Wydanie bieżące

1 lutego 3 (339) / 2018

Zuzanna Sala,

POWIEKA, KTÓRA OPADA

A A A
O czym ostatnio śniliście, drodzy czytelnicy? O labiryntach, jasnych wodach wśród lilii białych, sklepach w kolorze cynamonu? A może jednak o upokorzeniach w pracy, przygodnym seksie z nauczycielem z podstawówki albo oglądanym ostatnio filmie akcji? Jak się rozkłada bilans? Raczej to drugie? Nieszczególnie mnie to dziwi. Sen najczęściej bowiem przywołuje nasze własne wspomnienia i emocje, przetwarza bodźce, które docierały do nas w ciągu dnia. Nie dziwi nas obraz niesprawiedliwego szefa, który pojawia na się w głowie w czasie snu, jeśli cały poprzedni dzień spędziliśmy na zaciskaniu pięści w pracy i zżymaniu się na tak ustrukturyzowaną hierarchię. Dlaczego więc uparcie „oniryzmem” i „poetyką snu” nazywamy liryczne niesamowitości? Skoro to prozaiczne absurdy raczej konstruują to, co niespodziewanie może przyjść do nas w nocy i poruszać naszymi gałkami ocznymi w zaskakująco dynamicznym tempie.

Piszę o tym nie bez powodu. Długo zastanawiałam się nad dykcją poetycką Adama Kaczanowskiego, która wydała mi się z jednej strony dość konsekwentna i wypracowana (właściwie od „Życia przed śmiercią”, choć z pewnym wysiłkiem można udowodnić, że język autora „Stanów” jest naturalną kontynuacją już tego, co działo się w „Powiece”), z drugiej zaś – niejednolita i niezwykle rozwojowa. Myśląc o niektórych jego projektach, chciałam wykazać, że to poeta, który wciąż odnajduje pisarskie metody (wydawałoby się, że świetnie korespondujące z tematyką jego utworów i z językowym temperamentem autora) po to, by zaraz je porzucić na rzecz nowszych rozwiązań i dalszych formalnych poszukiwań. Gdy przyglądałam się zaś innym, byłam gotowa dowodzić, że tworzy przemyślany i rozwijany kompozycyjnie projekt, a każdy kolejny tom to po prostu następna literka w alfabecie poetyckim Adama Kaczanowskiego. Inna od reszty, ale przecież współtworząca ściśle usystematyzowaną formę. Schizofreniczne, prawda?

Nie znajdowałam rozwiązania i kurczowo próbowałam znaleźć słowo-klucz. Pojawiały się w mojej głowie pomysły na kategorie, które miały stanowić klej, miękki lep łączący całą dotychczasową pracę poetycką Kaczanowskiego w jedno. Głód, nienasycenie – myślałam, ale po chwili podważałam ten pomysł, zauważając, że głód autora „Powieki” to często tylko przebrane w ciuszki „Pieśni o głodzie” późnokapitalistyczne nienasycenie wynikające z absolutnie świadomego kreowania kolejnych potrzeb. Kolejne teksty krytyczne podpowiadały mi klucz intertekstualny – miałaby nim być amerykańska (pop)kultura. Trudno jednak byłoby przystać na potraktowanie rekwizytorium jako sedna.

Potem przypomniało mi się moje pierwsze spotkanie z poezją Adama Kaczanowskiego – na festiwalu Silesius we Wrocławiu, podczas którego w bardzo pompatycznie wyglądającej sali im. Nehringa w Instytucie Filologii Polskiej we Wrocławiu autor ten w przebraniu klauna czytał swoje wiersze z niewydanej wtedy jeszcze książki „Co jest nie tak z tymi ludźmi?”, wtrącając gdzieś między wersami odgłosy defekacji. „Tak mogłaby się reklamować głupia poezja” – pomyślałam wtedy, odczuwając mniej więcej coś takiego, co Hiszpanie określają jako la vergüenza ajena (cudzego wstydu, wstydzenia się za nieswoje czyny). Kiedy wspomniałam ten moment, pomyślałam, że może moja pierwsza, niechętna intuicja (zrewidowana z czasem), nie była wcale przestrzelona. Tak mogłaby się reklamować poezja – niegłupia jednak, a idiotyczna. Idiotyczna, jeśli odwołać się do greckiego znaczenia idiotos – osoby niepublicznej. Znajdującej się poza politycznym systemem, skupionej na zwykłości. Bo to przecież banalność frazy Kaczanowskiego, jego czułość na związki z codziennością, fakt, że

autor pisze o dramacie ludzi, których życie można

streścić w jednym banalnym zdaniu

(„streszczenie” z tomu „Nowe zoo”, 2008)

pociaga mnie w tej poezji najbardziej. Ostatecznie jednak nie przekonałam się sama do tego klucza. To prywatne opisywane przez Kaczanowskiego jest przecież w pewnym stopniu polityczne, pełne etycznych wyborów i codziennych, ekonomicznych predestynacji.

