Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (337) / 2018

Maja Baczyńska, India Czajkowska,

SZUKAM GŁĘBI

A A A
Maja Baczyńska: W jaki sposób pracujesz nad swoim repertuarem?

India Czajkowska: Hm… Bywa bardzo różnie. Zależy od projektu! Czasem po prostu spisuję pomysły wynikające z procesu improwizacji, aby nie uciekły i je rozwijam. Niekiedy wracam do pomysłów filmowych, jak na przykład na koncercie w Nowym Jorku, na festiwalu Chopin&Friends, spróbowałam przełożyć niektóre moje kompozycje na scenę, wykorzystując trochę inne instrumentarium. Natomiast w przypadku muzyki improwizowanej trudno mówić o repertuarze, a raczej o pracy nad językiem muzycznym. Tak się dzieje np. w Tańcach Snu. We współpracy z Elektrą Kurtis (skrzypaczką z Nowego Jorku) musiałam przyswoić sobie jej utwory – dość trudne, bo oparte na jazzie i rytmach greckich. Ale w zespołach takich jak Meru czy Artrance tworzyliśmy wspólnie kolejne kawałki, głównie w czasie prób. Ostatnio miałam też recital z muzyką nagraną wcześniej przeze mnie do spektaklu tańca Iwony Wojnickiej. To było prawdziwe wyzwanie, by zagrać ten materiał live na fortepianie.

M.B.: Twój krąg inspiracji wydaje się szeroki. Które wskazałabyś jako najistotniejsze?

I.Cz.: Przyznam, że nieco mnie dziwią częste pytania o inspiracje. Bo dla mnie inspiracja wydaje się być czymś, co powstaje w magicznym tyglu z gotującą się mieszaniną wszystkiego, co nas kiedykolwiek poruszyło, dotknęło, zastanowiło. Dzięki temu zachodzi w nas jakaś „reakcja chemiczna” i choć jest ona dla mnie dość tajemnicza, to w nią wierzę. Czasem otrzymuję pytania dotyczące np. jakichś kompletnie nieznanych mi nazw zespołów czy wykonawców. Ludzie pytają, czy się tym lub tamtym inspirowałam. A przecież to tylko skojarzenie danej osoby, może nawet trafne, ale ja raczej nie czerpię inspiracji bezpośrednio z czyjejś muzyki. Na pewno odnajduję w swojej twórczości jakieś wpływy, czegoś co kiedyś kochałam – np.. King Crimson, Bach, Davis, Chopin czy Björk lub Radiohead, ale inspirację stanowi dla mnie częściej: odczuwanie, myślenie, przeżywanie, samotność, przyroda etc. Tylko to jest inspiracją bezpośrednią.

M.B.: Z wykształcenia jesteś filozofem. Sztuka to dla ciebie bardziej koncept, podejście do życia czy też intuicja?

I.Cz.: Tak, z wykształcenia jestem filozofem, ale także muzykiem, bo najpierw dziesięć lat byłam poddawana szlifom w szkołach muzycznych. Na pewno nie podchodzę do tworzenia od strony czysto analitycznej, choć to jest element nieunikniony. Ale intuicja w sztuce jest dla mnie może najistotniejsza .

M.B.: Co masz na myśli?

I.Cz.: Na przykład to, że od zawsze wolałam kierować się dźwiękami i współbrzmieniami, które do mnie przychodzą, niż regułami i zasadami, które oczywiście musiałam sobie niegdyś przyswoić. Myślę, że w pewnym sensie koncept musi być ściśle powiązany z intuicją – zupełnie tak jak lewa półkula bez prawej jest jedynie połową mózgu, jednostronnym oglądem, a tymczasem ważne są oba. Na pewno w momencie, kiedy ostatecznie zdecydowałam, że wybieram muzykę jako moją życiową drogę, miało na to wpływ moje „filozofowanie” o dźwięku samym w sobie. Odkryłam, że dla muzyka zawiera już w sobie obraz i słowo, emocje i coś zupełnie abstrakcyjnego zarazem. W wielowymiarowości muzyki widziałam jej moc i pełnię. W muzyce ważne jest dla mnie szukanie głębi – nawet bardziej niż sama konstrukcja; bo nie wystarcza mi w sztuce sam koncept. Ważna jest też treść, choć czasem może być ona bardzo abstrakcyjna. W momencie tworzenia bardziej polegam na procesie czysto intuicyjnym i to okazuje się najbardziej trafne.

