Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (338) / 2018

Karolina Kostyra,

ZATRZYMAĆ TO UCZUCIE (TAMTE DNI, TAMTE NOCE)

A A A
Lato 1983 roku, willa letniskowa gdzieś na północy Włoch. Początek wakacji. Przed oczami maluje się perspektywa kilkutygodniowej laby. Jasnych dni wypełnionych plażowaniem, drzemkami i czytaniem, późnych wieczorów spędzanych przy gwarnych kawiarnianych stolikach. W „Tamte dni, tamte noce” od pierwszej sceny wchodzi się gładko, z rozluźnieniem, ale i pewną nadzieją – odczuciami, jakie mogą pojawić się na początku wakacji, kiedy ma się siedemnaście lat i dużo czasu do stracenia. Elio przenosi właśnie swoje manatki do sypialni obok. Jego łóżko zajmie Oliver – młody amerykański akademik zaproszony przez rodziców chłopaka na lato. „Mój pokój należy teraz do Ciebie, ja będę obok” – rzuca nastolatek. Pomieszczenia połączone są łazienką. Elio będzie później nerwowo nasłuchiwał przez jej otwarte drzwi, czy Oliver wrócił już z nocnych eskapad.

We Włoszech początek lata 1983 roku zbiega się z wyborami parlamentarnymi. Luca Guadagnino wtrąca drobne aluzje historyczne, poza tym jednak tworzy dla tych wakacji niszę. To czas przygaszenia i odpoczynku, choć gdzieś niedaleko czuje się nowy początek. Reżyser nie sprowadza ducha tego okresu, całe szczęście, do krzykliwych, natrętnych „ejtisów”. Zamiast tego aranżuje lato na włoskiej prowincji, otulając je tylko łagodnie aurą minionych dni – słodyczą italo disco, pastelową modą, ładnie wygranym „Love My Way” The Psychedelic Furs. Piosenki popularne w tamtym sezonie we włoskim radiu przeplatają się z kompozycjami Sufjana Stevensa. Wspomnienie lata jest żywe. Więcej nawet. Przeszłość okazuje się świeża, niedopowiedziana i otwarta. W jednej ze scen figury antycznych posągów wynurzają się z jeziora, a ich zmysłowa uroda jest rześka i pociągająca. To, co dawne, nie straciło blasku. Powab lata 1983 roku podtrzymują nawet wybory castingowe. Wydelikacony Armie Hammer grający Olivera uosabia popularny w latach osiemdziesiątych typ „Kena” – rosłego mężczyzny z przystojną, choć nieinteresującą twarzą i pięknym niemądrym uśmiechem. Nie wpasowuje się w stereotyp intelektualisty. Można się za to w nim zakochać. To lato 1983 roku, ale też każde inne lato, które wspominamy z tęsknotą.

Film Luki Guadagnino kreśli obrazy miłosnego oczekiwania. Dni zdają się mijać niby normalnie – posiłki, lektury, spotkania z przyjaciółmi – wszystkie te aktywności służą jednak głównie jako pretekst do podglądania Olivera albo zajęcia sobie czasu do jego powrotu. Oto fatalna tożsamość zakochanego – pisał Roland Barthes – ten, który czeka. „Czy jestem zakochany? – Tak, ponieważ czekam. Inny nie czeka nigdy. Czasem chcę odgrywać tego, kto nie czeka; próbuję gdzieś czymś się zająć, przyjść spóźniony; ale w tej grze zawsze przegrywam: cokolwiek zrobię, jestem bezczynny, punktualny, a nawet przychodzę za wcześnie” (Barthes 2011: 63). Niecierpliwość stale towarzyszy temu, który czeka. Kiedy Elio dostanie liścik od swojego ukochanego, światło słoneczne na chwilę rozświetli papier tak, że nie od razu będzie można przeczytać wiadomość. Los zakochanego to ciągłe trwanie pomiędzy. W jednej z najładniejszych scen w filmie chłopak wyczekuje w jakiś łagodny letni wieczór powrotu Olivera z miasteczka. Czeka w ogrodzie, gdzie drzewa układają się w liściastą bramę. W kadrach rozbryzgują się plamy niebieskiego światła. Można tak siedzieć do świtu. Oliver wciąż gdzieś znika.

