Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (336) / 2017

Zuzanna Sokołowska,

DOŚWIADCZENIA GRANICZNE (URSZULA KLUZ KNOPEK: 'LATAJĄCY DOM DOBREJ ŚMIERCI')

A A A
Bezsenność jest bardzo męczącym doświadczeniem. Człowiek przewraca się z boku na bok, gniecie poduszkę, jakby w nadziei, że wygodna pozycja zmieniana po raz n-ty, zmusi nagle organizm do zaśnięcia. Ale nie ma tak łatwo. Na dodatek pobudzona wyobraźnia zaczyna serwować dawkę najbardziej przygnębiających myśli – o napiętym grafiku w pracy, o kłótni z kimś bardzo bliskim, o upokorzeniach, jakie trzeba było znieść w imię świętego spokoju. Prawdziwy koszmar. Jednak świadomość, nie chcąca nadal zasnąć, potrafi zawędrować w rejony, które na co dzień są bardzo oddalone, wręcz trudne do dostrzeżenia w spektaklu codziennego życia. Jest to myśl o własnej śmierci, która jest tak dławiąca i przeraźliwa, że ciało niemal natychmiast oblewa się zimnym potem, a tętno zaczyna powoli przyspieszać w rytm nerwowego oddechu.

O śmierci mówi się dzisiaj trudno – najczęściej jest to temat spychany na margines społecznych dyskusji, jakby była czymś wstydliwym, niepożądanym, albo i nawet niewłaściwym. Proces starzenia także wydaje się być w opozycji, zwłaszcza w stosunku do natrętnie kreowanego kultu młodości, w którym każda zmarszczka pojawiająca się na twarzy, wskazuje nieuchronnie zbliżający się kres ludzkiej egzystencji. Kres, który najchętniej wyparłoby się ze zbiorowej pamięci czy głębszej refleksji.

Karl Ove Knausgård w swojej wielotomowej powieści-autobiografii „Moja walka”, opisuje przygnębiające zjawisko błyskawicznego znikania ciał z zasięgu ludzkiego wzroku: „W chwili, gdy życie rozstaje się z ciałem, ciało zaczyna należeć do rzeczy martwych. Lampy, walizki, dywany, klamki, okna. Pola, bagna, strumienie, góry, obłoki, niebo. Nic z tego nie jest nam obce. Stale otaczają nas przedmioty i zjawiska należące do świata nieożywionego. A jednak mało co wzbudza największą odrazę niż widok człowieka uwięzionego w tym świecie, przynajmniej jeśli sądzić po podejmowanych przez nas wysiłkach zmierzających do usunięcia martwych ciał z naszych oczu. W większych szpitalach nie tylko ukrywa się je w osobnych, niedostępnych pomieszczeniach, ale również prowadzące do nich drogi są niewidoczne, mają własne windy i własne korytarze piwniczne; poza tym, nawet gdyby ktoś przypadkiem zabłądził do jednego z nich, martwe ciała, które się nimi przewozi, i tak zawsze pozostają zasłonięte. Kiedy mają zostać przetransportowane ze szpitala, wywozi się je oddzielnym wyjściem, w samochodach z przyciemnianymi szybami; w kościele jest dla nich osobne, pozbawione okien pomieszczenie, a podczas ceremonii pogrzebowej leżą w zamkniętych trumnach, do czasu aż zostaną spuszczone do ziemi lub spalone w piecu” [Knausgård, s. 5-6]. Knausgård podkreśla tym samym fakt, że śmierć stała się dziś po prostu tematem tabu. Na dodatek tak problematycznym i przerażającym, że kiedy zaczyna się mówić o odchodzeniu, najlepiej wtedy zamknąć oczy i zatkać uszy, żeby przypadkiem jakiś kłopotliwy dźwięk czy obraz nie przedostał się do ludzkiej świadomości.

Śmierć, rozkład, zwłoki stają brzydkimi nazwami, które coraz trudniej jest swobodnie wymawiać. Wystarczy przypomnieć sobie w tym miejscu bohaterów z kultowej serii o Harrym Potterze, którzy tak panicznie bali się wypowiadać imię Voldemorta w obawie rzucenia na siebie jakiejś klątwy, że woleli stosować bezpieczny, na dodatek cicho wyszeptywany kryptonim Sam-Wiesz-Kto. Tymczasem artystka Urszula Kluz-Knopek pragnie wyrwać śmierć z kontekstu zakazanej strefy, w której została umieszczona przez współczesną kulturę. Zachęca do rozmów o procesie odchodzenia, które w ten sposób oswajają lęki i paraliżujący strach. Jest to trudna sztuka, ponieważ wymaga ona wiele subtelności, delikatności, wrażliwości i przede wszystkim empatii. A Kluz-Knopek posiada każdą z tych cech, które sprawiają, że pragnie się wejść w świat, o którym chce mówić artystka. I długo jeszcze nie chce się z niego wychodzić.

