Wydanie bieżące

1 lutego 3 (339) / 2018

Wojciech Rusinek,

AD FONTES! (MARIO VARGAS LLOSA: 'O CZYTANIU I PISANIU')

A A A
„O czytaniu i pisaniu” Maria Vargasa Llosy jest trzecią – po zbiorze „O literaturze” Julia Cortázara i wywiadzie-rzece z Charlesem Bukowskim „Śmieję się z bogami” – publikacją gdańskiego Wydawnictwa w Podwórku, w której komentarz krytyczny należy do samych twórców. Połączone spójną szatą graficzną, eleganckie książki oficyny tworzą interesujący projekt – niewątpliwie są to publikacje krytycznoliterackie, kolejne ich rozdziały krążą wokół najważniejszych dzieł Cortázara czy Llosy bądź tekstów, które tych prozaików w pozytywnym i negatywnym sensie poruszały, wyjaśniają ich genezę, autorskie pomysły na formę czy tym podobne kwestie, ale jednocześnie są to wypowiedzi w ścisłym sensie autobiograficzne (o co najłatwiej, oczywiście, w formule wywiadu czy wspomnienia). Prozaicy tyleż analizują dzieła, co przedstawiają własne historie pisania i czytania, nieraz – jak to ma miejsce zwłaszcza w przypadku Vargasa Llosy, z epicką wylewnością zarysowując tło osobistych przeżyć mających wpływ na charakter kolejnych powieści czy zbiorów opowiadań.

Jeśli omawiane tu publikacje mają charakter krytycznoliteracki, to warto też podkreślić, że operują one trybem, który z krytyką w sensie ścisłym kojarzy się dość słabo. Cortázar, jak pamiętamy, prezentował historię swoich dzieł w ramach narzuconych przez okazyjny, seminaryjny cykl wykładów dla studentów w Berkeley w 1980 roku; ramach, które niesforny dyskurs pisarza nieustannie rozsadzał, prowadząc ku anegdocie, dygresji czy po prostu rozmowie ze studentami. Podobnie jest w najnowszej publikacji wydawnictwa. Llosa ucieka, kiedy tylko jest to możliwe, poza rygory wypowiedzi krytycznej czy publicystycznej w kierunku eseju biograficznego o wyraźnie wspomnieniowym charakterze. Tytułowe „czytanie i pisanie” jawią się w rozważaniach autora „Miasta i psów” jako czynności rozpoznawalne i zrozumiałe dopiero w perspektywie nostalgicznego wejrzenia we własną przeszłość, w którym to wejrzeniu jest miejsce i na mityczne czasy dzieciństwa (wspomnienia bardzo literackiego „zielonego domu” publicznego w mieście dorastania Vargasa Llosy), i na podróż inicjacyjną (w głąb masywu andyjskiego – jądra ciemności?), i na rozliczenia z idolami młodości (esej poświęcony literackiemu rozczarowaniu Sartre’em), wreszcie z własną działalnością polityczną (zmienny stosunek do ZSRR, reżimu Castro czy komunistycznych ruchów w Peru).

Piszę o tej oryginalności esejów krytycznych Cortázara i Vargasa Llosy dlatego, że ich książki można czytać – po prostu – z czystej ciekawości, licząc na głębsze wejście w świat literackiej wyobraźni prozaików, których popularność w Polsce chyba ciągle ma się całkiem dobrze. Można też czytać je w odniesieniu do naszego współczesnego życia krytycznego, zauważalnej stagnacji refleksji nad literaturą najnowszą w obiegu publicystycznym. Nie twierdzę, że ożywienie form dyskusji krytycznych i sposobów pisania o książkach mogłoby przyjść akurat ze strony tytułów Wydawnictwa w Podwórku (pamiętajmy, że tomy gromadzą teksty sprzed dwudziestu, a nawet trzydziestu paru lat), dają one jednak do myślenia. Gdyby szukać powinowactw w rodzimym polu krytycznym, omawiane pozycje wpisać można by w coraz silniejszy dyskurs biograficzny w badaniach literackich, rozwijający się głównie w kręgu refleksji genderowej i tej dotyczącej prozy mniejszości seksualnych.

