewicz. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków 2017 [seria: Mundus].