M.B.: Znana jesteś ze swojej muzyki filmowej i teatralnej. Jak to się zaczęło?

I.Cz.: Na szczęście moje marzenie, aby kiedyś komponować muzykę do filmów, zaczęło się spełniać trochę samo z siebie, w zasadzie bez szukania reżyserów, wysyłania demo itd. Pierwsza profesjonalna współpraca pojawiła się dzięki komuś, kto przyszedł na mój koncert. Grałam wtedy z własnym ośmioosobowym składem akustycznym. Był to Andrzej Titkow, który po koncercie zasygnalizował mi, że być może kiedyś się do mnie zgłosi po muzykę do swojego filmu. Od tego momentu minęło wprawdzie trochę czasu, ale rzeczywiście tak się stało. W efekcie skomponowałam muzykę do czterech czy pięciu filmów dokumentalnych Andrzeja i jednego spektaklu Teatru TVP. Wcześniej jedynie grywałam dla teatru amatorskiego i skomponowałam muzykę do dwóch etiud filmowych, w tym jednej własnej. Potem zjawili się następni reżyserzy. Jeśli już raz zrobi się coś dobrze, z reguły pociąga to za sobą nowe propozycje. Zdarzyło się na przykład, że poznałam na ulicy australijskiego producenta, który akurat kręcił film „Poland's New Jews” i w konsekwencji moje kompozycje znalazły się później w jego dokumencie. Ale bywało też inaczej – w przypadku Piotra Uklanskiego i „Summer Love” sama się zgłosiłam do reżysera, który dość długo szukał kompozytora do filmu.

M.B.: Czy prestiżowe nagrody dla muzyki w „La Scultura” były dla ciebie zaskoczeniem? Jakie to uczucie, gdy Twoja ścieżka dźwiękowa spotyka się z takim docenieniem. Dodało Ci to skrzydeł?

I.Cz.: Była to piękna niespodzianka! Nawet nie wiedziałam, że soundtrack był zgłoszony na festiwal Depth Of Field International Film Festival Competition i na festiwal filmowy w Salento. Tym bardziej werdykt Best Original Soundtrack bardzo mnie ucieszył. Czy dodało mi to skrzydeł, trudno powiedzieć, raczej poczułam, że to potwierdzenie wartości tej muzyki, zarówno dla mnie, jak i dla reżysera, który właśnie te kompozycje wybrał do filmu. Bo akurat w filmie „La Scultura” jest sporo moich wcześniejszych kompozycji napisanych na płytę „Cosmospir. „La Scultura” to poruszający film fabularny o rzeźbiarzu, kino dość trudne, absolutnie nie mainstreamowe. Żałowałam tylko, że nie mogłam być na żadnym z tych festiwali. Dotarłam za to na premierę kolejnego filmu, nad którym pracowaliśmy z Mauro John Capece – „Sfashion”.

MB: Co stanowi dla Ciebie największe wyzwanie w pracy z zespołem filmowym i z zespołem muzycznym?

I.Cz.: W pracy w branży filmowej pozytywnym wyzwaniem, którego bardzo bym sobie życzyła, byłaby współpraca z orkiestrą smyczkową lub jakimś innym dużym zespołem muzycznym. Zwykle albo budżet jest na to za mały, albo – jak np. w przypadku filmu „Summer Love” reżyser po prostu nie chce orkiestry i woli coś mniej oczywistego, wokalnego czy chóralnego. Z kolei podczas pracy z zespołem muzycznym ogromnym wyzwaniem bywa dla mnie załatwianie koncertów, jeśli spada to akurat na mnie. Bo pożera dużo więcej czasu i energii niż powinno, co mnie po prostu złości. Tak właśnie zmęczyło mnie prowadzenie mojego dawnego składu – znajdywanie sali na próby, koordynowanie muzyków, wielofunkcyjne obowiązki, które zdecydowanie bardziej męczyły niż zadania czysto muzyczne!

M.B.: Absolutnie to rozumiem. Ty jesteś przede wszystkim artystką. Współpracujesz również z teatrami ruchu, np. butoh. Co Cię w nich fascynuje, czy odnajdujesz w nich coś z siebie?

