Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (337) / 2018

Adriana Biedrowska,

COMING OUT OKIEM LINGWISTY (MAŁGORZATA KITA: 'COMING OUT W POLSKIEJ PRZESTRZENI DYSKURSYWNEJ')

A A A
Co łączy współczesny coming out z XVIII-wiecznym balem debiutantek? Czy kobiety inaczej mówią o swojej tożsamości psychoseksualnej niż mężczyźni? Czym jest tajemnicza szafa, z której wychodzą osoby LGBT? Na te i inne pytania niezwykle ciekawie odpowiada Małgorzata Kita, omawiając zjawisko coming outu z perspektywy językoznawczej. Autorka posługuje się narzędziami lingwistyki kulturowej, by dokonać próby analizy tego nowego gatunku mowy, umieszczenia go w filologicznych ramach, znalezienia językowych wyznaczników konstytuujących nie tyle sam coming out, ile – szerzej – cały „branżowy” socjo- czy genderlekt. To z kolei pozwala poznać oraz „odtworzyć fragment językowego i tekstowego obrazu świata LGBT” (s. 11). Co ważne, materiał będący źródłem rozważań językoznawczych autorki stanowi nie tylko literatura piękna („literatura LGBT”, „literatura gej/les”, biografie, wywiady rzeki…), ale także wypowiedzi prasowe czy internetowe. Wszystko to sprawia, że wyłaniający się z książki obraz jest bardzo szeroki i nie ogranicza się jedynie do sfery stricte literackiej, lecz pozwala na podejrzenie, czy raczej podsłuchanie, prawdziwego, „żywego” języka, niewygładzonego i niestworzonego jedynie na potrzeby beletrystyki.

Od sali balowej do klozetu

Książkę „Coming out w polskiej przestrzeni dyskursywnej” rozpoczyna pewien rys historyczny. Oto autorka nie tylko zarysowuje barwne tło rewolucji homoseksualnej (wydarzenia w amerykańskim barze Stonewall Inn z 1969 roku), ale też wskazuje na – całkiem zaskakujące – pochodzenie samej nazwy „coming out”. Okazuje się bowiem, że pierwotne znaczenie tego wyrażenia, mające początki w XVIII wieku, związane jest ściśle z wydarzeniem na wskroś heteroseksualnym i – co dość oczywiste, zważywszy na kontekst czasowo-kulturowy – patriarchalnym, jakim był tak zwany bal debiutantek – coming out party. Na wydarzeniu tym, organizowanym jedynie w kręgu wysokich sfer, młode panny z ważnych i możnych rodzin były przedstawiane towarzystwu. Stanowiło to tym samym jasny komunikat: dama wprowadzana na salony jest gotowa do zamążpójścia. W początkach XX wieku określenie „coming out” ewoluowało, lecz wciąż – przekornie – nawiązywało do balów organizowanych specjalnie dla dobrze urodzonych panien. Otóż środowisko homoseksualnych mężczyzn zaczęło organizować swoje „bale debiutantów”, podczas których przedstawiano młodych gejów szerszemu, zazwyczaj starszemu „branżowemu” środowisku. Dopiero na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku wyrażenie to come out of the closet, rozumiane jako „publiczne (…) ujawnienie własnej orientacji psychoseksualnej” (s. 37), zaczęło się upowszechniać i wkraczać do języka ogólnego. Tym samym, jak konkluduje Kita, „dokonało się też przesunięcie akcentu: wyjście z szafy dotychczas rozumiane było jako wejście w przestrzeń życia towarzyskiego (…), a od lat 70. XX w. w wyrażeniu »podkreśla się« składnik z szafy, akcentując takie jej własności metaforyczne jak ciemność, ciasnota, (…), wykluczenie, aż po homofobię” (s. 37–38). Panny z dobrego domu przechodziły z jednej ograniczonej przestrzeni (kuratela ojca) do drugiej (kuratela męża). A skąd i dokąd przechodzą osoby nieheteroseksualne?

