Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (337) / 2018

Marek Bochniarz,

WSTRZYMAJ KONIE, DZIEWUCHO (ITALIAN RACE)

A A A
Na pokładzie „Italian Race” Matteo Rovere wraca do europejskiego kina akcji. Reżyser jest wierny tej tradycji, więc zrobił film krzykliwy, wręcz na granicy kiczu, a aktorów popchnął do szarży – nie tylko samochodowych, ale i tych dotyczących ich gry. Wyszło nierówno, acz z impetem.

W centrum „Italian Race” („Veloce come il vento”) znajduje się nieletnia, siedemnastoletnia Giulia, rywalizująca z mężczyznami w świecie wyścigów samochodowych. Nie idzie jej wybitnie, na torze jest nerwowa i niepewna, a nagła śmierć ojca stawia pod znakiem zapytania nie tylko sportową karierę, ale i przyszłość rodziny. Oto Giulia dowiaduje się, że jako nieletnią nie może opiekować się młodszym braciszkiem, a ojciec zaciągnął długi, by mogła się ścigać. I wtedy zupełnie nieoczekiwanie pojawia się starszy brat Loris, zniszczony narkotykami cherlak o długich, przetłuszczonych włosach… Arogancki i kompulsywny, chce skorzystać na śmierci znienawidzonego ojca.

Konfrontacja rodzeństwa wprowadza nas w skomplikowaną historię familii De Martino, która reprezentuje typowo włoski, bo rodzinny i skromny biznes. I prawdopodobnie w bardziej realistycznej opowieści Loris wymieniłby wszystko na narkotyki, pozbyłby się siostry (bądź wymienił ją na używki), a z młodszego brata uczynił niewolnika, lecz… ten film jest zbyt kolorowy, by tak się zakończyć. Mężczyzna znajdzie zatem w sobie zapomniane dobro i spróbuje pomóc siostrze.

Pod względem barwnej i szalonej kolorystyki (w której znajdziemy sporo zabawy identyfikacją wizualną rajdowców) czy poprzez pomieszanie gatunkowe z melodramatem „Italian Race” przypomina francuski film sportowy z 2006 roku „Najlepsi z najlepszych” („Michel Vaillant”). Nie oznacza to, że ostentacyjnie go naśladuje. Jednak coś jest na rzeczy, bo Rovere uważa się za spadkobiercę europejskiego kina akcji, które miało krótki, acz dość bujny żywot – szczególnie właśnie we Francji. Było ono obrzydliwie popularne dzięki bezczelnie tandetnej sadze „Taxi” Luca Bessona. A że miało to miejsce jeszcze przed kryzysem ekonomicznym, to Francuzi potrafili się poważyć na rywalizację na polu sensacji z bezdusznymi, cynicznie i bezbłędnie zmajstrowanymi amerykańskimi produkcyjniakami. „Taxi” miało je ponoć zwyciężać ludzkimi tragikomediami i niewyszukanym humorem, tak obcymi podłym Amerykanom.

Jak zresztą przyznał w wywiadzie sam Rovere, jego film „to bardzo włoska historia, bo opowiada o rodzinie przygotowującej samochody wyścigowe, z klasyczną relacją ojciec-syn i rodzeństwem, które musi się pojednać. To opowieść, która cię bawi, ale i porusza – jest bardzo realistyczna i italska. Uznałem, że połączenie tego świata emocji z wysokooktanowym tłem wyścigów samochodowych będzie doskonałym sposobem na opowiedzenie tej historii” (Cineropa 201).

Rovere – podobnie jak Besson – jest też scenarzystą i producentem, a w przyszłości zapewne będzie pełnić głównie tę ostatnią rolę, bo już w tym momencie ma na tym polu bardziej imponujący dorobek. Próbuje zatem działać niczym czuły na zmieniający się wiatr polityk. Dlatego do „Italian Race” – tak jak do dwóch poprzednich filmów, które reżyserował – wprowadził bardziej skomplikowane, jeśli czasem nie dominujące postacie kobiet i dziewczyn.

Giulia jest postacią (na szczęście!) nieuprzedmiotowioną ani nieseksualizowaną w fabule. Nie ma też zbyt jednoznacznie nakreślonej osobowości. Jej silna obecność oddaje coraz bardziej zauważalne zmiany we włoskiej kinematografii, w której rośnie liczba reżyserek czy postaci granych przez aktorki, które nie pełnią już li tylko funkcji „koniecznego” uzupełnienia dominujących postaci mężczyzn, wokół których kino niegdyś prawie wyłącznie się kręciło. Co za ulga!

Kompromisowy charakter Rovere spowodował, że nie był on w stanie poświęcić Giulii tyle miejsca, ile powinna dostać. Oczywiście – musiał zatem wprowadzić Lorisa, który z postaci zdominowanej staje się wraz z upływem akcji postacią dominującą, jeśli nie wręcz konieczną jako figura opiekuna dla niepewnej, niedojrzałej dziewczyny. Zatem nic dziwnego, że zagrał go Stefano Accorsi, aktor rozpoznawalny i bardzo popularny. Ten pozorny brak zdecydowania i mnogość wątków nie spodobały się rzecz jasna niektórym recenzentom, co przejawił na przykład zirytowany Jakub Majmurek na Filmweb.pl, w dodatku dość śmiesznie zarzucając Rovere, że filmów poświęconych wyścigom nie da się łączyć z melodramatami, co jest oczywiście bzdurą (kultowy film wyścigowy to przecież epickie i pełne melodramatycznych wątków miłosnych „Grand Prix” Johna Frankenheimera z 1966 roku). Inna sprawa, że kino włoskie lubi też wszelakie miszmasze.

Formuła europejskiego kina akcji została w „Italian Race” odświeżona również na innych polach – stąd muzyka Andrei Farriego niemalże niewolniczo naśladuje stylistykę ścieżek dźwiękowych do amerykańskich superprodukcji pokroju tych autorstwa Hansa Zimmera (choć nie potrafi być przy tym choć trochę tak dobry).

Jedyne, co mnie tak naprawdę boli, to nie (może trochę nadmiernie) kompromisowy film Matteo Rovere, przy którym wciąż można się dość przyzwoicie rozerwać, ale fakt, że na polskim bezrybiu dystrybucyjnym to właśnie „Italian Race” ma reprezentować nowe kino włoskie. „Moi rodacy znów są oszukiwani i pozbawieni tego, co najlepsze” – wzdycham i marzę o sytuacji, w której do Polski trafi choć jeden z najnowszych włoskich dokumentów, prezentowanych w grudniu na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Turynie w sekcji Italiana.doc. Pomarzyć zawsze można – póki co pozostaje nam zagapienie na kolorowe i energetyczne kino wyścigowe Rovere.

LITERATURA:

Wywiad z Matteo Rovere. Cineuropa. Dostęp: http://cineuropa.org/vd.aspx?t=video&l=en&did=307154.
„Italian Race” („Veloce come il vento”). Reżyseria: Matteo Rovere. Scenariusz: Matteo Rovere, Filippo Gravino, Francesca Manieri. Zdjęcia: Michele D'Attanasio. Obsada: Stefano Accorsi, Matilda De Angelis, Paolo Graziosi i in. Produkcja: Włochy 2016, 118 min.