I.Cz.: Trudno byłoby współpracować muzycznie, nie czując wspólnej fascynacji danym tematem. Butoh zafascynowało mnie szczególnie w okresie kiedy zderzyłam się ze śmiercią bliskiej osoby. I jeśli dobrze pamiętam, po raz pierwszy to ja zaprosiłam Sylwię Hanff, świetną tancerkę butoh, do współpracy. Po obejrzeniu jej spektaklu, olśniło mnie, że właśnie ten dziwny świat spowolnionego, nierzeczywistego ruchu najlepiej wyrazi wizualnie jeden z utworów z płyty „Cosmospir: Summum”. Teraz obie jesteśmy zadowolone z tego, co ostatecznie powstało. Później Sylwia zapraszała mnie jeszcze niejednokrotnie, by coś razem stworzyć. W butoh pasjonuje mnie to, że czas ulega deformacjom, staje się gęsty, zmienia stan skupienia i tworzy inne światy o dużej intensywności.

M.B.: Masz za sobą wiele doświadczeń muzycznych. Które brzmienia są ci najbliższe?

I.Cz.: Niełatwo jednoznacznie odpowiedzieć, bo to się wciąż zmienia. Startowałam od czystych akustycznych brzmień i post-klasycznego myślenia, do którego zresztą często wracam. Mam w sobie duży sentyment do pisania na klasyczne instrumenty. Nieco później zaczęły mnie fascynować dźwięki elektroniczne, przestrzenne, nieoczywiste kolory, otwierające inne, czasem nawet psychodeliczne wymiary. Lubię łączyć ze sobą jedno i drugie, czyli sonorystyczne eksperymenty z czymś klasycznym lub prawie „piosenkowym”. Ostatnio powróciłam też trochę do wątków, które w momencie, gdy nagrywałam płytę „Cosmospir” w ogóle mnie nie interesowały, czyli do wątków jazzowych, a nawet free jazzowych. Trochę zmęczyły mnie już snujące się oniryczne eksperymenty i aktualnie pociągają mnie też mocniejsze, rytmiczne rzeczy. A rdzeniem, do którego wciąż powracam jest fortepian, od którego zaczęło się moje komponowanie.

M.B.: Czy pamiętasz jakiś moment przełomu artystycznego lub trudności, które znacząco wpłynęły na Twoje decyzje artystyczne?

I.Cz.: Może mam je dopiero przed sobą? Choć takim momentem było dla mnie chyba niegdyś zakończenie działalności mojego pierwszego składu, kiedy już miałam dość grania zamkniętych, zaaranżowanych form. Zetknęłam się wówczas ze sceną muzyki improwizowanej i zaczęłam prowadzić koncerty z taką muzyką w Jazzgocie. To była nowa przestrzeń, nowi ludzie i swego rodzaju wolność po graniu napisanych, powtarzalnych kompozycji. Zarazem zaczął się w moim życiu nowy czas, kiedy to otworzyły się nowe ścieżki muzyczne i bardziej eksperymentalne środki. Owocem tej drogi była płyta, kompletnie inna niż to, co grałam kilka lat wcześniej na wspomnianym wcześniej krążku „Cosmospir”.

M.B.: Kiedy tworzysz nową płytę, co jest dla Ciebie najważniejsze?

I.Cz.: Chyba najważniejsze jest dla mnie, by nie zgubić istoty pomysłu, by nie „zamęczyć” materiału i nie stracić siły przekazu. Trzeba czuwać, by sam proces nagrywania i robienia miksów nie zagubił gdzieś pierwotnego wyobrażenia „obrazu” muzyki, którą mamy w głowie. Dlatego z reguły najpierw sama realizuję w studio materiał na płytę (ewentualnie ze wsparciem dobrego reżysera dźwięku, zwykle Tadeusza Sudnika), a następnie szukam wydawcy. Mam za sobą dwa bardzo złe doświadczenia z początku mojej drogi, kiedy po kolei dwaj panowie uważający się za producentów usiłowali zrobić z mojej muzyki coś innego. Nie było to uczciwe podejście i straciłam przez to ogromnie dużo czasu, dobrej energii i pozytywnych emocji. Oczywiście w obu przypadkach ucięłam w końcu ten nietrafiony proces „produkcji”.

M.B.: Co chciałaś powiedzieć poprzez krążek „Borderline”? Tytuł brzmi prowokacyjnie.

