Wydanie bieżące

15 lutego 4 (340) / 2018

Michał Kisiel,

Z KRAINY URIZENA (WILLIAM BUTLER YEATS: 'ESEJE')

A A A
W pochodzącym z niniejszego tomu eseju „William Blake i wyobraźnia”, jednym z dwóch w całości poświęconych brytyjskiemu poecie, William Butler Yeats zauważa, że jeżeli autor „Pieśni niewinności i doświadczenia” „przemawiał mętnie i ciemno, to działo się tak dlatego, że mówił o rzeczach, dla których wyrażenia nie znajdował wzorów w znanym sobie świecie” (s. 93). Trudno nie dostrzec w tym cytacie pewnej próby poszukiwania w twórczości brytyjskiego mistyka własnego odbicia Yeatsa, wówczas trzydziestodwuletniego współredaktora pionierskiej edycji „Vala or Four Zoas” Blake’a, pod której wpływem irlandzki poeta pozostawał przez całe życie. I choć podobne pokusy towarzyszą niemal wszystkim wielkim projektom poetyckim (o czym współczesne badania intertekstualne nie pozwalają nam zapomnieć), poczucie braku adekwatnych wzorów „w” i „dla” otaczającej rzeczywistości wydaje się przewodnim, nawet jeśli niewypowiedzianym wprost, tematem „Esejów” i ważnym elementem portretu Yeatsa, który z nich wyrasta. Język irlandzkiego autora, już nie tak „mętny i ciemny” – a przynajmniej nie w rozumieniu, w jakim posługiwał się tymi określeniami Yeats – w podobny Blake’owi sposób czerpie zarówno z pochwały wyobraźni twórczej, jak i systematyki mitologii, w akcie wywrotowego przepisania przeszłości oraz otwarcia się na to, co jeszcze przed nami.

W obliczu tej bezdomności wzorów, zajmujący i subtelnie przełożony wybór Leszka Engelkinga zdaje się dostarczać niezwykłego gestu kartograficznego; co więcej, gestu rozumianego w sposób dwojaki. Po pierwsze, otrzymujemy próbę mapowania twórczości irlandzkiego noblisty, dając się prowadzić kolejnym esejom, odkrywającym przed nami kluczowe dla niej wątki i założenia. Po drugie, niechronologiczny wybór Engelkinga staje się zapisem pewnej podróży poprzez mnogość języków i wzorów, z których – choć wszystkie zajmujące – żaden nie zdaje się w pełni satysfakcjonować Yeatsa.

„Eseje” zatem prowadzą czytelnika przez liczne krainy twórczości Yeatsa. Znajdziemy w nich zarówno teksty programowe dla jego rozumienia wyobraźni poetyckiej, rytmu oraz muzyczności poezji, fascynującego go symbolizmu, estetyki teatru, jak i te zwrócone ku zainteresowaniom okultyzmem, sztuką azjatycką, mitologią celtycką czy irlandzkim folklorem. Prześledzimy jego interpretacje literatury i malarstwa, teorie odbioru oraz lektury, ale i sięgniemy do interesującej go kultury popularnej i ludowej. Tak zróżnicowany repertuar w żadnym wypadku nie jest jednak podszyty niekonsekwencją, a tym bardziej – przypadkowością. Cechuje go natomiast wspólna fascynacja tym, co graniczne.

Wyrasta ona między innymi z projektu politycznego Yeatsa, objawiającego się w zamiłowaniu do folkloru, mitologii oraz systematyczności. Yeats – jako najwybitniejszy twórca Celtyckiego Odrodzenia w Irlandii – podejmuje w tym wypadku twórczy proces przepisania przeszłości w geście tożsamościowym oraz rewolucyjnym. Jak sam pisze: „(…) literatura więdnie i staje się zwyczajną okolicznościową kroniką wydarzeń lub pozbawionych namiętności fantazji i medytacji, jeśli nie nawadniają jej stale namiętności i wierzenia dawnych czasów” (s. 175). Z tych widm, zdaniem Yeatsa, najdonioślejszy jest duch celtycki. Ta myśl koresponduje wyraźnie z wcześniejszym esejem, w którym przeciwstawia on przedstawicieli literatury irlandzkiej często sprawniejszym twórcom brytyjskim. Co jednak Yeats podkreśla, tę pierwszą cechuje niesłychany autentyzm, nie tyle płynący z materii języka angielskiego, co ukryty w najgłębszych strzępkach narodowej tożsamości, która w ostatecznym rozrachunku pozostaje stawką najwyższą. W tamtym czasie jeszcze niespisana tożsamość w geście iście Blake’owskim domaga się jedynie własnej mitologii, która spleciona z tym, co ludowe i popularne, czerpiąc z języka baśni i podań, nie domknie się w hermetycznej i elitarnej utopii artystów.

