Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (338) / 2018

Katarzyna Szkaradnik,

RUN, JERZY, RUN! (NAJLEPSZY)

A A A
Perypetie młodego człowieka wydobywającego się z absolutnego dna na wyżyny zdają się skazane na status tandety, acz tandety oglądanej z zaciśniętymi kciukami – wszak od czasu do czasu lubimy się podbudować jakąś kompensacyjną opowieścią. W przypadku „Najlepszego” Łukasza Palkowskiego jest to dodatkowo uzasadnione, bo choć film bazuje na schematach, wybija się pozytywnie na tle szeregu baśniowych opowieści o wyrzutkach toczących zwycięski bój z otoczeniem, lecz głównie z własnymi słabościami.

Co pozwala na taką opinię? W pierwszej kolejności fakt, że Jerzy Górski jest postacią autentyczną, stawia on bowiem całą akcję w ostrzejszym świetle – inaczej odbiera się nawet nieprawdopodobną historię „napisaną przez samo życie”. Bez tego sceptycznie patrzylibyśmy na możliwość, by wycieńczony narkoman, słaniający się po przebieżce, nie tylko zaczął uprawiać sport ekstremalny, ale i zdobył mistrzostwo świata w zabójczym ultratriathlonie Double Ironman. Nie dalibyśmy wiary, że ktoś, kto się „zupełnie stoczył”, kto stracił to, co przedstawiało dla niego wartość i było światełkiem w tunelu, kto tułał się półprzytomny pomiędzy meliną, szpitalem a posterunkiem milicji, uległ takiej metamorfozie.

Jurka (Jakub Gierszał) poznajemy w smętnej scenerii Legnicy Anno Domini 1978 w momencie wkraczania w dorosłość, gdy wchodzi zarazem na równię pochyłą narkotykowego nałogu, pociągając za sobą ślepo weń zapatrzoną Grażynę (Anna Próchniak). Pozbawiony oparcia w domu chłopak pogrąża się w beznadziei i degrengoladzie, psychicznie i fizycznie zmienia we wrak. Kiedy już stoi jedną nogą w grobie – gdzie czekają na niego liczni kompani – wbrew przewidywaniom znajduje siłę do walki i trafia do wrocławskiego oddziału Monaru. W tym pionierskim ośrodku leczenia uzależnień, poddany iście wojskowemu reżimowi, ale też dostrzegający dla siebie jedyną szansę, decyduje się wrócić do zarzuconego w dzieciństwie sportu, rozpoczyna intensywny trening i stawia sobie coraz ambitniejsze cele…

Rzecz jasna, szkicowe streszczenie eliminuje cały dramatyzm – zarówno życiorysu, jak i fabuły. Rozdzielam te dwie sfery, bo chociaż mamy do czynienia z filmem biograficznym (co oczywiście zostaje w nim podkreślone), fabularyzacja rządzi się własnymi prawami. Przede wszystkim inaczej są rozłożone akcenty, uwydatnione wątki niekoniecznie kluczowe dla pierwowzoru protagonisty, lecz przez scenarzystów i reżysera ocenione jako bardziej chwytliwe, emocjonalnie nośne. Owocem takich zabiegów byłaby np. znacząca postać lekarki Ewy (Kamila Kamińska) – zlepek trzech kobiet, które napotkał na swej drodze realny Górski – i w ogóle zwiększenie roli motywacji pozasportowych w zmaganiach bohatera.

Z drugiej strony, każdą produkcją rządzą określone reguły: aby w niespełna dwugodzinnym filmie zawrzeć ponad dekadę, trzeba pewne epizody skomasować, inne zmarginalizować. Grozi to wrażeniem sztucznie narzuconej koherencji oraz zbyt pobieżnego potraktowania niektórych wątków, wydaje się jednak, że dylematu „prawdopodobieństwo albo nużące dłużyzny” nie sposób ominąć. Palkowski postanowił uniknąć tych drugich, dzięki czemu utrzymał napięcie i tempo akcji, a klęski i wzlot głównego bohatera śledzi się z zapartym tchem. Wszakże skrótowość powoduje, iż chwilami sceny są jakby szyte sobotnim sztychem na niedzielny targ, widz zaś pozostaje z wątpliwościami, czy przemiana Jerzego nie nastąpiła zbyt raptownie, dlaczego wybrał akurat triathlon, kiedy zdążyły się przeobrazić relacje między nim a ojcem Grażyny, czy treningi (ukazane przez montażystę Jarosława Barzana w dynamicznych migawkach) były współmierne do finałowego wyniku, de facto osiągniętego po kilku latach… Niemniej istnieje nie tylko wiarygodność logiczna, ale również emocjonalna, tej z kolei trudno „Najlepszemu” odmówić.

