Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (337) / 2018

Dawid Kujawa,

POETYCKIE PODSUMOWANIE ROKU

A A A
Rok 2017 w polskiej poezji zdecydowanie nie był – z drobnym, ale znaczącym wyjątkiem, o którym poniżej – rokiem debiutów. Obfitował za to w kilka bardzo dobrych tomów podtrzymujących i rozwijających znane już czytelniczkom dykcje, co w przyszłości, jak sądzę, wszystkim nam wyjdzie na dobre: przeczuwam, że to właśnie te poetki i ci poeci, którzy dotychczas nie byli przez krytykę ustawiani w pierwszym rzędzie, czasem bywali zupełnie pomijani, a w tym roku wrócili z bardzo mocnymi wierszami, mogą w najbliższych latach stać się ważnym punktem odniesienia dla młodszych autorek i autorów – ci ostatni bowiem, co widać już od dobrych kilku sezonów, szukają inspiracji daleko poza paradygmatem wypracowanym w latach dziewięćdziesiątych, który nawet najbardziej odległe od siebie poetyki pozwala zwykle zakleszczać między odczytaniami „egzystencjalnymi” i quasi-poststrukturalistycznymi. Moim zdaniem to wystarczający powód, by w niniejszym subiektywnym i stronniczym zestawieniu kilku zaledwie zeszłorocznych książeczek całkowicie zrezygnować z konwencjonalnych ukłonów w stronę „starych mistrzów”.

Trudno wyobrazić sobie tekst podsumowujący poetyckie książki minionego roku bez drobnej choćby wzmianki o „Darze Meneli” (Biuro Literackie) Roberta Rybickiego: w ostatniej publikacji autor z Rybnika nie walczy o swoją pozycję w literackim głównym nurcie, który i tak nigdy się do niego nie przyznawał, ale o prawo do takiego eksperymentu językowego, który nie da się podporządkować hegemonicznej narracji ideologicznej. Nawet jeśli uznamy, że najbardziej oryginalne i przełomowe idiomy ostatnich dekad, uderzające wprost w „metafizykę obecności”, niosły ze sobą pewien potencjał emancypacyjny, musimy zgodzić się z tym, że w głównonurtowej obróbce krytycznej niezwykle łatwo dały się one spacyfikować, tym samym stając się po prostu „literaturą postmodernistyczną”. Rybicki przyjmuje bardzo dobrze przemyślaną taktykę: kontynuacja skorumpowanego przez rynek sztuki i akademię projektu neoawangardy nie jest żadnym rozwiązaniem, dlatego właśnie kluczowe staje się dla niego podjęcie rozwiązań zaproponowanych przez ruchy historycznej awangardy, przede wszystkim dadaistów z Zurychu i francuskich surrealistów. Wydawać by się mogło, że w czasach, gdy kreatywność i indywidualna ekspresja stały się silnikiem kapitalizmu w krajach tak zwanego centrum, powrót do tej strategii na niewiele może się zdać – „Dar Meneli” to tom napisany wbrew takim defetystycznym założeniom. Wszystko od schwittersowskiej „Lekcji poezji (śpiewu czeskich ptaków)”, aż po bezustanną walkę z pustym i opresyjnym projektem racjonalności, wskazuje tu na fakt, że awangardę można pomyśleć w sposób niedeterministyczny. Poeta podąża linią wyznaczoną przez anarchistycznych i komunistycznych twórców tak, jakby wcale nie musiała ona z czasem zostać złamana przez Andy’ego Warhola – tym samym, niczym w jakiejś historii alternatywnej, powołuje do życia pewien spekulacyjny nurt awangardy, który nie został podporządkowany władzy kapitału.

