Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (337) / 2018

Michał Paweł Urbaniak,

NIE-UCIECZKI I POWROTY (JAKUB MAŁECKI: 'RDZA')

A A A
2002 rok. Siedmioletni Szymek Stawny bawi się z Jackiem Budzikiewiczem („Budzikiem”) przy torach. Czeka na powrót rodziców, na „Diabelski Młyn” z Królikiem Bugsem, na nowy komiks o Asteriksie, na bezpieczny wieczór. Jednak tego dnia wszystko się kończy – rodzice giną w wypadku samochodowym, a babcia przejmuje opiekę nad osieroconym Szymkiem („którego chyba bardziej żałowała, niż kochała, chociaż chciałaby inaczej, przecież powinna, przecież wnuk”). Więcej w tym raczej nienazwanej miłości niż poczucia obowiązku. Życie płynie dalej, ale Szymek nie umie poradzić sobie ze stratą i z żałobą. Kiedy znów znajdzie się z Budzikiem przy torach, stanie się coś, co na zawsze ich połączy – stworzy więź mocną, ale też niewygodną, może nawet niechcianą. Akcja toczy się tu naprzemiennie. Równolegle czytelnik poznaje dawną historię małej Tosi, której w udziale przypadła podobna strata, jakiej w przyszłości doświadczy jej wnuk. Na rodzinę spada nagła śmierć ojca. Co więcej, w dotychczas poukładany świat wdziera się wojna. Tosia, jej matka, brat, sąsiedzi zostają zmuszeni do opuszczenia domów. Znacznie później dorosła już Tośka przeżywa kolejny dramat: umiera jedyny człowiek, którego naprawdę kochała – i nie zdołała uratować.

To Szymon i jego babcia są głównymi bohaterami tej książki. Oboje przekonują się, że można i trzeba żyć nadal, choć doświadczyło się ogromnej straty. Trywialna codzienność – z całą swoją złożonością – wdziera się w żałobę (dobrze oddają to przemyślenia osieroconej Tosi: „Ojciec nie wrócił już po pogrzebie, ale kuźnia stała dalej i konie żyły, i jakoś wszyscy dalej mieli o czym rozmawiać. Przez pierwsze kilka tygodni mama była trochę bardziej senna i trochę bardziej miła, ale w końcu zaczęła się zachowywać normalnie. Pół roku później Tośka dziwiła się, że kiedyś w ogóle mogło być inaczej. Że był ojciec, szkoła i bomby”). Zwłaszcza emocje Szymka zostały tu pokazane z prawdziwą wirtuozerią, być może dlatego, że ma on niejako więcej czasu na ich przeżywanie, nie towarzyszą temu dynamiczne przemiany dziejowe. Zagubienie, niemożność nazwania i wyrażenia bólu, lęk przed straszną Bozią, która zabrawszy rodziców, może równie dobrze przejąć ukochane zabawki czy komiksy, niespodziewane ataki bezsilnej rozpaczy – to wszystko jest autentyczne. Ostatecznie i Szymek, i Tośka starają się sobie ułożyć życie, przychodzą kolejne doświadczenia. Nie jest to tożsame z wyzwoleniem, pokonaniem traum. To, co wycierpiane, nie daje o sobie zapomnieć.

Jednym z najciekawszych i najlepiej poprowadzonych w powieści wątków jest ten związany z przyjaźnią Szymka i Budzika (przyjaźnią tak skomplikowaną, że być może należałoby nawet to słowo ująć w cudzysłów). Ich relację cechuje dynamika. Wielkie dziecięce przywiązanie, swoista rywalizacja, zmieniają się w niechęć i wrogość, gdy dawny sprzymierzeniec i towarzysz dziwacznych zabaw obraca się przeciwko Szymonowi. Można się zastanawiać, na ile podziałały tu prawa funkcjonowania w grupie rówieśniczej (Szymon sam musi walczyć o swoje i dlatego w wyniku szkolnej bójki staje się szanowanym „Jaszczurem”), a jaki wpływ miało zdarzenie na torach i związane z nim uczucia – nienawiść, przerażenie. Jednak więź, która zrodziła się między tymi bohaterami, okazuje się silniejsza niż wszystko inne. Gdy Jacek po śmierci ojca przeżywa załamanie nerwowe, Szymon rusza mu na ratunek.

Wbrew pozorom „Rdza” nie jest zwyczajną opowieścią biegnącą dwiema ścieżkami czasu. Nie chodzi tutaj jedynie o pokazanie paraleli losów babki i wnuka (wówczas ta książka prawdopodobnie nie byłaby w żaden sposób odkrywcza). Liczą się też bohaterowie pierwszego i drugiego planu: Budzik, jego ojciec, Michał – brat Tosi, Sabina (jedna z najciekawszych postaci w powieści. Jej największym szczęściem są listy otrzymywane od zakochanego w niej Józefa. Nie o miłość tu chodzi, ale raczej o swoiste samopoznanie poprzez pisanie: „tak naprawdę mieszkała w listach, tylko w nich była sobą naprawdę”), Eliza, Karol Lipiec – „Niewidzialny Człowiek”, którego niszczy przerażające wspomnienie wojenne, inwalida Gracjan, zwany złośliwie Hołowczycem czy Julka Duszna, dawniej panna młoda daremnie czekająca na przybycie mężczyzny, z którym zdecydowała się związać. Wszystkie te postaci łączy m.in. swoiste „życie bez życia”. Starają się funkcjonować zwyczajnie, ale nie mogą się uwolnić od dramatów, które ich ukształtowały. Jest w tym wszystkim dojmująca osobność – każde z nich jest skazane na samotne dźwiganie swego bólu. Tylko czy tak rzeczywiście musi być?