Urszula Kluz-Knopek wpadła na intrygujący pomysł stworzenia „Latającego Domu Dobrej Śmierci”. Po raz pierwszy projekt ten, dla szerszej publiczności, pokazywany był w ramach siódmej edycji Festiwalu Sztuki Współczesnej w Przestrzeni Publicznej Arteria w Częstochowie we wrześniu tego roku. Knopek zaadaptowała miejsce do stworzenia Domu w nieistniejącej już cukierni, na Starym Mieście, gdzie odbywały się niemal wszystkie wydarzenia w ramach Arterii. Stare Miasto w Częstochowie to przestrzeń, które znajduje się z dala od zgiełku i głównego traktu w postaci Alei prowadzących na Jasną Górę. Sprzyjało to nawiązaniu bliższej relacji z widzami odwiedzającymi realizacje artystów, którzy oderwani od miejskiego tłumu, mogli w spokoju zaangażować się w działania wszystkich twórców.

Urszula Kluz-Konpek, w nadniszczonym zębem czasu przestrzeni cukierni, w której unosił się zapach wilgoci, a także usypiający dźwięk spadających kropli wody, dobiegający z pobliskiego pomieszczenia, zaaranżowała miejsce gotowe do otwartej dyskusji o śmierci, nie tylko tej osobistej, ale i bliskich. Umieściła w nim stolik nakryty obrusem, krzesła, lampkę, która delikatnie rozświetlała zaciemnioną nieco przestrzeń, a także ciasteczka dla gości, żeby mogli poczuć się bardziej swobodnie, jakby odwiedzali kogoś bliskiego, kto pragnie ugościć ich najlepiej, jak tylko potrafi. Nieopodal na ścianie artystka zawiesiła mini-doniczki z tektury, które zawierały malutkie ruloniki. A na nich zostały zapisane opowieści o rytuałach pogrzebowych z różnych zakątków świata. Te delikatne, tekturowe struktury zawieszone na ścianie, symbolizowały archetypiczną, nierozerwalną więź człowieka z naturą, która nie ustaje także po śmierci.

Kluz-Knopek pieczołowicie zbierała wszystkie informacje o pochówkach, a odwiedzający ją widzowie mogli przeczytać fascynujące historie – ponoć na wyspie Tana Toraja, kiedy umiera małe dziecko, które nie zdążyło doczekać procesu ząbkowania, jego drobne ciało chowa się w specjalnie wydrążonej dziurze w drzewie kauczukowym. Jego żywica przypomina swoją barwą matczyne mleko. Ten symboliczny, pogrzebowy rytuał pomaga dziecku „rosnąć”, wciąż „dojrzewać”, wraz z drzewem, które poprzez swoją wysokość coraz bardziej dotyka nieba. W Tybecie tymczasem sporą popularnością cieszą się nadal pochówki powietrzne, w których ciała nie są chowane w ziemi, ale zostawia się je na pastwę drapieżnych ptaków. Ma to związek z buddyjskimi wierzeniami i definicją cielesności, traktowaną jako stan przejściowy, w którym po śmierci nie następuje akt zmartwychwstania. W Stanach Zjednoczonych coraz większe zainteresowanie wzbudzają pogrzeby typu „drive-through”. Żałobnicy podjeżdżają do specjalnie przygotowanej witryny, gdzie wystawione jest ciało zmarłego, którego chcą pożegnać. Mogą to zrobić nie wychodząc z własnego samochodu. Ten nowoczesny rytuał pokazuje, jaki olbrzymi dystans nastąpił pomiędzy ciałem zmarłego, a żegnającymi go bliskimi. Wystarczy w tym miejscu przypomnieć pogrzeby, szczególnie obecne w polskich wsiach, podczas których ciało zmarłego przez kilka dni, aż do ceremonii, znajdowało się w domu. Każdy mógł pożegnać, dotknąć zwłok bliskiego, oswajając się także w ten sposób z własną skończonością. Jak pisała Jolanta Brach-Czaina, doświadczenie martwego ciała „wiąże się z całkowitym odsłonięciem na doznania, jest to bowiem pewna postawa, w której przyjmujemy świat bez osłony, można by powiedzieć: bez skóry. Zezwalamy, by wrażenia zapadały w nas tak głęboko, jak one same mogą zapaść, nie natrafiając na żaden sprzeciw czy opór z naszej strony” [Brach-Czaina, s. 164]. Doświadczenie widoku, ale przede wszystkim dotyku zmarłego, jest bez wątpienia doświadczeniem granicznym, który zmienia perspektywę przeżywania własnego życia. I nie należy się tego typu emocji obawiać czy unikać, ponieważ w ten sposób pomagają one precyzyjnie zrozumieć to, co cielesne, a co jest naturalną, wręcz fizjologiczną częścią egzystencji.