Spójność krytyczno-biograficznego projektu jest w przypadku esejów Vargasa Llosy – jak przypuszczam – w dużej mierze zasługą tłumacza Tomasza Pindela. Trzeba bowiem zaznaczyć, że książka „O czytaniu i pisaniu” nie powstała w wyniku jednolitego zamysłu autorskiego, ale jest wyborem eseistyki powstającej w różnych okresach życia Vargasa Llosy, publikowanej w prasie i samodzielnych książkach, czasem są to nawet fragmenty większych całości. Pindel spełnił więc nie tylko rolę tłumacza, ale przede wszystkim – redaktora, który Llosy refleksję o prozie (tej własnej i tej wychodzącej spod pióra fascynujących pisarza autorów) ułożył w uporządkowaną, zamkniętą wyraźną klamrą opowieść. Rozpoznanie zamysłu Pindela nie jest trudne. Tłumacz w krótkim wstępie wyjaśnia, że „wybór przynosi odpowiedzi Vargasa Llosy na trzy zasadnicze pytania: jak się czyta (…), jak się pisze (…) – i dlaczego” (s. 6). Ponadto każdy z prezentowanych w książce esejów poprzedzono krótkim wstępem faktograficznym, pozwalającym osadzić rozważania prozaika w szerszym kontekście biograficznym i społeczno-politycznym (ten drugi jest bardzo istotny dla wymowy tekstów Vargasa Llosy). Zamysł tłumacza twórczo się jednak rozmywa dzięki meandrycznemu dyskursowi samego twórcy: jego uwagi dotyczące konkretnych dzieł tak daleko odchodzą w kierunku własnych doświadczeń, dawniejszej i najnowszej historii Peru, wreszcie kwestii krytycznoliterackich, że w efekcie zamiast prostych odpowiedzi na postawione przez Pindela pytania otrzymujemy złożony obraz wpływów i zależności, jakim podlegała i proza artystyczna Vargasa Llosy, i sama osobowość twórcy.

Gdybym miał pokusić się o wskazanie, co łączy te dość rozbieżne perspektywy (biografia, polityka, literatura) w ujęciu Vargasa Llosy, powiedziałbym, że najważniejsze jest dla autora pytanie o źródła pisarstwa. Dopiero na marginesie tej kwestii dochodzi w zgromadzonych tu esejach do formułowania czegoś, co można by nazwać „programem artystycznym”. Opatruję jednak tę frazę cudzysłowem, bo Vargas Llosa raczej rekonstruuje swoją ideologię estetyczną na podstawie dotychczasowych doświadczeń, niż ją projektuje na potrzeby kolejnych lat i kolejnych powieści. Dzielenie się tymi uwagami „na marginesie” nie oznacza również ich mniejszej wagi – jak poniżej zobaczymy, są to refleksje nad wyraz trafne i precyzyjnie formułowane, wypisy z esejów Vargasa Llosy mogłyby złożyć się na miniporadnik dla początkujących prozaików (ma zresztą autor na koncie taką właśnie książkę, czyli „Listy do młodego pisarza”).