Świat „Rdzy” został specyficznie ukształtowany. Panuje tu określony i – zdawałoby się – nienaruszalny porządek. Jego centrum to Chojny, a może mowa tu raczej o zamkniętym mikrokosmosie („poza Chojnami świat zwyczajnie nie istniał”). W tę rzeczywistość wpisane są równie nietykalne symbole – jak topola na podwórku Budzikiewiczów (ojciec tłumaczy Jackowi, że „to drzewo jest tu od zawsze. Że patrzy, ale nie tak, jak patrzą ludzie. To drzewo słuchało wszystkich rozmów pięciu już pokoleń Budzikiewiczów. To drzewo zna dotyk skóry twojego dziadka, pradziadka i prapradziadka, który je posadził. […] W tym drzewie jest cała historia twojej rodziny i tego drzewa należy się bać”), jak stodoła, w której kiedyś spalili się ludzie, jak tory z przemykającymi po nich pociągami. Chojny to miejsce, do którego także bohaterowie zostali przypisani na stałe. Nie kojarzy się dobrze, nie daje perspektyw, niejako skazuje na określone życie, raczej chciałoby się je opuścić (co robi Eliza, jak przewidziała to jej matka: „przy pierwszej okazji ucieka z Chojen, jak najdalej, na koniec Polski albo do innego kraju, gdzie nie będzie musiała być tym kimś, kim musi być tutaj”). Mimo wszystko mieszkańcy wracają tu – wydaje się, że kierowani jakimś wewnętrznym przymusem. Będąc poza Chojnami, żyją może wygodnie, ale nie do końca prawdziwie (jak Szymon, który wyjechał: „miał wrażenie, że gdzieś daleko jest jakiś prawdziwy on, który robi jakieś prawdziwe rzeczy. Ten tutaj nie był Szymonem Stawnym i nie był nawet Jaszczurem, zrywał kolejne kartki kalendarza, nie zostawiając na nich żadnych śladów. Nie pamiętał, kiedy było mu tak dobrze”). Ucieczka nie jest dobrym sposobem na przetrwanie i szczęście. To ułuda, bo „z Chojen nie da się uciec. Chojny przyjdą do ciebie same, w ten czy inny sposób przyjdą”. Podobnie nie da się opuścić samego siebie – to skazane jest na niepowodzenie.

W swojej najnowszej książce Jakub Małecki powraca do problematyki, którą zajmował się we wcześniejszych „Śladach” – powieści utkanej z powiązanych ze sobą opowiadań, a jednak proponuje nieco inne ujęcie. „Rdza” wydaje się książką bardziej kameralną i zwartą. Jest też zarazem – w odróżnieniu od poprzedniej pozycji – dość nierówna. Jakkolwiek Tośka to ciekawa postać, jej historia niemal niczym nie zaskakuje, miejscami nie ma też w sobie tej głębi, która charakteryzuje rozdziały poświęcone Szymonowi. Ponadto w „Rdzy” opowiadanie przeważa nad pokazywaniem konkretnych scen, niektóre rozdziały przywodzą na myśl dobrze zrobione streszczenia (znamienne są stwierdzenia w rodzaju: „Czas przyspieszał, pędził”, „Kolejne piętnaście lat minęło zbyt nagle, zbyt szybko”). Jakubowi Małeckiemu nie można odmówić – nawet przy tego typu „pospiesznych” fragmentach – sprawnego pióra, natomiast wydaje się, że lepiej panował nad materią „Śladów”.

„Rdza” to poruszająca powieść o samotności, o traumach, o próbach przystosowania się i życia pomimo doznanego bólu. Bohaterowie są silni, ale tą pozorną siłą, która raczej pozwala na „przeczekanie” niż aktywne działanie, wyjście własnemu cierpieniu naprzeciw. Ucieczka nie stanowi dobrego rozwiązania, ale też – jak się okazuje – nie jest rozwiązaniem jedynym. Być może klucz tkwi w naprawie relacji między ludźmi, którzy są dla siebie ważni, ale jednocześnie pozostają na tyle samotni, że boją się zbliżyć, aby podzielić się bólem. Jakub Małecki nie mami czytelnika łatwym, szczęśliwym rozwiązaniem, „Rdza” jest na to powieścią zbyt gorzką – ale jednak daje niektórym bohaterom trochę nadziei.
Jakub Małecki: „Rdza”. Wydawnictwo Sine Qua Non. Kraków 2017.