W powieści André Acimana, literackim pierwowzorze „Tamtych dni…”, Elio wyznaje, że nie zamyka ani na chwilę drzwi balkonowych ze strony swojego pokoju, w nadziei, że być może Oliver którejś nocy będzie chciał przedostać się do jego łóżka. Guadagnino w swoim filmie robi z tej drobnej uwagi pełen użytek. W scenach kręconych w willi co rusz migają w kadrach prostokąty otwartych na oścież drzwi i okien – ramek wyglądających z wewnątrz na bujną zieloność ogrodu. Pewnego dnia odgłos ruszanych wiatrem skrzydeł drzwi skłoni Elio do wyjrzenia przez balkon. W ogrodzie zobaczy Olivera, który jak zwykle gdzieś umyka. Niewiele więcej trzeba dopowiadać. Otwarcie na nowe uczucie, erotyczna gotowość, oczekiwanie na przyjście kochanka realizują się w filmie bez niepotrzebnego obciążenia werbalnego. Nie brakuje tu erudycyjnych dialogów, ale te równoważone są subtelnościami scenografii, udźwiękowienia, światła. Wszystko wokół zaświadcza o miłosnym pobudzeniu.

Właśnie ta faktura śródziemnomorskich wakacji interesuje reżysera bardziej niż typowe „opowiadactwo”. Lato w kolorze niebieskim, zielonym, beżowym z całą gamą niuansów gorących dni. Jajko na miękko wylewa się gęsto ze skorupki, pod pachami eleganckiej satynowej koszuli kryją się plamy potu, ogród przetykany jest cieniami, a w tle słychać nieustannie trele ptaków, chóry cykad, szum wody i drzew. Nietrudno dostrzec w takim sposobie filmowego opisu mistrzów Guadagnino. Zmysłowość stopiona z sennością gorącego lata przypomina nam „Piękną złośnicę” (1990) Jacquesa Rivette’a albo „Ukryte pragnienia” (1996) Bernarda Bertolucciego. Dbałość o oddanie nastroju chwili odnosi do impresjonistycznej twórczości Jeana Renoira. Wakacyjna miłość i nieśpieszne tempo kojarzy się mistrzem „kina urlopowego” – Erikiem Rohmerem. Kino tych autorów karmi się zmysłowością, opowiadając o młodych (w niektórych filmach Rohmera wręcz dziecięcych) bohaterkach, wikłających się w romanse i flirty z – często dużo od siebie starszymi – zalotnikami. Podobny schemat znajdziemy w „Tamtych dniach…”, a jednak Guadagnino tworzy po swojemu. Reżyseruje słoneczne filmy o żądzy seksualnej wybuchającej wśród klas wyższych. Na tyle konsekwentne w autorskiej wizji, że doczekały się ujęcia w „Trylogię pożądania”: „Jestem miłością” (2009), „Nienasyceni” (2015) i „Tamte dni, tamte noce” (w cyklu skrzętnie pominięto „Melissę P.” [2005] – bliski tematycznie, ale nie całkiem udany artystycznie film reżysera).

Guadagnino w ostatnim filmie z tej trylogii znakomicie zarządza czasem spełnienia seksualnego. Jest ono rozkosznie odwlekane. Więcej seksu stęża się zresztą w drgającym powietrzu skwarnego popołudnia nad basenem niż w typowych scenach erotycznych. Nagości jest niewiele. Gest pieszczoty stopą stopy kochanka okazuje się jednym z bardziej wyrazistych w filmie. Czuje się jednak zapachy, smaki, temperaturę, lepkość brzoskwini… Potrzeba sporej dozy elegancji, ale i pewnego luzu, aby rozegrać lubieżne fetyszystyczne sceny z taką gracją, jak robi to reżyser. Jakby od niechcenia przywołuje atmosferę długiego leniwego popołudnia, kiedy można wylegiwać się godzinami na łóżku i z tej nudy i omdlałości gorącego dnia ma się wrażenie, że zmysły są bardziej wyczulone. Samotność, zblazowanie i żądza mogą wtedy prowadzić do nietypowych sposobów ich zaspokojenia. W filmie cała rzecz potraktowana jest naturalnie. Onanistyczne spełnienie, w którym owoc zastępuje ciało kochanka, można wyszydzić tylko, jeśli wyjąć je z kontekstu. Fascynacja niedostępnym mężczyzną, podniecenie i niecierpliwość zmysłów muszą w końcu znajdować ujście. Bodźców dostarcza ciało koleżanki, zapach liściku miłosnego, woń spodenek kąpielowych obiektu miłości albo soczysta, mechata brzoskwinia. Mięsiste, dojrzałe owoce funkcjonują zresztą w opowieściach o zmysłowym lecie jako znany symbol – mamy złociste gruszki, czereśnie i wiśnie w prozie Brunona Schulza, banany w „Lolicie” (1996), maliny topione w śmietanie w „Miłości Elwiry Maddigan” (1967). Guadagnino, opowiadając o pożądaniu, wierzy w widza. Wierzy, że (parafrazując słowa autora książki) każdy, kto był kiedyś „napalony”, zrozumie dziwactwo pragnienia; nawet jeśli na zewnątrz będzie chciał je wykpić, to i tak zrozumie (https://www.youtube.com/watch?v=iGJcC2StRcc#t=25m38s).