Gej, lesbijka i stara szafa

Jak się okazuje, szafa, z której wychodzą (lub nie) ludzie utożsamiający się jako LGBT, ma rozliczne konotacje, i to nie zawsze negatywne. Owszem, jest to miejsce niewygodne, zamknięte, niepokojące (a nawet groźne ze względu na panującą tam ciemność), znajdujące się w przestrzeni bardzo prywatnej i symbolizujące marginalizację, na którą społeczeństwo skazało osoby o odmiennej niż większość tożsamości psychoseksualnej. Może też konotować myśli o czymś bardzo wstydliwym, wszak to właśnie tam trzyma się „trupa”, czyli coś przykrego, wręcz kompromitującego, o czym lepiej nie mówić. W takim kontekście wyjście z szafy – czy też, jak próbuje się tłumaczyć, z klozetu – oznacza w pełni świadome „ujawnienie”, ale i „uwolnienie się”. Poprzez ten gest „homoseksualista odnajduje podmiotowość, milczący zyskuje głos, a co ważne: tworzy język, który pozwala mu mówić o swojej naturze” (s. 69). Z drugiej jednak strony szafa to miejsce bezpieczne właśnie ze względu na swe zamknięcie i oddalenie od centrum wydarzeń dnia codziennego, gwarantujące schronienie przed światem, czyhającym w nim złem. „Czy szafa – element wyposażenia albo dekoracji wnętrza – oznacza to samo dla mężczyzny i kobiety?” – pyta autorka (s. 73) i udziela odpowiedzi przeczącej. Okazuje się bowiem, że pomimo wspólnego dla osób LGBT doświadczenia – marginalizacji czy opresji – środowisko to jest bardzo zróżnicowane, a podstawowy wyznacznik odmienności stanowi właśnie płeć. Jak zaznacza Kita, reprezentacja osób nieheteronormatywnych jest w Polsce znacznie zdominowana przez homoseksualnych mężczyzn, i to głównie ich coming outy są publicznie dyskutowane. Kobiece „wyjścia z szafy” bywają rzadsze, znacznie cichsze i anonimowe, a dokonujące „ujawnienia” kobiety częściej decydują się na pośredni akt mowy. Językoznawczyni – tłumacząc się ograniczeniami uprawianej dyscypliny – nie pogłębia tej refleksji i zapowiada, że nie będzie dochodzić źródeł zaistniałej sytuacji. Jednak prowadzone jakby w tle analizy kulturowe (bazujące głównie na dziełach literackich) pokazują, że kobieta w większym stopniu niż mężczyzna przyzwyczajona jest do życia w odseparowanej przestrzeni, którą niegdyś było gineceum, harem, później fraucymer, buduar czy gotowalnia. Tak dobrze znana przestrzeń – choć zamknięta, to jednak bezpieczna i prywatna, do której wstęp osób postronnych jest ograniczony – nie zawsze bywa uznana za opresyjną. Co więcej, szafa, na co mocno zwraca uwagę badaczka, jest miejscem, w którym kobieta przechowuje swoje modowe skarby, atrybuty swojej płci. „Dla lesbijki, żyjącej w tych dwóch przestrzeniach: w szafie lesbijskiej i szafie modowej, mających różne wartości egzystencjalne i aksjologiczne, konotacje szafy mogą nie być tak jednoznaczne, jak w przypadku mężczyzny” – stwierdza Kita (s. 78). Dlatego do opisu coming outów lesbijek używa kategorii półuchylenia, twierdząc, że szafa kobiet nieheteronormatywnych jest niedomknięta. Wszak świat, do którego wychodzą „z ukrycia” osoby LGBT, to niekoniecznie przestrzeń przyjazna. I tu istnieją miejsca ciemne, tajemnicze, odosobnione, przynależne jedynie homoseksualistom (choć raczej znów mężczyznom) – darkroomy. Co odróżnia je od szafy? Otóż osoby wchodzące do darkroomu robią to w pełni dobrowolnie, niejako w ramach buntu wobec powszechnych zasad kontrolujących i ograniczających ludzką seksualność. „To już nie przestrzeń dyskryminacji, rodząca poczucie niższości, gorszości, lecz wymarzone, fascynujące miejsce przyjemności i rozrywki” (s. 165). Jednak wciąż jest to strefa mroczna i odseparowana, budząca grozę, a jednocześnie chroniąca przed oceniającym spojrzeniem heteroseksualnego społeczeństwa. Jak konkluduje Kita, przywołując słowa Olgi Tokarczuk – skoro „wolimy darkroomy, a nie lightroomy”, „postulowanie wyzwolenia seksualnego na niewiele się przydało” (s. 165).