Skrajnie odmienną strategię przyjmuje w „Pawlionach” (Fundacja na Rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza) Dominik Bielicki, a biorąc pod uwagę obecne uwarunkowania i tendencje dominujące w produkcji kultury, dodać należy, że to strategia szczególnie warta uwagi – po dziewięciu latach od wydania debiutanckiej „Gruba tańczy” (właściwie całkowicie zignorowanej przez krytykę, świetnie pomyślanej i skomponowanej książki) autor wraca z tomem, w którym stara się dyskursywnie przepracować kwestię polskiej transformacji. Doskonale zdając sobie sprawę z pułapek, w jakie z łatwością dała się złapać „wywrotowa” estetyka destabilizacji znaczeń, maksymalnego wyzysku dereferencjalizacji, Bielicki stawia na dykcję nie tyle stabilnych, co raczej funkcjonalnych i pragmatycznych użyć języka. Skoro neoawangardowy, postmodernistyczny model poezji okazał się ideologiczną chmurką doskonale wpisującą się w pejzaż przyśpieszającej prywatyzacji, a stojąca za eksperymentem językowym idea wolności stała się przede wszystkim inteligencką podkładką pod wolny rynek, autor postanowił poszukać „starego budynku” dla „nowych idei” (jak sugeruje motto z Jane Jacobs otwierające książkę) – skierował się zatem wprost w stronę estetyki bliskiej radzieckiemu konstruktywizmowi (w tym sensie blisko „Pawilonom” do ostatniego tomu Szczepana Kopyta, „z a b i c”). Silne obciążenie semantyczne detali (zamiast barokowych „świateł”, „rdzy”, „jezior”, których mamy już – przepraszam – do porzygu, dostaniemy „zapiekanki”, „coca-colę” i „klipsy”, zresztą tylko wtedy, gdy naprawdę są one potrzebne), dośrodkowa organizacja wiersza i narratywizacja spełniają oczywiście inne funkcje niż w poezji po Październiku: ich względnie stabilizacyjny potencjał nie służy ustanawianiu nowej, proletariackiej kultury, ale jako narzędzia krytyczne bez wątpienia okazują się one skuteczniejsze niż zupełnie ślepe rozplenianie sensów, którego mamy już sporą nadwyżkę. Ta pozornie archaiczna pod względem struktury książka okazuje się prawdopodobnie najbardziej aktualną od lat poetycką odpowiedzą na współczesne problemy – Bielicki tym samym w fenomenalnym stylu obśmiewa późnokapitalistyczny fetysz oryginalności i innowacyjności, które dawno przestały być domeną solidnej krytycznej sztuki, a stały się konstytutywnym elementem świata reklamy. Zalecam patrzeć w tę stronę – być może to tutaj będzie się teraz działa poezja.

Z drugą książką, po pięciu latach od publikacji nagrodzonej Silesiusem „splendida realta”, wróciła w tym roku również Ilona Witkowska – „Lucyfer zwycięża” to tom głęboko zanurzony w estetyce – jak trafnie nazwał to kiedyś Jakub Skutys – „antyhermeneutycznego minimalizmu”, wyraźnie wpisujący się w linię poetycką przecinającą późne wiersze Marcina Sendeckiego i twórczość Piotra Czerniawskiego. Taka forma lirycznej ekspresji, choć na pierwszy rzut oka może przypominać doskonale wszystkim znany minimalizm o metafizycznych roszczeniach, stanowi projekt radykalnie odmienny, ufundowany na innych założeniach i inaczej precyzujący swoje cele: to, co niedopowiedziane, w żadnym stopniu nie jest tu obarczone przytłaczającym ciężarem „Znaczenia”, które miałoby rzekomo przerastać ludzkie możliwości poznawcze, tym samym wywołując u czytelniczki wrażenie wzniosłości rozumianej po Kantowsku. Witkowska jest poetką mocno stąpającą po ziemi, zdecydowanie bliższy jest jej materialistyczny ogląd świata wyrastający z ducha awangardy, dlatego nie interesuje się ona eksperymentem myślowym rozumianym jako szansa na kontakt z transcendencją, ale zwraca się ku próbom takich językowych przetasowań, które będą w stanie otwierać nowe przestrzenie dla życia społecznego. Eliptyczność Witkowskiej nie ma więc w sobie nic z mistycznej „tajemnicy”, która przerasta i zawstydza czytelniczkę: mocno sprasowane ekspresje mają u poetki jasno wyznaczone funkcje, choć nie oznacza to w żadnym razie, że można z góry przewidzieć ich rezultaty. Potencjalność i spekulatywność nabierają tu politycznej siły, która pozwala kwestionować ramy znanych nam, wykluczających uniwersalizmów, a jednocześnie każe wciąż na nowo tworzyć szkice przyszłych utopii – jeśli komunizm, to tylko jako proces.

