Wydanie bieżące

15 lutego 4 (340) / 2018

Zuzanna Sokołowska,

MAŁE HISTORIE (WOJCIECH PLEWIŃSKI, REPORTER)

A A A
Najnowsza wystawa w gliwickiej Czytelni Sztuki „Wojciech Plewiński, reporter” to próba przyjrzenia się dokumentalnej twórczości tego wybitnego polskiego artysty, znanego bardziej jako fotograf mody, portrecista, współpracownik kultowego magazynu „Przekrój” oraz „Tygodnika Powszechnego” oraz jako autor monumentalnej i pod każdym względem niezwykłej dokumentacji polskiego teatru. Prace, jakie można oglądać na gliwickiej wystawie, dotyczą trochę nieznanej ścieżki zawodowej Plewińskiego, który okazuje się być także wybitnym reportażystą, czujnie i z niesłychaną empatią obserwującym otaczającą rzeczywistość.

Ekspozycja w Czytelni Sztuki skupia się na dorobku Plewińskiego sięgającego lat 50. ubiegłego wieku, a kończącego się na najnowszych dokonaniach artysty. Czarno-białe odbitki zostały podzielone na osobne cykle: „Najwcześniejsze, lata 50.”, „Ziemie Zachodnie, 1957”, „Italia, 57”, „Piwnica pod Baranami, 1957”, „Francja, 1962”, „Starzy ludzie, 1964-1965”, „Jugosławia, 1968”. Pierwszy z nich pokazuje tak naprawdę twórczy proces Plewińskiego, rejestrującego widoki z okna własnej pracowni. Fotografie te ilustrują sposób widzenia i obserwacji artysty, powolne wprawianie się w trudną sztukę reportażu. Pokazywane na wystawie zdjęcia z tego cyklu są bardzo różnorodne – na jednym z nich widać kobietę trzymającą w ręku różaniec, której twarz zasłania czarny, gruby szal. Na kolejnym pojawia się manekin bez rąk, który ubrany jest jedynie w cienką, białą koszulkę, jeszcze bardziej podkreślającą jego okaleczenie. Na innym zdjęciu widać pacjentkę gabinetu dentystycznego w jednej z przychodni w Krakowie. Fotografia ta wydaje się nieco przerażająca, zważywszy na fakt, że lekarz stomatolog posiada na głowie specjalną, ciemną maskę ochraniającą, która może budzić w widzach nieco sadystyczne skojarzenia.

W zupełnie innym tonie utrzymane są odbitki z cyklu „Ziemie Zachodnie, 57”. Powstały one na zamówienie redakcji „Tygodnika Powszechnego”, która chciała pokazać czytelnikom zmiany, jakie nastąpiły na terenach Polski należących wcześniej do Niemiec. Plewiński wyrusza w podróż, która okazuje się być nieco rozczarowująca – okazało się, że ludzie traktują fakt odzyskania ziem jako coś tymczasowego, ulotnego. Brak euforii i chęci do odrestaurowania zniszczonych przez wojnę terenów. Ostatecznie, pomimo wielu zrobionych zdjęć, reportaż Plewińskiego ukazuje się na łamach „Tygodnika Powszechnego” w ocenzurowanej i znacznie okrojonej postaci, ponieważ w tamtych burzliwych czasach nie można było pokazywać Polski w stanie totalnej stagnacji. To właśnie podczas powstawania tego reportażu Plewiński ujawnia swój niesłychany, dokumentalny talent. Artysta rejestruje między innymi tereny Zgorzelca i Nysy, miejsca, które aż piszczą od biedy i jakiegoś podskórnie odczuwanego niepokoju. Artysta kadruje zniszczone ulice, rozlatujące się powoli budynki, a także kompletne ruiny, którymi nikt nie chce się zająć. Na fotografiach nie brak także samych mieszkańców, uchwyconych między innymi przy trudnej pracy w polu.

Tymczasem cykl „Italia, 57” zaliczany jest do jednych z najbardziej wyjątkowych w karierze Plewińskiego, który zachwycony podróżą do Włoch, starał się zachłannie fotografować wszystko, co tylko mogło stanąć mu przed obiektywem. Ogarnięty niepokojem, że mogła być to jego ostatnia podroż (w tych powojennych, polskich czasach nie znano dnia i godziny, kiedy paszport mógł zostać zabrany, a każda podróż zagraniczna była naprawdę ogromnym wydarzeniem), Plewiński fotografuje ulice, zabytki, architekturę i przede wszystkim ludzi. Udaje mu się także uchwycić jakąś trudną to wytłumaczenia samotność tego tętniącego życiem regionu, która wydaje się być niekompatybilna z prywatnymi wyobrażeniami na temat wiecznie skąpanych słońcem Włoch i głośnych, ekstatycznie gestykulujących mieszkańców.