Na dodatek w kwestii prawdopodobieństwa należy wziąć poprawkę na konwencję, która pozwala na karkołomne przeplatanie realizmu wtrętami nadrealistycznymi. Co się tyczy tego pierwszego, porządnie oddano realia prowincjonalnego miasta epoki późnego Gierka – symbolizowane przez zgrzebny blaszany kiosk – choć wiadomo, że jedni uznają ten wizerunek za siermiężny i oparty na kliszach (np. klub sportowy jako towarzystwo wzajemnej adoracji pokrzepiające się nieodłączną wódeczką i przywodzące na myśl słynne „łubu-dubu, łubu-dubu, niech nam żyje prezes naszego klubu”), drudzy natomiast stwierdzą, że milicja przedstawiona została zbyt łagodnie, a bohaterowie egzystują poniekąd poza okolicznościami politycznymi (oprócz, sprowokowanego zresztą, pałowania „za zdradę Polski Ludowej”). Tak czy owak, słabiej wypada quasi-Ameryka, zarówno pod względem pejzażu, jak i mało reprezentatywnego doboru zawodników i kibiców. Ale niezależnie od szczegółowych uwag do atutów filmu trzeba zaliczyć plastyczność obrazów, za które odpowiada nieraz już nagradzany Piotr Sobociński Jr. – operator „Bogów” Palkowskiego, „Róży” i „Wołynia” Wojciecha Smarzowskiego czy „Cichej nocy” Piotra Domalewskiego – a jego zdjęcia dopełniane są dramaturgicznymi efektami kamery w rodzaju zmian tempa czy przyspieszenia akcji w tle.

Jeżeli czyimś zdaniem niektóre wspomniane chwyty czy elementy scenografii jawią się jako zbyt dosłowne, co powiedzieć o tych nadrealistycznych? Chyba najbardziej razi unaocznienie toczącej się w Jerzym psychomachii za sprawą ożywienia odbicia z lustra – personifikacja demonicznego alter ego daje rezultat raczej komiczny niż wstrząsający (choć takiej „łopatologii” mniej tutaj aniżeli np. we wcześniejszym o 10 lat „Rezerwacie” tegoż reżysera). Jeszcze bardziej karykaturalna okazuje się charakteryzacja, aczkolwiek trzeba przyznać, że widok opuchniętych, owrzodzonych, sinych i niemal gnijących za życia ćpunów mimo groteskowości przemawia do wyobraźni. Może więc ów silnie emocjonalny rezonans założyli sobie twórcy filmu, na zasadzie: nieważne, jakie to robi wrażenie, byleby robiło? Zwłaszcza iż poszli oni na całość i wprost wykorzystali nasuwające się skojarzenia z zombie movies; podobnie z ewidentnymi nawiązaniami do „Rocky’ego” i innych kultowych filmów czy użyciem wyświechtanego evergreenu „Born to Be Wild” w inicjalnej scenie ucieczki przed stróżami prawa. Wolno zatem przypuścić, że reżyser, rozmyślnie wyzyskując szablony, puszcza do widza oko, a równocześnie oferuje mu emocjonującą roz(g)rywkę.

Niewątpliwie w tej hollywoodzkiej z ducha produkcji można zauważyć, po pierwsze, pewną wtórność, po drugie, przerysowania, dozę manieryzmu i grę na uczuciach – łatwe wzruszenia wywoływane przez krańcowe upodlenie, krańcowe wyczerpanie i wysiłek protagonisty, dramatyczne zwroty akcji, kiedy spada na niego potężny cios, gdy triumf jest na wyciągnięcie ręki etc. Niemniej „wtórność” zdaje się tu świadoma i przepracowana, inaczej mówiąc: mamy do czynienia ze sztampą, ale – nomen omen – w najlepszym stylu, obdarzoną siłą przekonywania. Wpływa na to, prócz naturalnych dialogów, przede wszystkim rozwojowość postaci Jerzego (choćby w przeciwieństwie do głównego bohatera „Bogów”) oraz pogłębienie jego psychologii; przy czym nieistotne, na ile owa postać odzwierciedla cechy pierwowzoru, a na ile jest wytworem reżysera i scenarzystów (Agathy Dominik i Macieja Karpińskiego). Zresztą zarówno film o sławnym kardiochirurgu, jak i ten o wyczynowcu-eksnarkomanie świadczą, że Palkowski ma szczęśliwą rękę do biografii – bohaterom, których samymi tytułami namaszcza na herosów, potrafi nadać zarazem rysy tytaniczne i arcyludzkie.