Nieco inaczej prezentuje się skondensowany wiersz Natalii Malek, która w mijającym roku opublikowała swoją trzecią książkę poetycką, zatytułowaną „Kord” (Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu). Tom ten, właściwie pozbawiony słabych miejsc, pod względem warsztatu dopracowany do perfekcji, sytuuje się gdzieś pomiędzy „trybem staccato” późnego Johna Ashbery’ego (serie szybkich, celnych strzałów), a inspirowaną Tomažem Šalamunem ekstatycznością (udana, śmieszno-straszna jukstapozycja bez arcydzielnej pretensjonalności) – efekt jest momentami porażający: krótkie, rwane frazy, bez siłowo upychanych tu i ówdzie spójników, za sprawą których to rytm miałby załatwiać sprawę organizacji wiersza (znamy to choćby z niektórych, mniej fortunnych postashberiańskich utworów Krzysztofa Siwczyka), mogą na przestrzeni kilku wersów stwarzać percepty tak intensywne, a przy tym tak obce czytelniczce. Dotychczas zaledwie kilku polskich poetów było w stanie dostarczać podobnych wrażeń lekturowych – sądzę, że Malek w pewnym stopniu idzie tu śladem Miłosza Biedrzyckiego, Piotra Janickiego, Andrzeja Szpindlera, nie oznacza to jednak wcale, że zatraca przy tym swoją indywidualność: dla warszawskiej poetki charakterystyczne jest choćby to, że wysoki poziom absurdu nie burzy u niej nigdy figuratywności wiersza (to tytułowy „Kord”, włókno o silnym wiązaniu), co okazuje się umiejętnością niezwykle cenną i wręcz subwersywną, gdy przez lata najbardziej rzetelna krytyka literacka za podstawowy warunek bycia poważaną w poetyckim polu uznawała konieczność problematyzowania językowej dereferencjalizacji. Podczas gdy akademickie spory w przeważającej mierze dotyczą wyższości poezji nie-znaczenia nad poezją znaczenia (kwestia „zaangażowania”, wbrew pozorom, wcale nie wyparła tego problemu), Malek decyduje się płynąć pod prąd i w „Kordzie” w pełni realizuje się jako poetka intensywności.