Coming out – jak to (nie)łatwo powiedzieć

Małgorzata Kita jako językoznawczyni pyta przede wszystkim o to, czym jest coming out jako akt mowy. Za Marią Wojtak wskazuje na cztery jego „poziomy ontologiczne”: poznawczy, pragmatyczny, stylowy i strukturalny, analizując tym samym takie elementy jak forma wypowiedzi, wybór bezpośredniego lub pośredniego aktu mowy czy „relacje transtekstualne (…) z innymi tekstami tego typu” (s. 10). Badaczka na bogatym materiale źródłowym pokazuje, jak odmienne mogą być poszczególne „ujawnienia”, a jednocześnie jak wiele wspólnych doświadczeń mają za sobą osoby nieheteroseksualne. Coming outu można dokonać w kilku prostych słowach, tak jak zrobił to bohater powieści „Bierki” Marcina Szczygielskiego („Jestem gejem – oświadczam” [s. 53]), ale bywają też ujawnienia zawoalowane, nie wprost, takie jak wypowiedź Marii Janion: „Zawsze mnie interesowały koleżanki” (s. 40). Kod, którym posługują się osoby „wychodzące z szafy”, może być werbalny (wypowiedź literacka, udzielenie wywiadu, wpis w internecie) bądź niewerbalny (plakat w ramach kampanii, okładka w odpowiednim magazynie). Powiedzenie o swojej prawdziwej tożsamości psychoseksualnej może być zaplanowane i przemyślane lub wydarzyć się spontanicznie; może być tekstem autonomicznym albo też stanowić część składową większej całości (na przykład autobiografii). Co więcej, mimo przeróżnych akcji mających oswoić społeczeństwo z problematyką LGBT, pod polskimi coming outami nie każdy umieszcza swoje nazwisko – „ujawnienia” wciąż bywają anonimowe, czego przykładem są wyznania zanotowane przez Annę Laszuk w książce „Dziewczyny, wyjdźcie z szafy!”. Coming out to nie tylko publiczne stwierdzenie „jestem gejem/lesbijką”, to także „sekwencje wyjaśniające motywy, jakimi kierował się podmiot (…), okoliczności uświadomienia sobie tożsamości seksualnej, opis drogi decyzji o ujawnieniu, wskazanie oczekiwanych reakcji” (s. 39). Tak rozbudowywana całość może złożyć się na nowy gatunek literacki bądź filmowy – coming out story. Jak pisze Kita: „Symbolicznego coming outu dokonała też polska literatura piękna. Poetyka niewyrażalnego pożądania, ukradkowe przemycanie i kodowanie treści homoseksualnych zostały zastąpione jawną obecnością problematyki homoseksualnej i mówieniem o niej” (s. 44). Wśród polskich pozycji książkowych poruszających kwestię „wyjścia z szafy” badaczka wymienia takie tytuły jak: „Biedny Oscar, czyli dwa razy o miłości” Anny Bojarskiej, „Bierki” i „Berek” Marcina Szczygielskiego czy „Gej w wielkim mieście” Mikołaja Milcke. Analizując fragmenty coming out story, Kita odnajduje pewne stałe struktury, często powtarzające się w omawianym materiale. Są to: „zmagania z problemami tożsamościowymi” (bohater dojrzewa i podświadomie czuje, że różni się od innych), „rodzenie się samoświadomości tożsamościowej” (powolne nazywanie tej różnicy), „inicjacja seksualna”, „dokonanie coming outu” (także niezamierzonego) jako punkt centralny, można by rzec: kulminacyjny, w końcu – „reakcje na coming out i życie bohatera po ujawnieniu się” (od obojętności po agresję i przemoc) (s. 50–55).

