Wydanie bieżące

1 maja 9 (81) / 2007

Kamil Dąbrowski,

KRISTIN HERSH

A A A
“Learn to Sing Like a Star”. 4AD, 2007.
Od wydania debiutanckiego albumu artystki “Hips and Makers” minęło już 13 lat. Czy to dużo? To chyba sprawa umowna. Kristin Hersh działa o wiele dłużej na scenie muzycznej. Dorobiła się już łącznie kilkunastu albumów. Począwszy od czasów Throwing Muses, przez solowe wyczyny, aż po ostatni projekt 50 Foot Wave. Jej wizerunek przechodził metamorfozy większe lub mniejsze. Obdarzona dziecięcą urodą, o neurotycznym, acz spokojnym spojrzeniu wokalistka ze śpiewem lirycznym, ale gdy trzeba to naprawdę ostrym jak żyleta. Można lubić ten styl albo nie. Ale jest coś intrygującego w niej samej. W tym, jak wykonując piosenki wręcz cała drga. Jakby chciała przelać wszystkie swoje emocje w słowa i dźwięki, stojąc na scenie przed mikrofonem.

Mogę zaryzykować stwierdzenie, że „Learn to Sing Like a Star” to najlepszy krążek Hersh w dotychczasowej karierze solowej. Łączy w sobie wszystko: poetycką wrażliwość z okresu debiutu plus jej rockowe, zadziorne oblicze z 50 Foot Wave. Kristin wspomagana przez starego kompana, Davida Narcizo (perkusista z Throwing Muses) oraz Martina i Kimberlee McCarricków wykrzesali tak energetyczny ładunek, jakiego nie słyszałem od czasów rewolucji grunge’owej. Tak, tak… Niektórych kompozycji nie powstydziłyby się zespoły ze Seatlle i okolic. Kompozycje takie jak „Day Glo” czy „Under the Gun” spokojnie mogłyby się znaleźć się na którejkolwiek płycie Nirvany. Podobny drive, rytmika, nastrój. Nieuniknione są, a jakże, skojarzenia ze sławnym „Unplugged In New York”. Z tym wyjątkiem, że Krsitin wybiega znacznie dalej, poza obręb tych schematów. Jest tu duża dbałość o strukturę, detale i dynamikę. Wszystko jest idealne, poukładane. Jest w tym jakaś niezwykła precyzja. Słuchając całego albumu aż chce się powiedzieć: „jaka to prosta muzyka”. Są tutaj piękne partie smyczkowe (wiolonczela i skrzypce), choćby w „Peggy Lee”, czy fortepianowe („Piano 1”). Są też ostrzejsze, soczystsze i bardziej energetyczne momenty, a zarazem do głębi przejmujące jak w „Winter”. Po każdym z utworów aż chce się zaczerpnąć powietrza. Tyle w nich emocji, natchnienia, oddania w rzemiośle muzycznym. A znając ambitne podejście Hersh do tworzenia, wszystko wydaje się jasne jak słońce. Profesjonalizm na wysokim poziomie. Jest jeszcze strefa tekstów jako dopełnienie całości. Bardzo osobiste i szczere liryki artystki. Bez żadnego patosu.

W tej płycie można się zakochać. Naprawdę! Jeżeli ktoś chce, może zakochać się w samej Kristin… To jest pierwsza płyta, którą mogę spokojnie zaliczyć do najlepszych albumów tego roku. A przynajmniej pierwszego półrocza.