Wydanie bieżące

1 lutego 3 (339) / 2018

Przemysław Pieniążek,

MIAŻDŻĄCY CIOS ŻÓŁWIA (WOJOWNICZE ŻÓŁWIE NINJA. ULTIMATE COLLECTION. TOM 1)

A A A
„Trzymam swoją katanę w gotowości. Po mojej lewej stoją Donatello i Michaelangelo z kijem i nunczako. Raphael osłania moją prawą stronę… Wyczuwam jak jego ciało drży z napięcia, wypełniony energią czeka na krwawą rzeźnię” (s. 7) – wewnętrzny monolog Leonardo precyzyjnie ustanawia klimat pełnej napięcia sceny, w której czterej bracia stoją przyparci do muru w brudnym zaułku, a drogę zagradza im piętnastu członków Purpurowych Smoków, najgroźniejszego gangu po wschodniej stronie Nowego Jorku. Chwilę potem rozpętuje się widowiskowa sekwencja walki udowadniająca, że podopieczni mistrza ninjutsu Splintera (szczura należącego onegdaj do Hamato Yoshiego, lidera Klanu Stopu składającego się z najgroźniejszych wojowników i zabójców w całej Japonii) byli nad wyraz pojętnymi uczniami.

Tak zaczyna się pierwsza przygoda „Wojowniczych Żółwi Ninja” – undergroundowego klasyka, który napędził tryby polimedialnej franczyzy do dziś znajdującej wierne grono odbiorców. Początkowo jednak nic nie zapowiadało tak wielkiego sukcesu. W roku 1983 dwaj młodzi mężczyźni wynajmujący jedno mieszkanie – dwudziestojednoletni wówczas Kevin Eastman (pracownik pobliskiego baru) oraz liczący niespełna trzydzieści wiosen rysownik Peter Laird – zaczęli wymyślać historie z udziałem absurdalnych postaci. Tym sposobem powstał szkic przedstawiający antropomorficznego żółwia uzbrojonego w nunczako. Po krótkim czasie z owej rysowniczej zgrywy wyłoniły się postaci czterech walecznych gadów w skorupach dziedziczących imiona po mistrzach włoskiego renesansu (jeden z bohaterów przez wiele lat będzie nosił błędnie zapisane personalia Michała Anioła). Mając w pamięci lekturę takich komiksowych serii jak „Daredevil” czy „New Mutants” oraz „Ronina” Franka Millera, młodzi pasjonaci rozpoczęli pracę nad pierwszą opowieścią z udziałem bezkompromisowych, choć kierujących się kodeksem honorowym mścicieli.

Dzięki pieniądzom uzyskanym ze zwrotu podatku oraz pożyczce od wuja Eastmana autorzy – razem tworzący scenariusz i oprawę graficzną fabuły – w 1984 roku założyli własne wydawnictwo Mirage (mieszczące się w mieszkaniu kreatywnego duo), drukując trzy tysiące egzemplarzy swojego komiksu, który wyprzedał się w przeciągu miesiąca. Ćwierć wieku temu nakładem oficyny TM-Semic „oryginalne” przygody Żółwi dotarły także do Polski, jednak seria zniknęła z rynku po zaledwie trzech zeszytach. Być może rodzimy czytelnik – znający głównie „komercyjny”, skierowany do młodego odbiorcy, popularyzowany przez telewizję i lawinę gadżetów wariant opowieści o wojowniczych rezydentach kanałów – nie był wówczas przygotowany na czarno-biało-burą, rysowaną ostrą kreską (na papierze Duo-Shade) historię, w której nie brakowało rozlewu krwi. Czy tym razem „Wojownicze Żółwie Ninja” zagoszczą u nas na dłużej? Mam cichą nadzieję, bo autorski cykl Eastmana/Lairda naprawdę dobrze znosi upływ czasu, a kolekcja „Ultimate” (zbierająca odcinki powstające pod szyldem wydawnictwa Mirage) jest przykładem świetnie przygotowanej zbiorówki.

W recenzowanym woluminie, ukazującym się nakładem Fantasmagorii, znalazło się siedem pierwszych epizodów wzbogaconych o jedną poboczną historię ukazującą perypetie Raphaela. Solidna pierwszoosobowa narracja, ciekawie rozrysowane, szalenie dynamiczne sekwencje pojedynków, kadrowanie podbudowujące poziom dramaturgii oraz zmyślne operowanie splash page’ami (hołd dla Jacka Kirby’ego) to nie jedyny walor debiutanckiej opowieści ukazującej zarówno genezę protagonistów, jak również ich epicki pojedynek ze Shredderem. W pamięci pozostają także panoramiczne ujęcia Nowego Jorku, dające pewne wyobrażenie na temat rosnącego w latach osiemdziesiątych rozwarstwienia społecznego oraz postępującej degradacji miasta.

Drugi epizod przynosi zmasowany atak ze strony Myszorów: stworzonych przez maniakalnego doktora Baxtera Stockmana w pełni zautomatyzowanych tropicieli i zabójców gryzoni. Emocjonujący, dobrze napisany i świetnie zilustrowany odcinek, w którym po raz pierwszy pojawia się April O’Neil – oddana przyjaciółka żółwiej czwórki. Trzeci epizod kontynuuje wątki zawiązane w poprzednim segmencie (vide: zniknięcie Splintera), przenosząc znaczną część akcji na ulice Wielkiego Jabłka, oferując kapitalną sekwencję pościgów samochodowych, jakich nie powstydziliby się „Blues Brothers” (1980) Johna Landisa. I to w finale tego odcinka pojawiają się pozaziemscy przybysze ukryci w antropomorficznych egzoszkieletach.

Chwilę potem czytelnik natrafi na wspomnianą już opowieść z Raphaelem w roli głównej, w której poznamy bolesny początek wielkiej przyjaźni protagonisty i Caseya Jonesa: samozwańczego mściciela noszącego hokejową maskę i pokaźny zestaw kijów. Powrót do głównej linii fabularnej pociąga za sobą energetyzującą wizytę w siedzibie enigmatycznego koncernu TCRI, którego laboratorium skrywa wiele zaskakujących tajemnic. Konsekwencją wydarzeń uwiecznionych w tym rozdziale jest drastyczna zmiana lokacji – bohaterowie trafiają bowiem na planetę D’Hoonib w układzie Sidayom, gdzie przypadkiem ratują z opresji robotycznego Fugitoida o imieniu Honeycutt. Dopracowana scenografia, fantazyjne pojazdy, przedstawiciele obcych ras (vide: bojownicze Triceratony), walki gladiatorów i laserowa kanonada: inspirowane poetyką „Gwiezdnych wojen” kosmiczne przygody Żółwi to prawdziwa jazda bez trzymanki, której finał ma już miejsce na Ziemi.

Pierwsza odsłona „Ultimate Collection” bez wątpienia spełnia pokładane w niej nadzieje. Nieprzewidywalność i niczym nieskrępowana pomysłowość scenarzystów oraz jedyna w swoim rodzaju oprawa plastyczna (dzięki powiększonemu formatowi rozkładówki robią niesamowite wrażenie) sprawiają, że lektura komiksu Kevina Eastmana i Petera Lairda jest specyficzną, niemniej autentyczną przyjemnością. Warto!
Kevin Eastman, Peter Laird: „Wojownicze Żółwie Ninja. Ultimate Collection. Tom 1” („Teenage Mutant Ninja Turtles The Ultimate Collection Vol 1”). Tłumaczenie: Anna Urbańska, Jan Olejniuk, Marek Sawicki. Wydawnictwo Fantasmagorie. Białystok 2017.