W warstwie poetyckiej, jeśli taką możemy w ogóle wyróżnić, owa graniczność obejmowałaby postępujący projekt wyzwalania wyobraźni oraz ugruntowania podmiotowości poetyckiego objawienia. Projekt ten dążyłby do nadania autonomii sztuce i twórcy, przeciwstawionych m.in. krytyce opartej na osądach. W grę wchodziłoby zatem twórcze przepisanie przyszłości, którą można by w duchu dekonstrukcji zrozumieć jako „to-co-nadchodzi”. Twórca oraz twórczość są same dla siebie wyznacznikami, których nie da się stłumić poprzez racjonalne terminy, kalkulacje czy ograniczenia: zamiast tego dążą one do „odkrywania nieśmiertelnych nastrojów w śmiertelnych pragnieniach, niezniszczalnej nadziei w naszych banalnych ambicjach, boskiej miłości w cielesnym pożądaniu” (s. 186). To, co ograniczone, niedoskonałe czy po prostu śmiertelne, poprzez sztukę uwalnia swoją głęboko skrytą nieskończoność. Co ważne, twórczość, o której tu mowa, nie jest przeznaczona dla określonej elity. Powinna być natomiast bliska podziwianym przez Yeatsa sztukom Ibsena czy Maeterlincka, z towarzyszącym im napięciem prostej fabuły i bogactwem symboli: z których pierwsza dąży do bezwarunkowego zjednoczenia widowni, drugie zaś „każe umysłowi wędrować od myśli do myśli” (s. 196) w twórczym akcie odbioru.

W obu powyższych – choć nakreślonych pobieżnie – trajektoriach można dosłyszeć przywołane wcześniej echa Blake’a. Yeats w swych esejach niejednokrotnie opiera się temu, co w otaczającym go świecie „oficjalne”, a pasjonuje się tym, na co pozornie nie ma w nim miejsca. Być może dlatego woli bardziej przyziemną wizję piękna u Morrisa niż szaleństwo Rosettiego, z tego też powodu faworyzuje to, co ludowe, popularne, ale i to, co chtoniczne. Wśród pasjonujących go form i zjawisk Yeats być może nie dąży do wypracowania nowego języka, lecz do poruszania się po „mglistych i ciemnych” granicach języków już zastanych. Czy podkreślanie przez niego wzrastającej tożsamości irlandzkiej na gruncie języka jej kolonizatorów, oporu systematycznie rozumianej magii wobec racjonalnych ram czy w końcu afektywności symboli i otwarcia języka poetyckiego nie są właśnie takimi prometejskimi aktami przejęcia cudzego wynalazku przeciwko niemu samemu? Czy to nie dlatego największe inspiracje stanowią dla niego Percy Bysshe Shelley, Prerafaelici czy wspomniany wcześniej Blake, będący jednocześnie jego najwierniejszymi sojusznikami? W tym panteonie poetów-heretyków Yeats zajmuje miejsce wręcz modelowe: buntując się przeciwko prawom i nakazom, domaga się pozostania wewnątrz wspólnoty. Subtelnie obecny w jego esejach prometeizm dobitnie to uwydatnia, domykając się w pragnieniu tego, czego wzoru jeszcze nie wyznaczono, i jednoczesnej chęci oddania tej zdobyczy wspólnocie, do której należy.

Przetłumaczony i zredagowany przez Engelkinga zbiór jest jednak przede wszystkim lekturą porywającą, a zarazem kunsztownie przełożoną. „Eseje” Yeatsa nie poprzestają na wprowadzeniu do obiegu polskojęzycznego tej części twórczości irlandzkiego autora, która dotychczas pozostawała w cieniu jego poezji oraz dzieł dramatycznych. Udowadniają one również, iż jego prace eseistyczne oraz pisma teoretyczne wcale nie odbiegają od reszty jego twórczości i nie stanowią wyłącznie do niej dodatku. Pokazują przemiany, jakie zachodzą w myśli Yeatsa, oraz ich złożoność, ale również rozjaśniają trajektorie artystyczne, cierpliwie kreśląc mapę jego twórczości. Jakiej krainy jest to zatem mapa? Trudno powiedzieć. By znów posłużyć się Blake’em, jest to zapewne jedna z krain Urizena: mitologicznej figury reprezentującej pławiący się w kodach, prawach, regułach i zakazach opresyjny aspekt rozumu, który za cel stawia sobie odmierzanie, ograniczanie oraz kalkulowanie. Yeats – tak jak fascynujący go niezmiennie Blake – dążyć będzie zatem zawsze do tego, co poza wzorem i poza regułami, starając się w prometejskim geście przekraczać ich kolejne granice.
William Butler Yeats: „Eseje”. Wyb. i przeł. Leszek Engelking. Wydawnictwo Officyna. Łódź 2017.