W podobnym tonie utrzymany jest też cykl „Paryż 1967” – podczas swojej podróży tu także artysta starał się intensywnie rejestrować atmosferę tego miasta słynącego z dobrych muzeów, świetnie ubranych kobiet i oczywiście ze wspaniałej kuchni. Plewiński pokazuje Paryż jako nieco opustoszałe, widmowe miasto, w którym królują ślepi muzycy, bezdomni i wcale nie tacy stylowi mieszkańcy. Na zdjęciach artysty stolica Francji pozbawiona jest jego ikonicznego szyku i energii, co nie znaczy, że zdjęcia Plewińskiego tracą na obiektywności. Wręcz przeciwnie. Plewiński fotografuje niepowtarzalne mikromomenty, które budują zupełnie inne historie, rewidują wyobrażenia.

Wojciech Nowicki, kurator gliwickiej wystawy, pisząc o twórczości Plewińskiego trafnie zauważa, że artystę wyróżnia ciepły stosunek do ludzi. „Opowiada zwykle małą historię, próżno tu szukać wielkich wydarzeń, politycznych masówek lat 50. czy 60., zdjęć ze zjazdów partyjnych i strajków. Plewiński fotografuje twarze, sylwetki, obejście i mieszkania, także własne życie” – pisze Nowicki. Ową wspominaną „małą historią” staje się także cykl zdjęć „Jugosławia, 1968”, która także jest dokumentem z podróży artysty. Brak na tych fotografiach radosnego, wakacyjnego klimatu czy ekstatycznego zachwytu z powodu kolejnej wyprawy. Bo Plewiński woli fotografować rybaka przy jego codziennej pracy i codziennym wypływaniu w morze. Nie brak tym kadrom jakiegoś wyjątkowego skupienia oraz ciszy, przerywanej raz po raz szumem morza. Plewiński dokumentuje nierozerwalne więzy pomiędzy naturą a człowiekiem, a także pokorne pogodzenie się ze swoim losem, uzależnionym od woli przyrody.

Plewiński za pomocą obiektywu rejestrował także działania Piwnicy Pod Baranami i ich występy kabaretowe, pełne uśmiechów oraz niewymuszonej swobody. Jednak najbardziej zapadającym w pamięć cyklem, jaki można oglądać na wystawie, jest bez wątpienia seria zdjęć „Starzy ludzie 1964-1965”. Plewiński delikatnie, niemal wręcz subtelnie muska aparatem twarze starszych ludzi znajdujących się w domu starości przy ulicy Helców w Krakowie. Plewiński ten rodzaj zdjęć traktował ponoć „jako odtrutkę wobec fotograficznej rutyny”. Artysta na co dzień wyszukiwał nowe, młode twarze i fotografował je na potrzeby „Przekroju”. Praca ta stawała się dla niego powtarzalna, nie wnosząca niczego nowego, żmudna i mało kreatywna. Tymczasem mieszkańcy krakowskiego domu opieki stali się dla niego inspirującym tematem do poszukiwania prywatnego języka fotografii. Bohaterowie cyklu zdjęć nieco niepewnie i wstydliwie spoglądają w obiektyw artysty. Są niemalże przed nim bezbronni, a tym samym niezwykle wzruszający. Kadrowani na swoich łóżkach, w otoczeniu najczęściej bardzo skromnego dobytku, pokazują ten rodzaj autentyzmu, który przenika do najgłębszych warstw wrażliwości widza, do każdego nerwu. Stąd też to właśnie ten cykl Plewińskiego można uznać za najbardziej osobisty, niesłychanie intymny, wręcz oniryczny. Na jednym ze zdjęć widać puste, dokładnie zaścielone łóżko, przy którego ramie wisi krzyż. Ktoś odszedł i już nie wróci. Pozostaje jedynie trudny do okiełznania smutek, tęsknota oraz pustka, które zostały tak doskonale odzwierciedlone na tym wyjątkowym kadrze artysty.

Trzeba przyznać, że Plewiński ma oko do historii w skali mikro, które w oku widza stają się nagle makro, czymś więcej niż tylko przypowiastką o czasach, które bezpowrotnie minęły. Artysta opowiada przede wszystkim o człowieku i uniwersalnych wartościach, które nie poddają się upływającemu czasowi. „Cała praca Wojciecha Plewińskiego, od początku lat 50. ubiegłego wieku do dziś, jest świadectwem żarliwego oglądania i zapisywania świata, z wiarą, że zapis może ten świat utrwalić” – pisze Wojciech Nowicki, i trzeba przyznać, ta trudna sztuka artyście udaje się w stu procentach.

Literatura:

Wojciech Plewiński, reporter. Kurator: W. Nowicki [w:] http://www.czytelniasztuki.pl/?p=3321
Wojciech Plewiński, reporter. Kurator: W. Nowicki. Czytelnia Sztuki, Gliwice 27.01.-24.03.2018.