Autorzy „Najlepszego” niewiele by jednak osiągnęli, gdyby nie wcielający się w Górskiego Gierszał, o którego grze wypada pisać w samych superlatywach i który tą wymagającą kreacją potwierdza swoją przynależność do aktorskiej plejady, a nie tylko do przelotnych gwiazd ekranu. Malkontenci mogą wprawdzie narzekać, że sylwetka niezbyt predysponuje go do ucieleśniania triatlonisty (notabene, podobne przytyki dotyczą innych uczestników wyścigu), że powinien bardziej przygotować się do roli pod względem fizycznym. Ale choć może nie wycisnął z siebie siódmych potów na siłowni, z tej postaci wycisnął wszystko, co się dało, czyniąc ją intrygującą, a równocześnie bliską odbiorcy. Jego Jerzy jest niejednowymiarowy: zawadiacki i cyniczny, wrażliwy i czuły, zdesperowany i bezkompromisowy, targany lękiem i rozpaczą, to znów emanujący pasją i charyzmą. W tym miejscu warto odeprzeć zarzut, że przypomina marionetkę poddającą się inicjatywie innych – bynajmniej nie jest bezwolną kukłą, a w każdym razie po wydostaniu się z nałogu (chociaż sam prototyp bohatera powtarza, że zamienił uzależnienie od dragów na uzależnienie od sportu). Filmowy Jerzy ma wyraźną motywację, acz po części zewnętrzną, związaną z nadzieją i odpowiedzialnością.

Pomijając Gierszała, na uznanie zasługują pozostali członkowie obsady, jej wysoka klasa stanowi bowiem ważny czynnik sprawiający, że film Palkowskiego broni się mimo pewnego efekciarstwa. Niebanalną postać stworzyła wzmiankowana już Kamińska – Ewa, z pozoru beznamiętna funkcjonariuszka służby zdrowia, okazuje się ciekawą, dojrzałą osobowością, w której roztropność i stanowczość nie wykluczają subtelnego ciepła. Nie bez kozery aktorkę nagrodzono na 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za najlepszy debiut (skądinąd, nie była całkowitą debiutantką). Próchniak jako słodka, pełna fantazji, zauroczona, lecz i zagubiona dziewczyna miała zapewne łatwiejsze zadanie niż jako Kama w „Mieście 44” i spisała się elegancko. Również większość aktorów drugiego planu wykorzystała swoje pięć minut, ale trzeba przyznać, że reżyser zaprosił do udziału istny panteon. Arkadiusz Jakubik nadaje wiarygodności zabawnemu, poczciwemu i przebiegłemu zarazem kierownikowi basenu. Trafnie obsadzono też Adama Woronowicza w roli ojca Grażyny, surowego, acz niepozbawionego ludzkich odruchów milicjanta. Epizodyczne partie przypadły m.in. Magdalenie Cieleckiej (matka Jurka) oraz Arturowi Żmijewskiemu, który ponownie (po „Psach”) dowodzi, że nadaje się do ról mniej szlachetnych niż sympatyczny ksiądz-detektyw. Wiekowy Janusz Gajos jako sporo młodszy twórca Monaru papierowość i retoryczność głównej sceny ze swym udziałem rekompensuje warsztatem, poprawnie prezentuje się Tomasz Kot – stereotypowy „prezes klubu”, a spośród (póki co) mniej znanych aktorów należy wymienić Szymona Piotra Warszawskiego w roli wychowawcy w Monarze (okropnie sztywni są natomiast statyści „grający” jego podopiecznych). Niemniej ktoś ma prawo utrzymywać, że część postaci tylko przemyka po ekranie i nie całkiem wiadomo, jakie pobudki nimi kierują; że z powodu migawkowości i fragmentaryczności obraz się rozpada, bo protagonista – inaczej niż w „Bogach” – sam go nie scala.