Zacznijmy od fenomenalnego eseju otwierającego tom. Niemal pięćdziesięciostronicowa „Sekretna historia pewnej powieści” z 1971 roku jest tekstem tak kompletnym, że mógłby stanowić właściwie samodzielną całość; swoim rozmachem przyćmiewa nieco inne fragmenty zgromadzone w „O czytaniu i pisaniu”. Vargas Llosa zaczyna od intrygującego zdania: „Pisanie powieści to ceremonia przypominająca striptiz” (s. 11), które rymuje się z późniejszymi uwagami autora o konieczności komponentu erotycznego w wybitnej prozie (s. 79-81). Nie chodzi jednak o naiwnie rozumiany ekshibicjonizm, lecz o coś poważniejszego, o „demony, najbrzydszą stronę swojej osoby: tęsknoty, winy, żale” (s. 11) będące fundamentem „autobiograficznego pulsu, który zawsze nieuchronnie tętni w każdym fikcyjnym dziele” (s. 12). Vargas Llosa analogię między pisarstwem i striptizem wykorzystuje jednak przewrotnie – uwodzenie polega bowiem w procesie artystycznym nie na odkrywaniu, lecz osłanianiu kostiumem fabularnym tego, co intymne. Esej „warsztatowy” „Sekretna historia pewnej powieści” ma być tymczasem procedurą odwrotną – autor próbuje we wspomnieniowej archeologii (ta metafora przekonuje mnie chyba bardziej niż chwytliwe skojarzenie ze striptizem) dokopać się do korzeni pisanej w latach 1962-65 powieści „Zielony dom”. Autor zabiera nas zatem do Piury (miasta, w którym spędził zaledwie dwanaście miesięcy w dziewiątym roku życia, nim rodzina Vargasa Llosy przeniosła się do Limy), by wspominać atmosferę miasta, klimat wrzących zabawą i polityką ludowych dzielnic, a przede wszystkim wspominać tytułowy „zielony dom” publiczny, który rozpalał wyobraźnię chłopców. Siła inicjacyjnych doświadczeń tego okresu popchnęła autora, już podczas studiów filologicznych, do prac nad pierwszym poważnym tekstem literackim, „byłem pewien – pisze autor „Miasta i psów” – że piszę coś bardzo osobistego. Podczas pracy nad tekstem nawet mi do głowy nie przyszło, że naśladuję Hawthorne’a” (s. 23). Intrygujące jest jednak to, że także esej „Sekretna historia pewnej powieści” z akapitu na akapit coraz wyraźniej zmierza ku… czystej epicko literaturze! Tuż po historii Piury autor rekonstruuje dokładnie swoją doktorancką podróż antropologiczną w głąb południowoamerykańskiej puszczy, która jako żywo przypomina inną znaną literacko drogę – tę, którą odbył Marlow w górę rzeki Kongo. Vargas Llosa „przepisuje” spostrzeżenia Conrada na rzeczywistość postkolonialną połowy XX wieku, pojawia się tu nawet odpowiednik Kurtza (Japończyk Tushia, który stworzył w środku dżungli swoje małe królestwo oparte na handlu kauczukiem).

Szalona relacja z tej podróży, pełna przemocy, wyrazistych diagnoz cywilizacyjnych krytycznych zarówno wobec feudalnego wyzysku, jak i nowych ruchów rewolucyjnych, i pełna fenomenalnie drobiazgowych spostrzeżeń („Parzono go w pachy gorącymi jajkami [nigdy nie zdołałem zrozumieć, w jaki sposób to robiono]”, s. 32) przypomina intensywnością i sensacyjnością wydanych ostatnio w Polsce „Ludzi na drzewach” Hanyi Yanagihary, tyle że powstała ponad czterdzieści lat wcześniej. Pytanie tylko: jak łączy się ona z pytaniem o źródła pisarstwa, skoro zmierza w kierunku prozy artystycznej? Wydaje się, że ta podróż była dla Vargasa Llosy właśnie – jak dla Marlowa – wejściem w prywatne, psychiczne „jądro ciemności”, odkryciem pokładów, z których narodzi się dopiero prawdziwy pisarz, nie ten naśladujący innych: „surowcem literatury – wyznaje autor – nie jest szczęście, tylko ludzkie nieszczęście, a pisarze, jak sępy, żywią się najczęściej padliną” (s. 38). Do tego dorzućmy kilka uwag o szaleństwie jako początku pisania, pisaniu jako chorobie, irracjonalizmie wyborów artystycznych, a odsłoni się przed nami mocno mityczny początek artystycznej drogi Vargasa Llosy, w którym dwa inicjacyjne momenty, ten z dzieciństwa i ten z progu dorosłości, pozwalają odkryć dwa podstawowe żywioły literatury: nostalgiczny i irracjonalny (choć ten drugi nie oznacza, odrzucanego przez Vargasa Llosę, romantycznego pojęcia natchnienia). Nie dziwi więc, że kończą esej wspomnienia z mającego miejsce sześć lat później powrotu do dżungli, w której już nikt nie pamiętał o Tushi-Kurtzu, i uwagi o rezygnacji z powrotu do Priury w życiu dorosłym. Pisanie jawi się w „Sekretnej historii pewnej powieści” jako konsekwencja przejścia pewnego progu, który oznacza wygnanie z mitu. Czyż jednak tego typu fabuła nie jest najbardziej literackim schematem opowieści o dorastaniu, jaki znamy z prozy światowej? Pewnie dlatego zajmujący jedną czwartą tomu esej jest tak wciągający!