I.Cz.: Nie ma w tej płycie nic prowokacyjnego. Tytuł wbrew pozorom też nie jest prowokacyjny. Tak jak napisałam na okładce albumu jest on moim epitafium dla Kuby, z którym zaczęliśmy wspólnie tworzyć tę muzykę. Bardzo wierzyliśmy w to nagranie i obiecałam sobie i jemu, że je skończę i wydam. Moja intencja była bardzo czysta i dość osobista. Zaprosiłam wspaniałych muzyków, którzy wiedzieli, jaka jest historia tych utworów i dali z siebie coś naprawdę cennego. Samo hasło „borderline” owszem kojarzy się zapewne z zaburzeniem świadomości, o którym sporo się ostatnio mówi. Próbowałam od tego skojarzenia uciec inaczej formułując tytuł, ale nie podobały mi się te „inne” wersje. W istocie chodziło o „linię graniczną”. Niemniej ta dwuznaczność mnie nie martwi, bo emocje zawarte w utworach są intensywne i kontrastowe, trochę… borderline'owe.

M.B.: Już rozumiem. Znałam po prostu osoby z takim zaburzeniem, więc już sam tytuł Twojej płyty od razu oddziałuje na moje emocje. Stworzyłaś klip do jednego ze swoich utworów. Pełen jest oszałamiających, malarskich barwnych wizji, znów bardzo mi bliskich. Jak powstawał?

I.Cz.: Cieszy mnie bardzo że tak go odebrałaś. Tak, klip „Extreme” zrealizowałam samodzielnie, trochę nawet zaskakując sama siebie! Pomysł chodził mi po głowie już rok wcześniej, czyli tuż przed ukazaniem się płyty. W wyobraźni widziałam niezwykły podwodny świat i magiczną grę barw w celu wydobycia ładunku emocji, który jest zawarty w utworze. Zrobiłam wtedy serię podmorskich zdjęć w Grecji z myślą o klipie, ale był to zaledwie jego niepełny szkic. W tym roku w wakacje - z powodu choroby mojej mamy - dużo czasu spędziłam w domu i to sprzyjało siedzeniu po nocy nad montażem. Trochę przy tym zwariowałam, zamieniłam pokój w mini studio filmowe i odkryłam, że tę wizję - abstrakcyjną grę kolorów - mogę nakręcić… u siebie! Zupełnie pochłonęła mnie ta zabawa. Chciałam, aby znajomy montażysta nad tym popracował i dokończył klip, ale dziwnym trafem coś ciągle stało nam na przeszkodzie. Aż w końcu uświadomił mi, że klip jest w zasadzie gotowy. Eksperyment się zatem udał – oto jak zrobić klip nie mając tzw. budżetu (śmiech). Miło mi, że kilku filmowców pozytywnie się o nim wypowiedziało.

M.B.: Scena, widownia. Czy wierzysz w energię między ludźmi, czy odbiorcy mogą wpłynąć na Twój występ w danym dniu?

I.Cz.: Tak, zdecydowanie bardzo wierzę w energię, którą stwarzają ludzie i miejsca. Łączność lub jej brak ze słuchaczami odczuwa się zwykle bardzo namacalnie. Ważne jest to, czy odbiór jest typu: chcę zrozumieć, ale nie mogę, czy też słuchacze zostają zaczarowani i ufnie podążają za muzyką. Kocham koncerty właśnie dlatego -że jest tu pewna bezpośredniość przekazu, kontakt ze słuchaczem. Często jest w tym więcej prawdy niż w studyjnie wyczyszczonych, nagrywanych ślad po śladzie utworach (jeśli tylko fatalne nagłośnienie nie jest w stanie tej prawdy przypadkiem zepsuć). Myślę, że dobra publiczność uwalnia również inspirację, otwiera pewną przestrzeń na to, co się może zdarzyć.

M.B.: Przejdźmy zatem do Twoich planów na nowy 2018 rok.

I.Cz.: Chodzą mi po głowie co najmniej dwie płyty, nad którymi chciałabym popracować. Jedna z nich związana jest z muzyką filmową. Szczegółów na razie wolę nie ujawniać! Sądzę, że także z zespołem Tańce Snu powinniśmy wreszcie pochylić się nad nowym albumem. A sam początek roku już zapowiada się pod znakiem muzyki filmowej.

M.B.: Trzymam za to kciuki!
Fot. Damian Grabarski.