Zabrnęłam, po długich poszukiwaniach holistycznych kategorii, do oniryzmu. O wielu wierszach Kaczanowskiego można pomyśleć, jako o wizjach skomponowanych zgodnie z poetyką snu. Spójrzmy choćby na ten fragment poematu „Kto zapokoi nasz głód?”:

sprzątaczka je stuzłotowy banknot, zamyka się w toalecie i pakuje

do ust stówę, którą dopiero co zarobiła, pracując u ludzi, ta stówa

smakuje jej jak nigdy, bo jest premią

Jest tu wszystko, co determinuje sen: codzienne doświadczenie pracy, ekonomiczny niepokój, który można stłumić inaczej niż w rzeczywistych realiach, absurd i wytrącenie z rutynowego kursu rozkładu dnia. Sen działa bowiem jak De Manowski język – ukonstytuowany na ironii staje się buffo-nadą. Kiedy śnimy, w pełni ufamy widzianej przez nas rzeczywistości, ale wciąż wisi nad nami groźba przebudzenia. To permanentna parabaza, ustanowienie stałej niepewności między tym, co jest rzeczywiste i nie; tym, co na serio, i tym z przymrużeniem oka. Kiedy Adam Kaczanowski czyta wiersze podczas swoich performance’ów, publiczność zanosi się śmiechem lub spuszcza głowy z zażenowania. Zdawanie sprawozdania z absurdalności snów zawsze śmieszy. Warto jednak pamiętać, że ani ironia, ani absurd to nie są kategorie estetyczne przynależne komedii. I przekonuje się o tym każdy, kto po odsłuchaniu Kaczanowskiego (który – jak bezbłędnie zauważył Dawid Kujawa – „z niespotykaną lekkością podkręca potencjometr banału do oporu”, sięgnie po słowa rozpisane na papierze.

Codzienność dąży ku komedii („kto nie lubi się śmiać?” oraz „dystans, drogie panie, dystans”), ale zazwyczaj te dążenia zatrzymują się gdzieś w połowie drogi, oczekiwania aktorów rzeczywistości względem świata – a przede wszystkim względem samych siebie – nigdy nie będą miały możliwości się spełnić. W świecie, w śnie i w wierszu czeka ich tylko ciągłe opisywanie małych porażek, jak w „Starasz się opowiedzieć mi dowcip, który ona tak dobrze opowiadała”:

człowiek pająk

pytany o swojego ulubionego superbohatera





Mówi że od dziecka podziwia Jezusa

(„Starasz się opowiedzieć mi dowcip, który ona tak dobrze opowiadała” z tomu „Sośnicki Szary człowiek”, 2006)

Anna Kałuża w szkicu o tomie „Stany” zwraca z kolei uwagę na bezpieczeństwo świata stworzonego przez Kaczanowskiego – na to, że podmiot znajduje się pod szklanym kloszem i całe ryzyko, jakie wokół niego się pojawia, jest jakby telewizyjną, założoną z góry atrakcją. Świat projektowanych niebezpieczeństw to przecież w końcu marketingowa oferta. (Dobrze sprzedający się horror, dom strachów, Jurajski Park.) Z kolei świat marketingowych ofert to rzeczywistość szarego człowieka-autora. Wiele lat pracy w przemyśle reklamowym odbija się na wierszach Kaczanowskiego i wraca, trochę prześmiewczo (terapeutycznie?), trochę jak senny koszmar.

W poezji rozumiem właściwie tylko spis treści.

Tak mogłaby się reklamować najgłupsza osobista wycieczka

all inclusive

(„Co jest nie tak z tymi ludźmi?” z tomu „Co jest nie tak z tymi ludźmi?”, 2016)

Nie znaczy to, że można całą jego twórczość traktować jako odbicie osobistych traum i fascynacji. Kaczanowski gra ze swoim podmiotem, heterogenizuje go, nadaje mu sprzeczne tożsamości. W jednym tomie może dochodzić do głosu zarówno mężczyzna, jak i kobieta; nie-człowiek na równych prawach co człowiek. I co najważniejsze – to nie są zwykłe przebieranki, Kaczanowski nie wskakuje owłosionymi nogami w spódnicę i nie zakrzykuje: „ubrałem sukienkę, moja podmiotowość się przekształca i teraz wszystko, co będę mówił, jest oddawaniem głosu kobietom”. Kiedy niespodziewanie w wierszu pojawia się końcówka –am, zamias –em, nie mam ochoty oskarżać go o oszustwo, posądzać o nierozważne gry. Wiem ostatecznie, że śnić na równych prawach może każdy podmiot i każda podmiotka. Bo sen oszuka po równo każdego.