Obietnica odsłonięcia biograficznych źródeł pisarstwa nie zostaje finalnie spełniona w zbiorze „O czytaniu i pisaniu”, u podłoża narracji powieściowych Vargasa Llosy odkrywamy bowiem kolejne pokłady literackości: czy to w formie znanych skądinąd fabuł, czy wyraźnych inspiracji, czy też różnego typu narracji tożsamościowych, w których wnętrzu żyło w drugiej połowie XX wieku peruwiańskie społeczeństwo. Na początku kolejnego eseju – „Wieczna orgia. Flaubert i Pani Bovary” – który, jak czytamy we wstępie Pindela, miał być początkowo przedmową do nowego tłumaczenia powieści autora „Szkoły uczuć”, a stał się samodzielną rozprawą, Vargas Llosa zamieścił kilka zdań potwierdzających to rozpoznanie. „Garstka postaci literackich naznaczyła moje życie znacznie mocniej niż spora część osób z krwi i kości, które dane mi było poznać. Choć prawdą jest, że kiedy postacie fikcyjne i prawdziwi ludzie przynależą do teraźniejszości, rzeczywistość tych drugich przeważa wówczas nad pierwszymi – nic nie jest tak żywe jak ciało, które można zobaczyć, dotknąć – różnica ta jednak znika, kiedy obie kategorie stają się przeszłością, wspomnieniem: przewagę zyskują wtedy ci pierwsi, gdyż prawdziwi ludzie nieubłaganie blakną w naszej pamięci, podczas gdy postać literacką możemy ożywiać bez końca” (s. 65). I tak w omawianym rozdziale Vargas Llosa powraca do swojego wieloletniego oczarowania pisarstwem Flauberta („rodzajem pisarza”, jakim chciał zostać), ale przede wszystkim do swojego obsesyjnego zainteresowania Emmą Bovary jako osobą. Wyznając, że połączenie tragedii i tandety, obecne w kolejach losu bohaterki, jest dlań zestawieniem poruszającym, wskazuje na katarktyczny wymiar fascynacji Emmą. Vargas Llosa idzie najdalej, jak to możliwe – sugeruje, że tragedia kobiety dosłownie uratowała mu życie: „Fikcyjne cierpienie neutralizowało to, które przeżywałem. (…) Emma zabijała się, bym ja mógł żyć” (s. 74-75). Uwagi te, przyznaję, wydają mi się ujmujące, choć mają one podobną naturę, co pokaz iluzjonisty – niby wiemy, że stawianie doświadczeń „papierowej kobiety” Bovary ponad osoby z krwi i kości zakrawa albo na dowcip, albo na utratę rozumu, a jednak dzięki obserwacji tej przewrotnej gry interpretacyjnej zaczynamy lepiej rozumieć, jak skomplikowany bywa nasz ogląd realnego świata. Tytułowa „wieczna orgia” byłaby nie tylko – jak w interpretacji pisarza – funkcją namiętności bohaterki, ale też obrazem pełnego pasji przeglądania się życia w ściśle literackich fabułach. Te ostatnie zaś – choć pewnie zdroworozsądkowa logika podpowiadałaby inaczej – pojawiają się wcześniej niż „życie”, a nawet są jego bytowym fundamentem (a przynajmniej tak sugeruje autor „Święta kozła”).