Oczywiście „Bogami” Palkowski wysoko postawił sobie poprzeczkę, trudno jednak porównywać oba filmy, gdyż „Najlepszy” po prostu realizuje inną konwencję – i dobrze, w przeciwnym razie reżyserowi zarzucano by wtórność wobec samego siebie, odcinanie kuponów od sukcesu poprzedniego dzieła. Mimo to opowieść o Górskim również została entuzjastycznie przyjęta, dołączając do grona blockbusterów. Na marginesie: można stwierdzić, że fabularyzowanymi biografiami polskie kino ostatnich lat stoi – prócz filmu o Relidze starczy wspomnieć te poświęcone Wisłockiej, Beksińskim, Strzemińskiemu, Wałęsie, Skłodowskiej-Curie, raperowi Magikowi…

Produkcje takie jak „Najlepszy” wydają się potrzebne z różnych względów. Przede wszystkim gros widzów dzięki niemu po raz pierwszy usłyszało o wybitnym polskim triathloniście (do czego wielu ze wstydem się przyznaje). Jego losy aż się prosiły o ekranizację, a on sam zasłużył na przywrócenie mu pamięci w tak widowiskowej oprawie. Na tle sportowych legend doby PRL-u Górski uległ zapomnieniu – może dlatego, że jego osiągnięcia zbiegły się w czasie z transformacją i społeczeństwo żyło innymi sprawami. Nowe dzieło Palkowskiego może mieć również walor edukacyjno-profilaktyczny w odniesieniu do młodzieży; swoją drogą, niewykluczone, że to jest jego nadrzędny cel, o czym świadczyłyby pewne nieco infantylne rozwiązania w rodzaju motywu zombie. Ale przecież nie mamy do czynienia z tanim dydaktyzmem (jest tu też zresztą miejsce na humor), aczkolwiek z filmu płynie, rzecz jasna, ogólniejsze przesłanie: człowiek może być dla siebie najgorszym przeciwnikiem, lecz może także znaleźć niewyobrażalną energię, by zawrócić z drogi bez powrotu i wygrać życie, o ile dostanie impuls, wsparcie i doping. Osnucie fabuły na faktach jeszcze mocniej wyzwala w widzu osobiste „sny o potędze” i choćby samo uskrzydlenie było chwilowe, film zapada w pamięć.

Wreszcie historia Górskiego może stanowić niezłą reklamę tego, że „Polak potrafi”, w dodatku sposób realizacji jest ładnym opakowaniem owego towaru na eksport. Sięgnąwszy bowiem do kina popularnego, Palkowski pogodził ciężar gatunkowy tematu z lekkością formy, dramat „środowiskowy” (narkomani, sportowcy) z uniwersalną wymową. „Najlepszy” zdaje się więc skierowany i do tych, którzy trochę egzaltowany, brawurowy obraz przyjmą z dobrodziejstwem inwentarza, i do bardziej wymagających. Wpasowując się w powszechne oczekiwania, film generalnie najwidoczniej przemawia do odbiorców, co oprócz frekwencji potwierdza chociażby przyznanie mu w Gdyni m.in. Złotego Klakiera dla najdłużej oklaskiwanej produkcji. Przy czym nie przynosi ona fałszywego poczucia ulgi i spokoju, gdyż druga część (filmu i życiorysu) nie przekreśla gładko pierwszej – przypomina o tym naturalistyczne ukazanie skutków ubocznych detoksu czy zaznaczanie, że łatwiej zostać wyczynowcem niż wyjść z narkomanii. Jerzy bez ustanku musi przejawiać determinację oraz samozaparcie, bo przecież: „Drzwi [ośrodka – przyp. K.S.] są cały czas otwarte. – I właśnie to jest najgorsze”. Zarówno bohater swoją przemianą i wiktorią, jak i twórcy filmu, udanie wykorzystując klisze do przedstawienia porywającej opowieści, udowadniają jedno. Można? Można!
„Najlepszy”. Reżyseria: Łukasz Palkowski. Scenariusz: Agatha Dominik, Maciej Karpiński. Zdjęcia: Piotr Sobociński Jr. Obsada: Jakub Gierszał, Kamila Kamińska, Anna Próchniak, Arkadiusz Jakubik, Janusz Gajos i in. Produkcja: Polska 2017, 110 min.