To film, w którym więcej przyjemności płynie z pobudzania apetytu niż jego zaspokajania. Pierwsze skrzypce gra wymiana znaków miłosnych: kokieteria, fetysze, flirt, obwąchiwanie kochanka. Kiedy przychodzi do kreowania prawdziwej intymności, śmiałość reżysera pierzcha. W magiczne „Nazywaj mnie swoim imieniem” musimy uwierzyć raczej na słowo, bo stopienie kochanków w jeden byt, zatracenie własnej podmiotowości w miłosnym doznaniu dokonuje się gdzieś obok. Sceny łóżkowe są zachowawcze. Dialogi ostrożnie ważone. To drugie nie bez powodu. W miłosnej grze nie-mówienie otrzymuje uprzywilejowane miejsce. „Lepiej przemówić czy umrzeć?” – pyta rycerz ze starego romansu czytanego przez matkę Elio. „Words don’t come easy” – dopowiada przebój italo disco z 1983 roku. Oliver błyskotliwie analizuje etymologię słowa apricot, ale o uczuciach mówi tylko za pomocą metafor. Można płynnie rozmawiać po angielsku, francusku, włosku i rozumieć łacinę. Szyfry miłosne są jednak nadal niejasne. Proste „Zobaczymy się o północy” powtarza się w myślach i za każdym razem oznacza coś innego. Z drugiej strony, najbardziej doniosłe momenty spełniają się wraz z mówieniem. Wzrusza brzmienie głosu nastolatka, kiedy dzwoni do matki ze stacji kolejowej – uwięzione w gardle, gulgoczące, uchwycone na sekundę przed szlochem, w momencie, gdy jeszcze na chwilę można odwlec łzy. W tym stanie nawet nieco nazbyt deklamacyjna ojcowska przemowa trafia na podatny grunt. Nie wyrywaj sobie serca, lecz zatrzymaj to uczucie z całym jego bólem i rozkoszą. Zatrzymaj to uczucie, a będziesz bogatszym człowiekiem.

W ponaddwugodzinnym filmie lato zdaje się trwać długo. Jest rozciągnięte w nieśpiesznych podchodach miłosnych i urlopowej rutynie powtarzalnych posiłków. Ledwie orientujemy się, że minęło na dobre, a już zostajemy skonfrontowani z ostatnim ujęciem „Tamtych dni…”. Ma się ochotę przesiedzieć całe napisy końcowe. A jeśli to już naprawdę koniec, to przynajmniej zatrzymać coś z tego uczucia.

LITERATURA:

Barthes R.: „Fragmenty dyskursu miłosnego”. Przeł. M. Bieńczyk. Warszawa 2011.

Rozmowa z Lucą Guadagnino i André Acimanem: https://www.youtube.com/watch?v=iGJcC2StRcc#t=25m38s.
„Tamte dni, tamte noce” („Call Me By Your Name”). Reżyseria: Luca Guadagnino. Scenariusz: James Ivory. Zdjęcia: Sayombhu Mukdeeprom. Obsada: Armie Hammer, Timothée Chalamet, Michael Stuhlbarg, Amira Casar i in. Produkcja: Włochy, Francja, Brazylia, USA 2017, 132 min.