Latający Dom Dobrej Śmierci to nie tylko ciekawe opowieści o rytuałach pogrzebowych. Widzowie odwiedzający artystkę, mogli sami wypowiedzieć się na temat odchodzenia, zostawiając własne historie w tekturowych doniczkach. Sprowokowani intrygującymi narracjami o pochówkach i niesamowitą empatią Kluz-Knopek, która witała z uśmiechem każdego, kto zechciał ją odwiedzić, zostawiali krótkie notatki albo długie wypowiedzi, zapisując je na kartach papieru leżących na stole. Zajadając się ciasteczkami, siadali w skupieniu i milczeniu na krześle, pisząc z łatwością słowa, które na co dzień trudno przechodzą przez gardło. A są to słowa intymne, niezwykle osobiste, które najczęściej zostają tylko w myślach. Niektórzy chcieli umrzeć we śnie, inni obawiali się tego, że mogą pozostać po nich jakieś długi. Ale znaleźli się i tacy, którzy nie zwracali uwagi na egzystencjalne rozterki i szukali bardziej poetyckich rozwiązań własnej śmierci, na przykład takich: „Moja wymarzona śmierć to nagi skok z budynku. Niektórym może się to wydawać dziwne, ale ja marzę o doświadczeniu swobody ruchu, poczucie, że nic mnie nie dotyka i nic nie trzyma”. Albo: „Chciałabym umrzeć w miejscu, które za życia byłoby dla mnie ważne i chciałabym, żebym to w tym miejscu została pochowana”. Pojawiają się także i takie wypowiedzi: „Chciałbym, aby moje prochy zatopić w płycie winylowej, na której nagrany będzie mój głos”. „Jeśli ktoś potrzebowałby jakiegoś sposobu wspomnienia mnie – chciałabym, aby stworzył go sam”. „Chcę wrócić szybko do obiegu... Robaki, woda, wiatr. Chcę szybko zacząć żyć od nowa”.

Wydawać by się mogło, że Latający Dom Dobrej Śmierci będzie miejscem kłopotliwego milczenia, spojrzeń pełnych niepokoju i zdziwienia, a także chęci błyskawicznego opuszczenia. Stało się wręcz przeciwnie – zniszczona cukiernia sprzyjała rozmowom, nawiązywaniu bliskich relacji i uważnemu spoglądaniu sobie w oczy bez jakiegokolwiek dystansu. To właśnie w tym miejscu o śmierci mówiono tak po prostu, bez wstydu, tak zwyczajnie i naturalnie, bez pompatycznych, ckliwych słów czy niepotrzebnej egzaltacji. Latający Dom Dobrej Śmierci pozwalał także na wyciszenie, skupienie, chwilowe zanurzenie się w „tu i teraz”, z którego wykluczony został jakikolwiek pośpiech czy ukradkowe zerkanie na smartfona. Działania Kluz-Knopek przywracają trochę już zapomniany we współczesnej kulturze język mówienia o śmierci, a także redefiniują na nowo fundamentalne pytanie „jak należy umierać?” w czasach, kiedy śmierć pozbawiona jest głębszej refleksji, a o której najwięcej mówi się tylko raz w roku, w dniu 1 listopada, przypominającym nieco już zakurzone słowa memento mori. Co istotne, projekt ten ujawnił, jakie zmiany nastąpiły w myśleniu o tym, czym stały się dziś rytuały pogrzebowe i jakie one mogą być w przyszłości? To zagadnienia jak najbardziej warte uwagi i szeroko zakrojonych dyskusji oraz badań, także, a nawet szczególnie, tych artystycznych.

Wychodząc z Latającego Domu Dobrej Śmierci w piękne popołudnie, można było obserwować zmysłowy ruch promieni słonecznych, które delikatnie oplatały zniszczone podwórko. Ten błogi stan zawieszenia pomiędzy pięknem ujawniającym się w zupełnie niespodziewany sposób, a myślami o własnej śmierci, zsyłał na odwiedzających artystkę niewypowiedziany spokój, z którym wrzuceni niebawem w wir miejskiego życia, zostawali jeszcze na długo. A Ty, drogi Czytelniku, myślałeś kiedyś nad tym, jak wyobrażasz sobie własną śmierć? Zastanów się, nie musisz się spieszyć z odpowiedzią. Ale spróbuj to sobie choć przez chwilę wyobrazić.

Literatura:

J. Brach-Czaina: „Szczeliny istnienia”. Wyd.eFKa. Kraków 2006.

K. O. Knausgård: „Moja walka”. T.1. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2014.
Latający Dom Dobrej Śmierci, Urszula Kluz Knopek. Projekt realizowany w ramach Festiwalu Sztuki Współczesnej w Przestrzeni Publicznej Arteria w Częstochowie, 6.09-10.09.2017.