Wydanie bieżące

1 marca 5 (341) / 2018

Michał Misztal,

ONIRYCZNA GROTESKA (BOŚNIACKI PŁASKI PIES)

A A A
„Bośniacki płaski pies” Maxa Anderssona (autora między innymi wydanych w Polsce albumów „Pan Śmierć i dziewczyna” oraz „Pixy”) i Larsa Sjunnessona to komiks owiany legendą. W końcu mamy do czynienia z dziełem, którego publikację Kultura Gniewu zapowiadała już dekadę temu! Przez długi czas tytuł ten zyskiwał status być może jednego z bardziej oczekiwanych – związane z nim nadzieje mogły więc stać się tak wielkie, że teraz, kiedy wreszcie możemy przeczytać polski przekład rzeczonego utworu, trudno będzie im sprostać. Czy na pewno warto było czekać na „Bośniackiego płaskiego psa”?

Fabuła opowieści duetu Andersson/Sjunnesson (jak twierdzą autorzy, ich współpraca była do tego stopnia bliska, że sami już nie są w stanie sprecyzować, kto dokładnie odpowiada za poszczególne kadry czy elementy scenariusza) jest niewątpliwie osadzona w autentycznych wydarzeniach i traumie krajów byłej Jugosławii. Nie da się jednak ukryć, że wszystko to zostało przepuszczone przez wizję twórców, którzy zamienili pojawiające się w komiksie wątki w coś onirycznego i surrealistycznego.

Rządzi tu groteska, z której momentami dość ciężko wyłuskać, o co tak naprawdę chodzi w narracji oraz czego ona dotyczy. Z jednej strony sprawia to, że „Bośniacki płaski pies” jest niezaprzeczalnie unikalny i trudno przejść obok niego obojętnie. Z drugiej, dostajemy przedziwną mieszankę: wydaje się, że autorzy chcą mówić o rzeczach ważnych i autentycznych, a zarazem przedstawiają całość w tak krzywym zwierciadle, że chwilami nie sposób poczuć, iż mamy do czynienia z czymś realnym. Ostatecznie ani to reportaż, który dałoby się racjonalnie streścić i dzięki temu zrozumieć grozę życia na Bałkanach, ani zaledwie zwykły „odjazd” oraz sztuka dla sztuki. Historia utyka pomiędzy tymi dwoma światami, biorąc to, co dobre, od każdego z nich, jednak nie należąc do żadnego.

Czy to znaczy, że jest zła? Nie. Wszechobecny absurd na swój sposób pokazuje, jak bardzo niedorzeczne potrafią być konflikty międzyludzkie. Ponadto, jeśli ktoś pamięta tomik „Pixy” i kombinezony antykoncepcyjne czy usunięty płód dzwoniący do swoich niedoszłych rodziców z królestwa zmarłych, nie powinien być zaskoczony tym, jak dziwnym komiksem jest „Bośniacki płaski pies”. Dotyczy to również kreski, brudnej i brzydkiej, kojarzącej się z niezależnymi opowieściami obrazkowymi – być może nawet bardziej pasującej do wyplutych z kserokopiarki kartek papieru niż do stojącego na księgarskiej półce albumu. Co nie zmienia faktu, że jest tu jak najbardziej na miejscu i sprawdza się znakomicie, stanowiąc odpowiednie uzupełnienie pokręconego scenariusza.

Wracając do pytania z pierwszego akapitu: czy warto było czekać? Trudno mi udzielić jednoznacznej odpowiedzi. „Bośniackiego płaskiego psa” z pewnością warto przeczytać, zdaję sobie jednak sprawę, że opinie na temat tego komiksu mogą być skrajne. Ja sam nie jestem w stanie do końca się określić. Nie żałuję, że wreszcie poznałem opowieść duetu Andersson/Sjunnesson, ale gdyby ktoś przedstawił moją reakcję na ten album w formie komiksowego kadru, musiałby narysować mnie z gigantycznym znakiem zapytania nad głową.
Max Andersson, Lars Sjunnesson: „Bośniacki płaski pies” („Bosnian Flat Dog”). Tłumaczenie: Wojciech Góralczyk. Wydawnictwo Kultura Gniewu. Warszawa 2018.