Jeśli życie ma strukturę fabularną i zawsze przeżywamy je w kontekście już istniejących narracji (literackich), to siłą rzeczy kolejnym pojęciem, które wymaga namysłu, staje się fikcja. W trzecim eseju zbioru – „Podróż do fikcji. Świat Juana Carlosa Onettiego” – Vargas Llosa refleksję nad tą kategorią umieszcza w kręgu problematyki źródeł kultury jako całości, a nie tylko własnej biografii twórczej: „Cofnijmy się do świata tak dawnego, że nauka nie ma do niego dostępu” (s. 111). W pierwszych akapitach Vargas Llosa zarysowuje hipotetyczny opis początków kultury – tego momentu, kiedy staliśmy się ludźmi i zostawiliśmy za sobą świat zwierzęcy. Nie są to rozpoznania szczególnie oryginalne, wyobrażenie początków i języka, i opowieści, ich społecznej i religijnej roli jest wszak żelaznym elementem wszelkich rekonstrukcji dawnych mitologii. Bardziej interesujące okazuje się to, co – w przekonaniu Vargasa Llosy – fikcja czyni ze słuchaczami pierwotnych szamanów na poziomie intelektualnym: „Ale wyobrażanie sobie innego życia i dzielenie się tym snem z innymi tak naprawdę nigdy nie jest zajęciem niewinnym. Podsyca bowiem wyobraźnię i wznieca pragnienie do tego stopnia, że szczelina między tym, czym jesteśmy, a tym, czym chcielibyśmy być, między tym, co jest nam dane, a tym, czego pragniemy i o czym marzymy – a tego zawsze jest o wiele więcej – tylko się poszerza” (s. 116). U źródeł cywilizacji rozumianej jako dążenie do wielkich celów, jako przekształcanie świata, bunt i rozwój tkwi zatem opowieść, a ściślej – rozbudzająca marzenie fikcja. Nie mityczne, utracone słowo przylegające do rzeczy, o które walczy filozofia realistyczna, ale właśnie fikcja, zmyślenie, arka marzeń. W swojej teorii fikcji prozaik podkreśla jej fundamentalną rolę w wypełnianiu egzystencjalnego braku, który wszyscy – jako przedstawiciele gatunku – odczuwamy, jej porządkującą moc, wreszcie jej znaczenie w procesie uwalniania ze zwierzęcej rutyny, czyli po prostu naszym dążeniu do wolności. Uwagi te są oczywiście również komentarzem do twórczości własnej; wspominając podróż w głąb dżungli, autor przywołuje postaci „opowiadaczy” z plemienia Maczigeungów, którzy – choć ich istnienie było naprawdę widmowe – zainspirowali autora do napisania powieści „Gawędziarz”.