Rok 2017 zaowocował również kolejna świetną książką krytyka, tłumacza i poety Kacpra Bartczaka – chociaż debiutował on już siedemnaście lat temu, jako autor wierszy długo pozostawał zupełnie niezauważony i dopiero po publikacji „Przenicaków” w roku 2014 – w czasie, gdy w najlepsze trwał już kryzys krytycznych paradygmatów ustanowionych po transformacji i coraz silniejsza była potrzeba „nowego rozdania” – zyskał powszechne uznanie recenzentów. „Pokarm suweren” wydany nakładem Biura Literackiego to szósta książka poetycka Bartczaka, od lat wyraźnie inspirowanego amerykańską awangardą spod znaku magazynu „L=A=N=G=U=A=G=E”, sporo czerpiącego również z dorobku Petera Gizziego – w moim przekonaniu te właśnie inspiracje odpowiedzialne są w dużej mierze za charakterystyczne dla autora dowartościowanie językowego ciężaru, chropowatości, masywnej dynamiki (co nie jest bez znaczenia, biorąc pod uwagę towarzyszące nam od lat dziewięćdziesiątych fetysz lekkości i zamiłowanie do atmosferycznych metafor). Nowe wiersze poety z Łodzi z niespotykaną chyba dotychczas w polskiej poezji skrupulatnością dowodzą, jak blisko związane są ze sobą kwestie polityki (szczególnie polityki rozumianej jako dystrybucja afektów i rządzenie żywymi ciałami) oraz dyskursywnego porządkowania rzeczywistości. Twórca „Wierszy organicznych” schodzi do poziomu mikro- (-biologii, -fizyki, -semantyki), by wbrew intuicjom literaturoznawców, którzy uwierzyli w postpolityczny świat liberalnej demokracji, dać wyraz prostemu przekonaniu: eksperyment językowy (poetycki, owszem, ale także medialny, religijny, mityczny, słowem: ideologiczny) odpowiada za jakość naszego życia w znacznie większym stopniu, niż jesteśmy skłonni podejrzewać. Żywiąc się tymi ideologicznymi dyskursami, które z kolei żywią się wyłącznie perwersyjnymi pragnieniami społeczeństwa, wiersz Bartczaka okazuje się niezwykle skutecznym instrumentem krytycznej refleksji we współczesnej Polsce.

Na koniec zostawiam jedyny w tym zestawie tom debiutancki, choć nie tak znowu „świeży”, jak można by sądzić – „Raport wojenny” (Biuro Literackie) Agaty (Zuzanny) Jabłońskiej to książka, która długo dojrzewała, choć najwyraźniej nie straciła nic ze swojej aktualności, bo zawarte w niej wiersze sprawiają wrażenie napisanych zaledwie przed kilkoma miesiącami (zaledwie kilka drobnych tropów sugeruje, że jest inaczej). Przy okazji tej publikacji – przez chwilę potraktujmy ją instrumentalnie – warto zastanowić się nad tym, jak ustawione zostałyby wektory poetyckich inspiracji, gdyby konkurs im. Jacka Bierezina w roku 2007 nie zakończył się wygraną Joanny Lech, ale właśnie – nominowanej do nagrody – Jabłońskiej: być może kolejne pokolenie użytkowników nieszuflady i liternetu doskonaliłoby swój warsztat na militarnej retoryce (zob. wiersz „Irina”), antywojennym przesłaniu (zob. wiersz „nogi” z doskonałą frazą: „prawa krwawa, lewa krwawa”) i perfekcyjnie zorganizowanej sonoryce (zob. wiersz „Sarajewo”), zamiast brudnym patykiem rozgrzebywać dziecięce traumy, zasiane w poetyckim polu przez Romana Honeta, a podlewane choćby przez wspomnianą Joannę Lech czy Grzegorza Jędrka. Być może szybciej dostrzeżono by, że nawet najbardziej intymny erotyk jest doniosłą sprawą publiczną i, choćbyśmy bardzo tego nie chcieli, zawsze ma bardzo konkretne polityczne inklinacje. Spóźniony debiut krakowskiej poetki – czy raczej samo jego spóźnienie – okazuje się w gruncie rzeczy symptomatyczny dla polskiego sposobu myślenia o życiu literackim co najmniej w ostatnich dwóch dekadach: od lat każdy poetycki komentarz do aktualnej sytuacji politycznej zbywany był lekceważącymi docinkami o „doraźności”, podczas gdy pielęgnowanie indywidualnych porażek i resentymentów oraz zdumiewający kult samczej chuci jakimś cudem zawsze pozostawały niepowątpiewanie „ponadczasowe”. Świetny debiut Agaty Jabłońskiej zdaje się mówić wystarczająco dosadnie: od dawna dobrze wiemy, że to nieprawda.

Nie wiem, czy to najważniejsze książki poetyckie tego roku – pewne jest tylko to, że pootwierały one drzwiczki na kilka szerokich, zapuszczonych terenów: bardzo szkoda byłoby tego nie wykorzystać.