Jeśli nie wiesz, o co chodzi…

…chodzi o język. Myślę, że właśnie tak można najlepiej streścić myśl przewodnią tej książki. Czytelnik szybko bowiem dojdzie do wniosku, że to właśnie w języku kryje się jądro tożsamości, ideologii i poczucia wspólnoty, ale też wykluczenia, marginalizacji i homofobii, często nawet niezamierzonej. Kita jako lingwistka poświęca bardzo wiele miejsca analizie języka, którym posługują się zarówno członkowie środowiska LGBT, jak i mówiący o nich – niezależnie od intencji i osobistych sympatii. Badaczka wymienia cały szereg określeń, jakimi obie strony posługują się przy opisywaniu osób nieheteronormatywnych: mniejszość seksualna, lesbijka, kobieta homoseksualna, homoseksualistka, córa Safony, safistka, les, lesba, gej, homoseksualista, sodomita, pedał, ciota, odmieniec, a nawet archaiczne: uranista i homoerota, w końcu: kurwa. Poszukiwanie słowa uniwersalnego i neutralnego wydaje się zadaniem skazanym na niepowodzenie. Nawet słowo „homoseksualista”, brzmiące dla „laika” obojętnie, okazuje się nietrafione, gdyż zbyt mocno skupia się na aktach seksualnych, tymczasem utożsamianie się jako LGBT nie polega tylko na utrzymywaniu stosunków erotycznych z przedstawiciel(k)ami tej samej płci. Co więcej: „Pewnym przeciwwskazaniem dla używania słowa homoseksualista jest jego geneza tkwiąca w dyskursie medycznym, gdzie orientację homoseksualną uważano za chorobę” (s. 102). Niespodzianka czeka także na tego, kto chciałby z tego zestawu wyrażeń wydzielić inwektywy. Wprawdzie kojarzący się negatywnie „odmieniec” faktycznie uchodzi za słowo obraźliwe, gdyż „konotuje wykluczenie, stygmatyzację, piętno doświadczenia seksualnego innego niż przyjętego w przestrzeni rzeczywistości normatywnej (heteronormatywnej)” (s. 100), ale już dwojako można rozumieć słowo „kurwa”. Uznane za wulgaryzm, wypowiedziane przez homoseksualistę może uchodzić za neutralne, a nawet pozytywne (licznych przykładów tej zmiany semantycznej dostarczają powieści Michała Witkowskiego). Jak pisze Kita: „Używane wewnątrz grupy, wulgaryzmy systemowe tracą swój odcień wulgarności i intencję obrażenia drugiego. Stają się składnikiem gry: z językiem, ze zwyczajem językowym, ze społeczeństwem” (s. 129). Wśród zmian leksykalnych możliwych do zaobserwowania w środowisku LGBT wspomnieć trzeba również neosemantyzmy, do których należy między innymi – by znów odwołać się do Witkowskiego – „pikieta”, oznaczająca miejsce schadzek „ciot” (kolejne określenie, które traci negatywny odcień, gdy wypowiadane jest przez „swoich”). Bogactwo słownika, którym posługują się osoby nieheteronormatywne, skłania badaczy do coraz powszechniejszego analizowania i opisywania tego „lawendowego języka”. Jednak problemy lingwistyczne, nad którymi pochyla się Kita w swojej książce, nie dotyczą tylko (lub aż) nominacji osób LGBT, choć to kwestia chyba najważniejsza, bo tożsamościotwórcza. Kłopotliwe okazują się między innymi także polskie próby przekładu angielskiego wyrażenia to come of the closet. Pominąwszy problematyczne tłumaczenie ostatniego członu („szafa”, ale i nie do końca udany „klozet”), należałoby zwrócić uwagę na takie polskie odpowiedniki jak „ujawnienie” czy „przyznanie się”. Okazuje się bowiem, że oba te sformułowania mają w naszym języku niekoniecznie pozytywne konotacje. Pierwsze z tych wyrażeń, jak wyjaśnia Kita, przypomina o niechlubnych momentach historii Polski i „ujawnieniu się” żołnierzy walczących z systemem totalitarnym (a w 1968 roku – Żydów), drugie zaś sugeruje, że to, do czego przyznać ma się agens, jest czynnością wstydliwą, przykrą, a nawet zakazaną. Czyżby język polski wciąż nie był gotowy na coming out?

Monteki z Wiki

Opisując problem „wyjścia z szafy” (w tym jego przyczyn i skutków) w Polsce, Małgorzata Kita bynajmniej nie ogranicza się do rodzimych przykładów – szeroko opisuje międzynarodowe tło zjawisk, o których pisze, co pozwala czytelnikowi na jeszcze lepsze zrozumienie tematu i umieszczenie go w przeróżnych i licznych kontekstach. Omawia gatunek, jakim jest coming out, na tle dyskursu prywatności (mocno przenikającego się współcześnie z dyskursem publicznym), seksualności, tożsamości, cielesności; przez pryzmat dyskursu emancypacyjnego, edukacyjnego, homofobicznego, równości i tolerancji. Źródła podawane przez autorkę są bardzo zróżnicowane i częstokroć przytaczane w języku oryginalnym, co dla czytelnika może też stanowić problem. Jest jednak w książce Kity coś, co może zaboleć polonistę i edytora – owe przebogate źródła, które analizuje autorka, odsyłają najczęściej do internetu. Być może to kwestia przywiązania do tradycji i grzecznej poprawności, ale czytanie „Romea i Julii” z Wikisource przyprawia mnie o dreszcze, choć chyba nie o takie, o jakie powinno. Nie zmienia to jednak faktu, że książkę czyta się momentami jak dobrą powieść, choć przecież wciąż pozostaje pozycją naukową, która wprowadza czytelnika w świat polskiego dyskursu, specyficznego języka, w tym „branżowego”, i historię związaną z szeroko pojętym coming outem. „Idee emancypacyjne i ruchy feministyczne na progu XX w. przyczyniły się do tego, że wyczerpała się idea coming outowego balu debiutantek. Działania organizacji LGBT dały początek kulturowemu istnieniu gatunku coming outu” – pisze Kita (s. 59). Jak dalej rozwinie się ten gatunek (mowy, literatury, filmu)? Można tylko zgadywać. Jeśli jednak śląska językoznawczyni wciąż będzie zgłębiać ten obszar kultury, chętnie sięgnę po kolejne pozycje jej autorstwa.
Małgorzata Kita: „Coming out w polskiej przestrzeni dyskursywnej”. Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego. Katowice 2016.