Trzy pierwsze fragmenty „O czytaniu i pisaniu” (zajmujące niemal trzy czwarte tomu) wydają mi się najistotniejsze w kontekście pytania o źródła literatury. Przynoszą też spójną i przekonującą pochwałę literatury jako kwintesencji tego, co ludzkie. Zauważmy, Vargas Llosa w omówionych powyżej esejach zapisuje biograficzną genezę swoich powieści, ale przede wszystkim szkicuje brawurową „literaturocentryczną historię człowieka”. Chciałoby się napisać: na początku była fikcja i fikcja nas zbawi. Eseje kolejne nie wydają mi się już tak fundamentalne w kontekście omawianej tu problematyki, podejmują tematy, które określić należałoby raczej jako „ciekawostki”, choć – oczywiście – czyta się je z wielką fascynacją. Wśród nich wyróżniłbym stosunkowo późny tekst „Archaiczna utopia. José Maria Arguedas i fikcje indygenizmu” z roku 1995 roku, poświęcony peruwiańskiej, indiańskiej kulturze ludowej, jej zniszczeniu przez reżimy feudalne i marksistowskie ruchy rewolucyjne, a w końcu odrodzeniu w zupełnie nowych formach. Przede wszystkim zaś esej „Mandaryn”, wielkie rozliczenie Vargasa Llosy z literackim idolem młodości – Jean-Paulem Sartre’em. Jeden z patronów literackiej inicjacji autora „Rozmowy w Katedrze” (znów zatem krążymy blisko pytania o źródło pisania!), jest w tekście „Mandaryn” obiektem bezwzględnej demaskacji, która jednak ma swój konkretny cel. Dystansowanie się od idola literackiej młodości prowadzi Vargasa Llosę do sformułowania własnych tez dotyczących dobrej epiki. Co przeszkadza pisarzowi w twórczości tytułowego „mandaryna”? Przede wszystkim „śmiertelna powaga”, skrajny racjonalizm, wyniesienie idei ponad egzystencję bohaterów, brak jakichkolwiek intuicyjnych zachowań. Jeżeli fikcja i życie stanowią jedność, to literatura – sugeruje Vargas Llosa – powinna być czymś więcej niż tylko wykładem idei.

Zamyka tom fragment „Kraj o tysiącu twarzy”. Znów słowa uznania należą się redaktorowi książki, który skomponował logiczną i dopełniającą się całość z esejów powstających na przestrzeni kilku dekad i pisanych na potrzeby bardzo odmiennych publikacji. „Kraj o tysiącu twarzy” akcentuje raz jeszcze kwestię, która widoczna jest w całej książce, a o której dotąd nie wspomniałem – literatura piękna nie tylko okazuje się sednem ludzkiego doświadczania rzeczywistości, ale stanowi też poważne narzędzie polityczne. Nie jest jednak Vargas Llosa naiwnym piewcą prozy zaangażowanej politycznie, wskazuje chociażby, że to właśnie dojrzała literatura modernistyczna uratowała go przed nadmiernym zaangażowaniem w zbrodnicze ruchy polityczne czy katastrofalny dla kultury socrealizm. Zmierzam jednak do innego problemu. Pod koniec tego eseju autor raz jeszcze pyta o sens czytania i pisania. Czytamy: „Od dzieciństwa osaczała mnie pokusa, aby wszystko, co mi się przydarza, przerabiać na fikcję, do tego stopnia, że czasami wydaje mi się, iż wszystko, co robię i inni robią wokół mnie – całe życie – to tylko pretekst do tworzenia historii. Co faktycznie kryje się za tą nieustającą potrzebą przemiany rzeczywistości w opowieść? (…) Im dłużej piszę, tym trudniej mi znaleźć odpowiedź” (s. 202-203). Trudno wyobrazić sobie bardziej konsekwentne zamknięcie rozważań o lekturach, pisaniu, fikcji. Skoro bowiem literatura wyrasta z szamańskich opowieści, dzięki którym staliśmy się ludźmi i zaczęliśmy zmieniać świat w wymiarze osobistym i społecznym, to pytanie o sens opowiadania i jego istotę musi zostać otwarte. Gdyby porzucić refleksję na temat, a w konsekwencji także sam proces zamiany życia w fikcję i fikcji w życie, wrócilibyśmy do rutyny, więzienia zwierzęcych instynktów. Przyznaję, dawno nie czytałem tak mocnej pochwały literatury. Zamykam te uwagi czynione na marginesie książki Vargasa Llosy z pogłębionym pragnieniem lektury. Zatem – co dziś czytacie Państwo do poduszki?
 Mario Vargas Llosa: „O czytaniu i pisaniu. Wybór eseistyki”. Wybrał, przełożył i komentarzem opatrzył Tomasz Pindel. Wydawnictwo w Podwórku. Gdańsk 2017.